logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Mit superpaństwa powoli upada

Piątek, 24 czerwca 2016 (22:08)

Z Tomaszem Porębą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Brexit stał się faktem. To decyzja Brytyjczyków, ale kto jest głównym winowajcą: premier Cameron czy unijni decydenci?

– Mamy do czynienia z historycznym momentem w dziejach Europy. Decyzja Brytyjczyków o wyjściu z Unii dla wielu europejskich polityków, zwłaszcza federalistów, wydaje się niezrozumiała, ale to tylko dowód na oderwanie brukselskich elit od oczekiwań obywateli Wspólnoty. Zdecydowanie największą odpowiedzialność za wynik czwartkowego referendum ponoszą europejscy decydenci, którzy od wielu lat próbują – wbrew woli wielu państw członkowskich – budować w Europie superpaństwo. Obywatele Zjednoczonego Królestwa wielokrotnie wyrażali niezadowolenie z tego kierunku, głosując w wyborach na ugrupowania antyunijne, postulujące wyjście z Unii Europejskiej. Premier David Cameron był politykiem, który miał odwagę oddać w tej sprawie decyzję bezpośrednio w ręce narodu i powiedzieć: „Sprawdzam”. Należy mu się za to szacunek – także za to, że potrafił wziąć osobistą odpowiedzialność za wynik, który nie jest korzystny ani dla Unii, ani dla Wielkiej Brytanii.

Donald Tusk, komentując Brexit, stwierdził, że w sprawie referendum Komisja Europejska liczyła na inny wynik, ale tak czy inaczej – jak stwierdził – jest to ważny, a wręcz dramatyczny moment i trudno przewidzieć konsekwencje dla Wielkiej Brytanii. Jakie mogą być konsekwencje Brexitu dla UE?

– Myślę, że odpowiedź na to pytanie musi – przynajmniej dzisiaj – brzmieć podobnie – nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Brexit pokazuje, że rozwadniane kryzysy to już historia, a dziś Unia wchodzi w fazę kryzysu systemowego. Konieczne są oczywiście zmiany w wielu obszarach funkcjonowania UE, aby powstrzymać jej dalszy rozpad. Do wyboru będziemy mieli dwie drogi: ściślejsza integracja lub powrót do fundamentów. Chciałbym, aby zwyciężył rozsądek i aby UE podążyła tą drugą drogą, powracając do idei ścisłej współpracy gospodarczej bez ingerowania w politykę wewnętrzną państw członkowskich w innych obszarach. Natomiast jeśli chodzi o bardziej przyziemne konsekwencje Brexitu, to czeka nas ogromny wysiłek dostosowania struktury zarządzania i finansowania UE do zmniejszonej liczby państw członkowskich. Cały ten proces wbrew zapowiedziom Donalda Tuska i Jean-Claude’a Junckera będzie żmudny i długi.

Donald Tusk zapowiedział nieformalne spotkanie 27 państw UE bez Wielkiej Brytanii. Czemu miałoby to służyć i czy UE, jej kierownictwo przygotowało plan B?

– Widać wyraźnie, że takiego planu nie ma. Wszystkie działania podejmowane przez przewodniczących Rady i Komisji Europejskiej to tylko dość nieudolna próba tworzenia wrażenia, że sytuacja jest pod kontrolą. Ale to nieprawda. Spotkanie zwołane przez Donalda Tuska będzie służyło wybadaniu nastrojów po brytyjskim referendum w innych państwach członkowskich, także w tych krajach, gdzie pojawiają się pomysły podobnych kroków. Przed UE bardzo trudne zadanie wypracowania wspólnego stanowiska negocjacyjnego przed formalnym rozpoczęciem procesu wychodzenia Wielkiej Brytanii z UE. Takie spotkania to miejsce, gdzie plan i harmonogram takich negocjacji będzie dopiero ustalany.

Jaka będzie Unia po Brexicie w wymiarze wewnętrznym i zewnętrznym?

– W obu tych wymiarach UE będzie słabsza niż przed Brexitem. Trudno sobie wyobrazić, że skutki wyjęcia ze struktur wspólnego rynku tak potężnej gospodarki jak brytyjska będą niezauważalne i nie pozostawią śladu. Już teraz reakcje rynków i decyzje agencji ratingowych uderzają nie tylko w funta, ale pośrednio także w złotówkę. Natomiast jeśli chodzi o politykę zewnętrzną, to trzeba sobie powiedzieć wyraźnie, że tracimy partnera, który jest mocarstwem nuklearnym, stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ i najważniejszym partnerem Stanów Zjednoczonych w Europie. To ogromna strata, ale na szczęście fundamentem naszego bezpieczeństwa jest NATO.

Ta sytuacja wpłynie na relacje UE – Rosja?

– To pytanie pozostaje oczywiście otwarte. Jednakże trzeba pamiętać, że Wielka Brytania była orędownikiem sankcji nałożonych na Moskwę, więc po Brexicie może powrócić dyskusja o ich zniesieniu. To z kolei byłby chyba najpoważniejszy zewnętrzny skutek wczorajszego referendum dla naszej polityki zagranicznej.

Czy Brexit nie zaciąży na ewentualnej drugiej kadencji Donalda Tuska jako szefa Rady Europejskiej, który – co warto przypomnieć – na początku swojej kadencji mówił, że jego priorytetem jest, aby Wielka Brytania nie wyszła z UE?

– Europejskie elity będą musiały znaleźć winnego tej sytuacji i być może będzie to właśnie Donald Tusk, który nie tylko zapowiadał zatrzymanie Wielkiej Brytanii w UE, ale także kierował negocjacjami o rewizji zasad jej członkostwa. A zatem wynik referendum w Wielkiej Brytanii to osobista porażka przewodniczącego Rady Europejskiej, ale także klęska innych wysokich unijnych urzędników na czele z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claude’em Junckerem, a zatem zmiany personalne mogą dotknąć wiele stanowisk. Przyszłość Donalda Tuska na europejskich salonach będzie zależała też od tego, czy będzie potrafił poradzić sobie z tym kryzysem i nakreślić plan dalszych działań, w tym także reformy samej UE. Od tego, czy jego propozycje będą wiarygodne i akceptowalne, zwłaszcza dla Berlina i Paryża, zależy jego przyszłość na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej.

W jakim kierunku powinna dzisiaj zmierzać UE. Czy wspomniany przez Pana przewodniczący Jean-Claude Juncker i szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz oraz inni są w stanie uderzyć się w piersi i zdolni wyciągnąć wnioski?

– W przypadku tych dwóch polityków trudno liczyć na zmianę rozumowania i wyciągnięcie właściwych wniosków z Brexitu. Zarówno Schulz, jak i Juncker swoją arogancją wobec wielu suwerennych decyzji władz państw członkowskich dawali do ręki argumenty zwolennikom opuszczenia UE przez Wielką Brytanię. Jeśli UE myśli o poważnej reformie i nowym otwarciu, to dla obu tych panów nie powinno być w tych planach miejsca. Kierunek rozwoju UE będzie się klarował w ciągu kilku najbliższych miesięcy, dlatego trudno przewidzieć teraz, jak będzie wyglądała przyszłość. Na pewno potrzebujemy więcej eurorealizmu, a mniej bezmyślnego euroentuzjazmu, aby powstrzymać dalszy rozpad UE.

Brexit i kryzys UE może być impulsem dla innych państw, aby zrewidować swoją obecność i dalsze uczestnictwo w Unii?

– W wielu państwach członkowskich podobne głosy pojawiały się nawet przed brytyjskim referendum. We Francji, Danii, Holandii czy we Włoszech partie antyeuropejskie zdobywają coraz większe poparcie, dlatego że otwarcie krytykują brukselską biurokrację i jej oderwanie od rzeczywistości. Wydaje mi się, że reakcja unijnych elit na Brexit przesądzi o tym, czy inne kraje pójdą tą samą drogą. Jeśli wrócimy do współpracy opartej na partnerstwie i interesach gospodarczych, mamy szansę zachować jedność Europy.

Co, Pana zdaniem, Brexit oznacza dla Polski?

– Przede wszystkim musimy zrobić wszystko, aby chronić interesy Polaków pracujących i mieszkających w Wielkiej Brytanii. Brexit wcale nie musi oznaczać dla tych naszych rodaków poważnych zmian, pod warunkiem, że uda się nam wynegocjować korzystne warunki współpracy z Londynem. Ponadto z punktu widzenia naszej polityki zagranicznej wraz z wyjściem Wielkiej Brytanii z UE tracimy ważnego partnera i sojusznika wewnątrz Wspólnoty, z którym w sprawach bezpieczeństwa czy relacji z Rosją mieliśmy taki sam punkt widzenia. W ogóle przed Polską stoi duże wyzwanie znalezienia właściwego dla naszego potencjału miejsca w układzie sił wewnątrz UE, który będzie się teraz tworzył na nowo.

Brytyjczycy byli najliczniejszą grupą we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w Parlamencie Europejskim. Co Brexit oznacza dla tej frakcji i dla PiS, które też należy do EKR?

– To jest w tej chwili sprawa, która nie jest oczywista. Mamy jeszcze co najmniej dwa lata na podejmowanie decyzji w tej sprawie i w odpowiednim czasie na pewno wspólnie z naszymi brytyjskimi partnerami takie decyzje podejmiemy. Proszę zwrócić uwagę, że EKR to nie tylko posłowie z Polski i Wielkiej Brytanii, ale także z wielu innych państw członkowskich, dlatego wierzę, że Grupa EKR przetrwa ten trudny moment. Dzielimy wartości i postulaty reform UE, które dzisiaj mają wreszcie szansę na realizację. Wynik brytyjskiego referendum to dowód na to, że nasza diagnoza UE jest słuszna, więc mimo wszystko odczuwamy satysfakcję, choć oczywiście jest to satysfakcja bardzo gorzka.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl