logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Czas na dobrą zmianę w ochronie zdrowia

Wtorek, 31 maja 2016 (03:17)

Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kilka miesięcy rządów PiS za nami. Czy są symptomy poprawy w służbie zdrowia?

– Mówiąc wprost, niestety, ale tych symptomów nie widać. Owszem, są zapowiedzi przywrócenia stażu podyplomowego dla lekarzy po studiach medycznych, który jest niezbędny w rozwoju zawodowym lekarza stażu, który w 2011 r. zlikwidowała ówczesna minister zdrowia, późniejsza premier Ewa Kopacz. Przypomnę, że jako OZZL wspólnie z samorządem lekarskim zabiegaliśmy o to. Więcej takich pozytywnych zwiastunów dobrej zmiany w ochronie zdrowia niestety brakuje. Wciąż oczekujemy zmiany ustawy refundacyjnej, wyłączenia lekarzy z procesu refundacji leków, czyli na dobrą sprawę zwolnienia od pilnowania interesów NFZ. Konieczna jest także poprawa sytuacji lekarzy z ZUS-em, która powinna się odbywać na cywilizowanych warunkach, a nie jak dotychczas. Ponadto konieczna jest poprawa sytuacji lekarzy rezydentów, którzy od kilku miesięcy prowadzą intensywne działania, aby coś zmienić na lepsze, zwłaszcza w realizacji programu specjalizacji, ale także jeśli chodzi o poprawę warunków płacowych. W tej chwili lekarz rezydent po sześciu latach studiów medycznych i odbyciu 13-miesięcznego stażu podyplomowego otrzymuje wynagrodzenie na poziomie ok. 70 proc. średniej krajowej, co – nie ukrywam – jest skandalem. Niestety z całą przykrością muszę powiedzieć, że w tej materii na razie też nic się nie zmieniło, a powinno.

Na 18 czerwca w Warszawie zaplanowana jest manifestacja lekarzy rezydentów. Jaka jest sytuacja tej grupy młodych medyków?

– Porozumienie Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy walczy o podwyżki dla lekarzy robiących specjalizację, dlatego 18 czerwca będziemy wraz z naszymi młodszymi kolegami i koleżankami w Warszawie. Tak jak wspomniałem, lekarz rezydent na starcie, zaczynając specjalizację, na rękę otrzymuje niewiele ponad dwa tysiące złotych. Ale nieprawdą jest – jak to przedstawia część mediów – że rezydenci protestują, bo chcą tylko pieniędzy. To jest nieprawda. Lekarze rezydenci chcą zmiany przepisów i ujęcia w przygotowywanym przez Ministerstwo Zdrowia rządowym projekcie nowelizacji ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty przepisów, które będą regulowały prawo dotyczące uzyskania specjalizacji. Innymi słowy, żeby przepisy dotyczące rezydentury nie były jedynie martwym zapisem, ale żeby były realizowane. Praktyka jest bowiem taka, że często lekarze rezydenci są dla szpitala czymś w rodzaju taniej siły roboczej, i mówiąc brutalnie, zatyka się nimi różne dziury. To z kolei sprawia, że lekarze ci nie realizują programu konkretnej specjalizacji. Zupełnym idiotyzmem, wręcz kretyński jest pomysł, żeby lekarze rezydenci zastąpili strajkujące pielęgniarki w Centrum Zdrowia Dziecka. Pamiętam absurdalne sytuacje z czasów, kiedy kilka lat temu strajkowaliśmy, wmawiano lekarzom rezydentom, że przedłużą im czas specjalizacji, bo tam tak jest wszystko szczegółowo wyliczone, że każdego dnia muszą realizować plan. Co ciekawe, teraz, kiedy jest pomysł, żeby lekarze rezydenci zastąpili strajkujące pielęgniarki, to ten argument jakoś się już nie pojawia. To tylko pokazuje małostkowość ludzi, którzy nami zarządzają, i ich zakłamanie.

Czyli pieniądze nie są główną osią tego sporu?

– Wynagrodzenie lekarzy rezydentów, owszem, jest także ważne, bo taki młody lekarz szkoli się właściwie na własny koszt, ale nie jest to najistotniejsze. Są jednak sprawy rażąco niesprawiedliwe, bo lekarz rezydent w swoim zeznaniu podatkowym nie może nawet odliczyć kosztów dodatkowych szkoleń. Tymczasem są to niemałe pieniądze, koszty m.in. kursów, dojazdów itp., które ten młody lekarz musi pokryć z własnych prywatnych pieniędzy, podobnie zresztą jak zakup specjalistycznej i nietaniej literatury, jednocześnie nie mogąc tego sobie odliczyć jako kosztów uzyskania przychodów. To jest skandal. Takich szkodliwych przepisów nie ma nigdzie indziej na świecie. Natomiast u nas to funkcjonuje w najlepsze i co gorsza, jak na razie nic nie wskazuje, żeby się to miało zmienić.

Wiele natomiast mówi się o braku lekarzy…

– To prawda, lekarzy brakuje, ale powiem uczciwie, że dziwię się, że i tak wielu z nich mimo braku perspektyw decyduje się pozostać w Polsce. W kraju tak naprawdę nie ma warunków do pracy dla lekarzy, zwłaszcza dla młodych. Od pewnego czasu lekarze pracują w bardzo trudnych warunkach, przy ogromnej odpowiedzialności. Do tego obarczono nas różnymi obowiązkami biurokratycznymi i wychodzi na to, że zamiast leczyć chorych, wypełniamy dokumenty zarówno w formie elektronicznej, jak i tradycyjnej papierowej.

Jakie dodatkowe obowiązki konkretnie ma Pan na myśli?

– Jest szereg takich spraw, np. to lekarz rozlicza pobyt pacjenta w szpitalu, co w ogóle nie powinno nas obchodzić, mało tego rodzi to zastrzeżenia i pretensje, bo obowiązujące przepisy stale się zmieniają i nawet trudno za nimi nadążyć. Gdzie w tej sytuacji jest pacjent…? Czy to jest rolą lekarza, żeby uprawiać całą tę papierologię, czy może powinna się tym zająć księgowość…?  I właściwie mamy sytuację, że lekarz jest sprowadzany do taniej siły roboczej, która załatwia wszystkie sprawy, także te będące w gestii NFZ. Tyle że tak nie powinno być. Gdyby lekarz nie był tak tani, to może wówczas doceniono by jego rolę i pozwolono mu zajmować się tym, do czego jest powołany – czyli do leczenia pacjentów.

Czy OZZL posiada statystyki, ilu lekarzy, którzy zdobywają wykształcenie w Polsce, a po studiach opuszczają nasz kraj, nie widząc perspektyw?

– Takich statystyk nie ma, bo nikt tego typu spraw nie śledzi na bieżąco. Natomiast szacuje się, że ok. 40 proc. studentów akademii medycznych na ostatnich latach studiów myśli o wyjeździe z Polski. Ilu z nich ostatecznie zdecyduje się na taki krok, to zależy od wielu czynników dotyczących np. założenia rodziny, mieszkania itd. Tych, którzy wyjeżdżają z Polski, popychają do tego – jak wspomniałem – brak perspektyw oraz brak możliwości kształcenia się w określonych specjalnościach. Cóż z tego, że ktoś chce się realizować zawodowo jako dajmy na to ortopeda, kardiolog czy radiolog, bo w tym widzi swoje powołanie, a musi, z uwagi na ograniczoną liczbę miejsc rezydenckich, robić specjalizację, powiedzmy z anestezjologii, geriatrii czy reumatologii. Tak być nie powinno.

Rozwiązaniu problemów poświęcone było spotkanie z parlamentarzystami. Jakie są efekty tych rozmów?

– Lekarze rezydenci z całego kraju prowadzili akcję pn. „Adoptuj posła”, podczas której spotkali się bodajże z ponad setką polityków w biurach poselskich, aby uświadomić im, jakie są problemy aktualnego systemu ochrony zdrowia. Parlamentarzyści – tak przynajmniej się wydaje – wykazali zrozumienie dla argumentów przedstawianych przez lekarzy, byli nawet zdziwieni warunkami ich pracy, że tak mało oni zarabiają i że muszą brać nawet 10 dyżurów w miesiącu, żeby przeżyć. Co innego jednak zrozumienie, a co innego działanie na rzecz poprawy tej, nie ukrywajmy, patologicznej sytuacji. Pan przecież wie, że o pewnych sprawach decyduje nie głos pojedynczych posłów, ale ogółu i kiedy trzeba podjąć decyzję, często liczy się linia partyjna. Chcemy, żeby w ustawie o zawodzie lekarza i lekarza dentysty znalazł się zapis gwarantujący podniesienie uposażenia lekarza rezydenta z 70 do 110 proc. średniej krajowej, ale w odpowiedzi słyszymy jak ze starej zdartej płyty głos – nie ma pieniędzy. Przed dwoma tygodniami osobiście rozmawiałem z min. Konstantym Radziwiłłem i choć sama forma rozmowy znacząco odbiegała od tej, jaką mieliśmy przez ostatnie osiem lat, to gdy chodzi o zrozumienie dla naszych postulatów i decyzji na korzyść, niewiele się zmieniło.

Co Pan chce przez to powiedzieć?

– Odnoszę wrażenie, że od ministra zdrowia tak naprawdę niewiele zależy, że jest on osobą, która firmuje politykę tworzoną przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, której naczelną zasadą jest nie to, żeby państwo było wydolne, żeby ludzie mieli się gdzie leczyć i co więcej leczyć się możliwie na najwyższym poziomie, a lekarze, czy w ogóle cała szeroko rozumiana służba zdrowia, była poszanowana i doceniona, ale to wcale nie o to tu chodzi, chodzi natomiast o to, żeby się cały ten system i NFZ zbilansował. To się nie zmieniło.

PiS zapowiadało likwidację NFZ, ale konkretów na razie nie widać.

– Owszem, takie były zapowiedzi, ale jak pan widzi na razie mówimy o likwidacji NFZ i powołaniu w to miejsce innej instytucji, która będzie robiła dokładnie to samo, tyle że pod innym szyldem. Dopóki się nie zmieni myślenie i dopóki nie zwiększą się nakłady na wykonywanie świadczeń medycznych, to zawsze będzie ktoś zły, kto nie będzie chciał za to zapłacić. Prawda jest taka, że nie chce zapłacić, bo nie ma pieniędzy. I czy to będzie NFZ, czy jakiś inny podmiot, np. wydział w urzędzie wojewódzkim, czy będzie to tak jak kiedyś bywało, że pani Zosia z panią Kazią opracowywały budżety na całe województwo, czego efektem był deficyt, to wszystko nie ma znaczenia. Jeśli nie będzie więcej pieniędzy, to nic się nie zmieni na lepsze. Jeżeli nie zlikwiduje się dysproporcji między ilością i zakresem świadczeń gwarantowanych a finansami, jakie są na to przeznaczane, to każdy system się zawali, bo nie udźwignie tego ciężaru.

Ostatnio głos w sprawie szeroko pojętej problematyki służby zdrowia, głos krytyczny wobec obecnego kierownictwa Ministerstwa Zdrowia coraz odważniej zaczyna zabierać były minister Bartosz Arłukowicz. Zapomniał, że jeszcze do niedawna to on dzierżył stery polityki zdrowotnej?

– W mojej ocenie, człowiek tak skompromitowany powinien się usunąć w cień i w ogóle nie zabierać głosu w tej materii. Zarówno Bartosz Arłukowicz, jak i jego poprzedniczka Ewa Kopacz za swoich rządów wprowadzili do ochrony zdrowia bardzo wiele złych przepisów prawnych, jak chociażby szumnie zapowiadany pakiet zdrowotny, który – co warto przypomnieć – wszedł w życie dopiero po tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, bo gdyby żył, to z pewnością zawetowałby tak szkodliwą ustawę, czego – jak wiemy – nie zrobił jego następca. Tak czy inaczej ani ustawa refundacyjna zwana przeze mnie antyrefundacyjną, ani pakiet onkologiczny, który zamiast zlikwidować kolejki do specjalistów jeszcze bardziej je wydłużył, ani zupełnie nieżyciowa ustawa o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta to wszystko wciąż funkcjonuje – jak każdy widzi, co gorsza nikt nawet nie zapowiada, że to się zmieni. Tymczasem to całe zło wyrządzone przez poprzedników należy naprawić i to możliwie jak najszybciej, bo tak dłużej nie powinno, nie może być.

Może nie wszystko da się od razu zrobić, może tak poważne zmiany systemowe wymagają trochę więcej czasu...?   

– Zgadzam się, że nie wszystko można zrobić od razu, bo tak już jest i to doskonale wiemy, że jak chce się zrobić coś złego, coś zepsuć, zniszczyć, to można to uczynić z dnia na dzień. Natomiast żeby zrobić coś dobrego, to wymaga czasu. Zło ma to do siebie, że rozprzestrzenia się w szybkim tempie, dobro zaś rodzi się w bólu. Tyle że tu nie chodzi o kawałek dziury w asfalcie, w dodatku na mało uczęszczanej drodze, z której naprawą można poczekać, ale tu chodzi o życie i zdrowie ludzi, którzy często nie mogą czekać. Weźmy chociażby pakiet onkologiczny, który sam w sobie jest rozwiązaniem patologicznym i zamiast go zlikwidować, nie czekając, to mówi się jedynie o poprawkach. Myślę, że nie tędy droga.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl