logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Opozycji nie zadowoli żaden kompromis

Piątek, 8 lipca 2016 (03:23)

Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Ustawodawczej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Sejm uchwalił nową ustawę o Trybunale Konstytucyjnym opartą na propozycjach PiS, odrzucając poprawki Platformy, Nowoczesnej i PSL-u. Wierzy Pan w to, że nikt nie będzie teraz kwestionował podstawy prawnej działania Trybunału?

– Platforma już zapowiedziała, że z chwilą opublikowania ustawy o Trybunale Konstytucyjnym zaskarży ją do Trybunału. Ta deklaracja najlepiej pokazuje, że politycy opozycji kwestionują obecnie uchwaloną przez Sejm ustawę jako podstawę prawną funkcjonowania TK. Osobiście dziwię się takiemu podejściu, ponieważ nowa ustawa z naszej strony stanowi poważny krok w tył w stosunku do rozwiązań, które Sejm przyjął ustawą z grudnia 2015 r. Takie przykłady można mnożyć. No cóż..., krytyka jest wilczym prawem opozycji, którego nikt jej nie odbierze. Dobrze byłoby jednak, gdyby krytyka była merytoryczna i konstruktywna, ale nie jest. Opozycja, zwłaszcza w ostatnich dniach pracy nad ustawą, uciekała się do różnych wybiegów, stosowała różnego rodzaju obstrukcyjne sztuczki, pokazując tym samym, że tak naprawdę wcale nie zależy jej na rozwiązaniu sporu wokół TK, tylko na podsycaniu tego konfliktu. Jego zażegnanie odcina tlen opozycji totalnej, i tu jest problem.

Czy te zapowiedzi opozycji oznaczają, że nowa ustawa wcale nie kończy sporów wokół TK?

– Naszym zdaniem, zdaniem PiS, nowa ustawa przyjęta przez Sejm powinna ten spór zakończyć. Po pierwsze, spełniamy postulaty opozycji – przynajmniej w części. Dla przykładu w tej nowej ustawie jest wyraźny zapis, że oprócz tego z 9 marca br., wszystkie pozostałe wyroki TK mają zostać opublikowane. Wycofaliśmy się także z propozycji, aby z wnioskiem o zbadanie sprawy w pełnym składzie mógł występować prezydent czy prokurator generalny. Ponadto zrezygnowaliśmy z zapisu, aby w przypadku niektórych skarg orzeczenia Trybunału zapadały większością 2/3 głosów. Jest zatem szereg takich rozwiązań, które oznaczają krok w tył z naszej strony i są zgodne z oczekiwaniami opozycji. Tyle że tzw. opozycji totalnej zależy na podgrzewaniu sporu i aby konflikt wokół TK trwał nadal. Dla nich jest to paliwo, a w zasadzie racja funkcjonowania w polityce, bo pomysłu na bycie opozycją konstruktywną jak widać nie mają żadnego.   

Czy z chwilą uchwalenia ustawy o TK Komisja Europejska straciła argument do krytykowania praworządności w Polsce?

– W mojej ocenie, KE straciła taki argument, bo uchwalona przez Sejm ustawa jest oparta praktycznie w całości na ustawie, która obowiązywała od 1997 do 2015 r. Oczywiście wprowadziliśmy kilka nowych regulacji, ale w zasadniczych zrębach są to dokładnie te przepisy, które obowiązywały już wcześniej, do których jakoś nie było zastrzeżeń. Zatem postulaty zarówno Komisji Weneckiej, jak i Komisji Europejskiej w tym momencie są w moim przekonaniu spełnione.

Pojawiają się głosy krytyki ze strony opozycji, że obrady Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka trwają do późnych godzin nocnych. Pan jest członkiem tej komisji, proszę zatem powiedzieć, jakie są fakty?

– Tak długie, nocne obrady komisji sprawiedliwości jak ostatnio w zasadzie odbyły się wyłącznie na życzenie opozycji. Mieliśmy obstrukcję i próby przeciągnięcia obrad. Zanim jeszcze przystąpiliśmy do merytorycznego rozpatrzenia tekstów projektu, półtorej godziny trwały przepychanki nad wnioskami formalnymi. I to była główna przyczyna przeciągnięcia w czasie posiedzenia komisji, tym bardziej że nie było podstaw do tego, aby raz jeszcze powtarzać ten sam proces, który – przypomnę – już został przeprowadzony na podkomisji, gdzie przedyskutowano szczegółowo każdy artykuł. Podobnie przebiegały obrady komisji sprawiedliwości, gdzie cofnięto sprawozdanie ze względów formalnych z uwagi na wycofanie projektu obywatelskiego autorstwa KOD, co też jest symptomatyczne.

Pana zdaniem to było z góry ukartowane?

– To była wspólna akcja KOD z opozycją parlamentarną, po to żeby, o ile się tylko da, przedłużyć okres debatowania nad projektem ustawy o TK. Te wszystkie czynniki spowodowały, że obrady przeciągały się do późnych godzin nocnych. Tak czy inaczej nie tylko posłowie opozycji mogli się czuć zmęczeni pracą w godzinach nocnych. Tym wszystkim malkontentom z Platformy i Nowoczesnej przypomnę tylko, że po to zostaliśmy wybrani, żeby także w godzinach nocnych być dyspozycyjni i służyć państwu. Przyjeżdżamy do Sejmu do pracy, a nie na wczasy i nieraz już zdarzało się, że Parlament pracował w godzinach nocnych. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego i nie ma powodu, żeby robić aferę. Opozycja skupia się i wybija ten temat na czołówkę, ale jest to nic innego jak wyraz ich bezradności.

Był Pan pod „wrażeniem” wystąpienia prezesa Rzeplińskiego?  

– Wystąpienia prezesa Andrzeja Rzeplińskiego odbieram niezmiennie bardziej jako wystąpienia polityka, a nie sędziego i prezesa TK. Staje – czego zresztą nawet już nie ukrywa – po jednej stronie sporu politycznego. W zasadzie już po tym, jak sam brał udział w przygotowywaniu niekonstytucyjnej ustawy o TK z czerwca 2015 r., powinien stanąć z boku i zachowywać się jak arbiter, a nie jak polityk, który sugeruje rozwiązania jednej stronie sporu politycznego, czyli obecnej opozycji.  

Jak odebrał Pan pomysł opozycji, aby członkowie TK byli wybierani nie jak dotychczas przez Parlament, a więc przez polityków, ale przez środowiska prawnicze?

– Nie możemy się zgodzić z tym, żeby korporacje prawnicze rządziły w demokratycznym państwie. Demokracja polega na tym, że o procesie ustawodawczym decydują osoby z wyboru, również w zgodzie z Konstytucją te instytucje tak jak Parlament wybierają sędziów Trybunału. Stąd propozycja opozycji tzw. totalnej jest w tym momencie absurdalna, bo i tak, i tak zasada trójpodziału władzy jest zachwiana na korzyść TK, który przypisuje sobie kompetencje, których nawet nie daje mu Konstytucja. Ta propozycja spowodowałaby jeszcze większy rozdźwięk.

Wszyscy, którzy oglądali dzisiejszą debatę, mogli zobaczyć żenujący popis Ewy Kopacz dotyczący marszałka Kuchcińskiego czy niewybredne komentarze pod adresem posła Piotrowicza. Czy jako politycy i główni aktorzy takich ekscesów nie dostrzegacie, że obserwatorzy sceny politycznej mogą już mieć dość? Czy musimy być nadal świadkami tak żenujących scen i czy nie można tego jakoś uporządkować?

– Ma pan rację, jest to rzeczywiście problem. Myślę też, że mimo wszystko marszałek Sejmu ma dość ograniczone kompetencje czy instrumenty do zlikwidowania tego typu zachowań podczas wystąpień poszczególnych posłów. Uważam, że to raczej ci, którzy używają takich sformułowań, zachowując się w sposób impertynencki, sami sobie wystawiają świadectwo. Rzeczywiście większość wystąpień opozycji była absolutnie – delikatnie to określając, niemerytoryczna i miała na celu tylko i wyłącznie zaatakowanie marszałka Kuchcińskiego i PiS. Sądzę też, że dla większości tych Polaków, którzy obrady Sejmu obserwowali na żywo w telewizji, wrażenie, jakie pozostawiają po sobie takie wystąpienia i ich autorzy, jest jednoznaczne. Politycy Platformy czy Nowoczesnej, prezentując taką postawę, na pewno nie zyskali, a wprost przeciwnie – stracili jeszcze bardziej w oczach opinii publicznej.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl