O czym świadczy przyjęta przez Parlament Europejski rezolucja autorstwa chadeków, socjalistów, Zielonych i liberałów wzywająca Davida Camerona, aby podczas rozpoczętego wczoraj szczytu złożył wniosek o wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej?
– Rezolucja przyjęta zdecydowaną większością głosów świadczy o chęci dokonania zemsty na Brytyjczykach, którzy chcą pójść własną drogą. Ta większość chce jak najszybciej wypchnąć Zjednoczone Królestwo poza struktury Unii Europejskiej i do tego zmierza. Natomiast tzw. debatę, która poprzedziła przyjęcie tej rezolucji, można określić jednym słowem – kompromitacja. Żywiłem przekonanie, że wystąpienia będą merytoryczne, że pojawią się głosy, które wskażą prawdziwe przyczyny, które doprowadziły do tego, że Brytyjczycy opowiedzieli się za wyjściem z Unii, że pojawi się analiza tego stanu rzeczy, wreszcie że pojawią wnioski, co należy zrobić, żeby nie było ciągu dalszego. Niestety, można powiedzieć tylko tyle, że debata się odbyła i oprócz utartych wzajemnych oskarżeń, inwektyw nie wniosła nic nowego do dyskusji o problemie, który narasta.
Profesor Ryszard Legutko w swoim wystąpieniu powiedział, że Unia musi wyciągnąć wnioski ze swych błędnych decyzji, które doprowadziły do Brexitu…
– Było to jedno z nielicznych merytorycznych wystąpień. Prof. Legutko wyraził się jasno, że o Brexicie przesądziła ignorancja i niezauważanie interesów narodowych poszczególnych państw przez unijne elity zapatrzone jedynie w siebie. Były też inne, jakże odmienne, nie wiem, czy i na ile zaaranżowane wystąpienia, np. przedstawicieli Szkocji czy Irlandii Północnej, które przypomnę w dwóch trzecich opowiedziały się przeciwko Brexitowi. W tych wystąpieniach pojawiły się próby dotyczące rozpisania referendów w sprawie wystąpienia Szkocji i Irlandii Północnej ze Zjednoczonego Królestwa Brytyjskiego. Można powiedzieć, że był to hołd lenny czy swoiste wyznanie wiary tych posłów wobec UE. Natomiast fakty są takie, że jako Polska po wystąpieniu Wielkiej Brytanii tracimy autentycznego sojusznika, który dbając o interes narodowy domagał się gruntownej reformy UE. Zarówno my, jak i Brytyjczycy nie godziliśmy się na unifikację jako prawną metodę integracji w UE oraz stworzenie europejskiego superpaństwa. Byliśmy i jesteśmy – zgodnie z duchem założycieli UE – za Unią wolnych ojczyzn. Niestety w tej debacie przeważały głosy socjalistów, komunistów czy EPP domagające się głębszej integracji, powołania wspólnej armii czy też wspólnej waluty. Takie zakusy muszą i budzą wielki niepokój.
To, że Unia musi przewartościować swoje podejście do państw narodowych, wydaje się niezbędne, ale czy unijne elity dyktujące dziś warunki są zdolne do refleksji i wyciągnięcia wniosków po żółtej kartce, jaką pokazali im Brytyjczycy?
– Podejrzewam, że niestety nie są zdolne do refleksji. Przede wszystkim na sali obrad nie było wczoraj Donalda Tuska, który wyręczył się jednym ze swoich urzędników. Z kolei wystąpienie Jean-Claud’a Junckera było skandaliczne. Szef Komisji Europejskiej szukał zaczepki, prowokował wszystkich dookoła, natomiast nie było ani jednego zdania czy chociażby nawet pobieżnej analizy tego, co się wydarzyło w ubiegły czwartek w Wielkiej Brytanii. Jego wypowiedź, że dekretem zabronił poszczególnym komisarzom rozmów z Brytyjczykami na temat szczegółów ich wyjścia z UE i sfinalizowania Brexitu, budzi grozę i świadczy, że niektórzy unijni eurokraci rozmijają się z rzeczywistością i nie mają pojęcia – czym jest demokracja. Takie zachowanie niczym nie przypominało sesji plenarnej PE, ale bardziej spotkanie przy piwie. Również argumentacja Junckera, który usiłował przekonywać, że to nacjonalizm brytyjski spowodował wyjście tego kraju z UE, jest totalnym nieporozumieniem.
Czy to prawda, że Prawo i Sprawiedliwość złożyło w Parlamencie Europejskim, w imieniu grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, ustną poprawkę do rezolucji ws. Brexitu, zakładającą odwołanie Jean-Claude’a Junckera ze stanowiska?
– Owszem, to prawda. Była to tzw. ustna poprawka, bo ze względów proceduralnych nie mogła to być poprawka w formie pisemnej. Jednak europosłowie EPP zaprotestowali i doprowadzili, że ta poprawka nie została przegłosowana. Złożyliśmy tę poprawkę, bo – zresztą nie po raz pierwszy – mówimy, że Juncker na stanowisku przewodniczącego KE to jedno wielkie nieporozumienie. Prawda jest taka, że to właśnie KE na czele z Junckerem bardzo się starała, podobnie zresztą jak Rada Europejska na czele z Donaldem Tuskiem, aby referendum w Wielkiej Brytanii dało taki, a nie inny wynik. Ten pasztet, który dzisiaj mamy, to ich zasługa.
Czy takie osoby jak Juncker czy Schulz powinny dalej sprawować tak odpowiedzialne funkcje w Brukseli?
– Oczywiście, że tacy ludzie nie powinni zajmować tak eksponowanego stanowiska ani minuty dłużej. Zresztą zostało to wyartykułowane w kilku wystąpieniach frakcyjnych. Natomiast dopóty, dopóki nie dojdzie do politycznego zwrotu w UE i dopóki liberałowie czy socjaliści będą nadal rządzić w UE, to niestety tacy ludzie jak Juncker czy Schulz będą mieli nadal głos decydujący.
Jaka w tym całym „pasztecie” jest rola Donalda Tuska, który jako priorytet zaraz po objęciu funkcji szefa Rady Europejskiej postawił sobie za cel zatrzymanie Wielkiej Brytanii w UE?
– Trzeba powiedzieć tak, że Donald Tusk na salonach europejskich robi nieprawdopodobne postępy. Żeby gospodarczo rozłożyć Polskę jako premier potrzebował sześciu lat, natomiast żeby rozłożyć UE, wystarczyło mu zaledwie dwa lata. Natomiast z mniejszym sarkazmem, ale sprawiedliwie i obiektywnie trzeba powiedzieć, że Donald Tusk jest nieudolnym politykiem niemającym zaplecza, za to jest bezwolnym wykonawcą poleceń kanclerz Angeli Merkel i samodzielnie nic nie zrobił. Nie zrobił nic, żeby zatrzymać Wielką Brytanię w UE, po pierwsze dlatego, że nie potrafił, a po drugie nie przewidywały tego dyspozycje, jakie otrzymywał z Berlina. To, co ogłosił jako wielki sukces, jeśli chodzi o szczyt UE – Turcja, że jest to wielki sukces polityczny, to jedno wielkie kłamstwo. Prawda jest taka, że za wielkie pieniądze kupił dla UE półtora miesiąca względnego spokoju, jeśli chodzi o napływ islamskich imigrantów. Zresztą ten wątek turecki przewijał się w kilku wystąpieniach podczas dzisiejszej debaty. Natomiast kolejnym efektem skuteczności Tuska jest ubiegłotygodniowy wynik referendum w Wielkiej Brytanii.
Czy w tej sytuacji marzenia Donalda Tuska o drugiej kadencji, a następnie powrót do Polski w glorii chwały, aby objąć urząd Prezydenta RP, należy włożyć między bajki?
– Jak już powiedziałem wcześniej, od samego początku Donald Tusk był jedynie narzędziem w rękach kanclerz Niemiec, bo taka rola została mu wyznaczona. Natomiast czas Angeli Merkel w wielkiej polityce nieuchronnie dobiega końca tym samym również czas Tuska upływa nieubłaganie.
Jeszcze niedawno mówiono, że UE to projekt nie tylko na dziś, ale też na przyszłość, czyli praktycznie nie do ruszenia, tymczasem ten kolos na glinianych nogach, który rozpadnie się prędzej, niż to było w przypadku komunizmu – jak to kiedyś określił śp. ks. abp Ignacy Tokarczuk – drży w posadach. Czy to początek końca UE?
– Za kilka dni upłynie dwa lata, od kiedy mam przyjemność i zaszczyt piastować funkcje posła do Parlamentu Europejskiego. Od półtora roku czy to na sesjach plenarnych PE, podczas posiedzeń komisji czy na portalach, ale też na swoim profilu wielokrotnie mówiłem, że sposób polityki i to, jak jest kierowana, to początek końca UE. Dziś bez satysfakcji muszę powiedzieć, że niestety się to sprawdza. Ten kolos na glinianych nogach, który jest pozbawiony jakichkolwiek podstaw, bazy, fundamentów wyraźnie się chwieje, on się sypie. I te prorocze słowa ks. abp. Tokarczuka dziś na naszych oczach się spełniają. UE odeszła od zasad, które nakreślili jej założyciele Robert Schuman, Konrad Adenauer i Alcide De Gasperi. I dziś próba forsowania superpaństwa z własną armią, co także padało dziś na Sali Plenarnej w Strasburgu, jest drogą donikąd. Unia bez Boga, bez wartości, bez zasad, bez szanowania woli suwerennych państw musi się zawalić. Stawianie na tematy zastępcze, jak chociażby próba stawiania na baczność Polski i to, co w tej sprawie już uczyniła i dalej chce zrobić Komisja Europejska, to się musiało zemścić. I to też dzisiaj podczas debaty znalazło swoje odzwierciedlenie, przynajmniej w kilku wypowiedziach. UE, PE, KE nie mogą ingerować w byty niezależnych, autonomicznych państw – narodów. Natomiast centralizacja, do czego dzisiaj zmierzają te struktury, to droga do unicestwienia tego projektu.
Prawo i Sprawiedliwość postuluje zmianę traktatu unijnego. Czy jest jeszcze szansa, żeby naprawić to, co wydaje się nieuchronnie walić?
– Powiem uczciwie, że nie wiem. Ja osobiście boję się zmiany traktatu unijnego.
Mógłby Pan to jakoś uzasadnić…?
– Boję się próby podejmowania zmiany traktatu unijnego po pierwsze dlatego, że jeszcze jako poseł do Sejmu RP głosowałem przeciwko traktatowi lizbońskiemu. Byłem eurosceptykiem i przeanalizowałem bardzo dokładnie zapisy traktatu lizbońskiego oraz załączniki i w pełni świadomie dokonałem wyboru, głosując przeciwko. Natomiast w tej chwili – widząc jak funkcjonuje UE, na jakich zasadach i że głos decydujący należy do Niemiec i Francji, przyznam, że obawiam się zmiany nawet już istniejącego traktatu, żeby nie wyszło jeszcze coś znacznie gorszego, niż jest teraz, co nie jest do przyjęcia. A to bardzo prawdopodobne. Może jest to zdanie odrębne, niż ma formacja polityczna, z której się wywodzę, ale podkreślam, że boję się manipulowania przy tym złym traktacie, bo kolejny stworzony pod wpływem obecnej sytuacji może naprawdę jeszcze gorszy dla Polski. Jeśli nie będzie woli politycznej większości państw, żeby zreformować bardzo dogłębnie, a nie tylko prowizorycznie funkcjonowanie UE, to takich zmian ja się boję.
Pojawiają się głosy, że część Brytyjczyków, głosując za wystąpieniem z UE, tak naprawdę nie zdawała sobie sprawy z konsekwencji takiego kroku, że może warto raz jeszcze podejść do tematu. Czy Pana zdaniem Brexit, który część próbuje odwlec w czasie, może w ogóle nie dojść do skutku?
– Trudno to jednoznacznie powiedzieć. Pewne jest to, że taka była wola większości obywateli Wielkiej Brytanii. Takie są konsekwencje demokracji. 72 proc. społeczności Zjednoczonego Królestwa wzięło udział w referendum, to dużo. Jeśli dziś ze strony takich czy innych polityków słyszymy głosy, że ktoś, kto oddał swój głos za Brexitem, nie wiedział, co robi, to brzmi to tak, jakby Brytyjczycy byli narodem nieświadomym czy nieodpowiedzialnym, co jest kompletnym nonsensem. Nie wiem, czy ktoś, kto dziś głosi takie teorie, nie chce skompromitować tego dumnego narodu. Słucham tego z przerażeniem. Przecież Brytyjczycy dokonali świadomego wyboru. Szkoci czy Irlandczycy Północni wiedzieli, za czym głosują, a Brytyjczycy nie…? Mówi się też, że większość młodzieży głosowała za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE, ale czy tak jest naprawdę, czy może jest to manipulacja…? Przyznam, że nie wiem…
Brytyjski europoseł Nigel Farage winą za Brexit obarczył politykę unijnych elit i – jak stwierdził – Wielka Brytania nie jest ostatnim krajem, który opuszcza szeregi UE. Czy Pana zdaniem, gdyby podobne referenda odbyły się teraz w innych krajach, to ich wynik mógłby być podobny?
– Uważam, że jeśli dopuszczono by do referendów, to wynik byłby taki sam. Na pewno Holandia chciałaby takiego referendum, również w Niemczech po tym, jak Angela Merkel otworzyła w sposób niekontrolowany drzwi dla imigrantów, jest społeczne niezadowolenie. Podobnie rzecz ma się we Francji, Grecji czy w Danii, gdzie wyniki plebiscytu w sprawie wyjścia z szeregów UE mogłyby być podobne jak w Wielkiej Brytanii. Natomiast, na co warto zwrócić uwagę, największy odsetek społeczeństwa opowiadającego się za UE jest w Polsce, a na drugim miejscu są Węgrzy. Natomiast z ust złośliwców padają głosy, że to Polska czy Węgry są krajami antyunijnymi. To pokazuje obłudę unijnych elit.

