Podczas wczorajszej konferencji prasowej w Kijowie prezydent Andrzej Duda powiedział, że Polska była, jest i będzie trwała przy Ukrainie. Nasuwa się pytanie, co z wzajemnością…?
– Ukraina, a dokładniej obecne władze tego państwa w Kijowie rozpaczliwie szukają wszelkich sposobów, aby utrzymać wsparcie finansowe i polityczne z Zachodu. Sytuacja gospodarcza i społeczna tego kraju jest niezwykle trudna. Oczywiście można taką deklarację potraktować jako element dyplomacji, ale trzeba pamiętać, iż w przypadku upadku obecnych władz i legalnego objęcia rządów przez opozycję złożona dziś deklaracja nadal będzie zobowiązaniem. Natomiast pytanie brzmi – czy Ukraina trwałaby przy Polsce w odwrotnej sytuacji, jest pytaniem otwartym.
Jak odczytuje Pan fakt, że na uroczystościach rocznicowych w Kijowie spośród przywódców krajów zachodnich pojawił się tylko prezydent Polski?
– Brak przywódców innych państw na wczorajszych uroczystościach pokazuje, iż Kijów schodzi z zasadniczej agendy politycznej głównych stolic Europy, co więcej właśnie trwa wypracowywanie programów ocieplenia relacji gospodarczych i politycznych części państw z Moskwą. W dyplomacji jest to bardzo wyraźny sygnał, zwłaszcza że brakowało także choćby wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidena czy deklarującej proukraińskość prezydent Litwy Dalii Grybauskaite.
Jak dzisiaj wyglądają relacje Ukrainy chociażby z Niemcami?
– Niemcy z jednej strony są państwem, które w początkowej fazie rewolucji z 2013 r. na Ukrainie zachowywały – w odróżnieniu od Polski – wyjątkową powściągliwość, a następnie wyeliminowały nas z procesów pokojowych dotyczących tego państwa. To Niemcy są jednym z filarów tzw. formatu normandzkiego, który tworzą wraz z Francją, Ukrainą i Rosją w sprawie uregulowania sytuacji w Donbasie. Swoją pozycję Berlin skrzętnie wykorzystuje do promocji własnej gospodarki na Ukrainie, z drugiej jednak strony utrzymują misje gospodarcze na Krymie. To wszystko pokazuje wyjątkowe pragmatyczne podejście gospodarcze i polityczne Niemiec do Ukrainy i Rosji, które niezależnie od rozwoju sytuacji w tym kraju chcą mieć tam partnera.
Prezydenci Polski i Ukrainy podpisali wspólną deklarację. Czy jest coś, co zaskoczyło Pana w tym dokumencie?
– W tej deklaracji można wskazać np. na stwierdzenie, że odbywa się „konstruktywny polsko-ukraiński dialog, oparty na prawdzie historycznej…”. Tyle że tak naprawdę tego dialogu nie ma, a szef ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej jest nie tylko przez polskich, ale również przez zachodnich historyków oskarżany o fałszowanie historii. Takie stwierdzenia jako nieodpowiadające prawdzie nie powinny być w tego typu deklaracji zamieszczone.
Czy jak czytamy w deklaracji „ustanowienie i rozwój partnerstwa strategicznego jest bezalternatywnym wyborem historycznym”?
– To stwierdzenie jest w polityce ukraińskiej bardzo „oklepane”. Kiedy przyjrzymy się deklaracjom Ukrainy na przestrzeni dwóch ostatnich dekad, to stwierdzimy, iż dla Kijowa w tym okresie partnerem strategicznym było wiele państw. Z drugiej jednak strony zgoda Polski na tak brzmiący zapis zawęża pole manewrów politycznych. Głównym celem naszej polityki nie jest dobro Ukrainy, ale dobro Polski i to jest nasz priorytet. Jeżeli dobro Ukrainy wpisuje się w naszą grę, to dobrze, ale nie zawsze tak musi być.
W deklaracji znalazł się także zapis o gotowości dalszej współpracy w zakresie wspierania i ochrony praw polskiej i ukraińskiej mniejszości narodowych. Prawdę powiedziawszy, Ukraińcy w Polsce mają warunki, o których Polacy na Ukrainie mogą tylko pomarzyć. Czy deklaracja ta może poprawić status Polaków na Ukrainie?
– Jeżeli przestudiujemy wszystkie nasze wspólne deklaracje za ostatnie dwadzieścia pięć lat, to wszędzie tam znajdziemy takie zapewnienia. Sytuacja w tym względzie jest, mówię z przekąsem, stabilna, czyli we Lwowie mimo wielu zabiegów nadal nie ma Domu Polskiego i nie zwrócono Kościołowi Rzymskokatolickiemu i polskiej społeczności żadnej świątyni, czego sztandarowym przykładem jest kościół pw. Św. Marii Magdaleny we Lwowie, który zamiast sakralnej pełni funkcję sali koncertowej. Z drugiej strony mamy mniejszość ukraińską w Polsce, która jest coraz bardziej roszczeniowa. Zważając na dotychczasowe doświadczenia, nie spodziewam się jakiejkolwiek zmiany w tym zakresie.
Zatem komu tak naprawdę służy ta deklaracja, bo chyba nie Polsce…?
– Deklaracja ta jest głównie ukierunkowana na społeczeństwo ukraińskie, bo pokazuje, że nie wszyscy jeszcze opuścili to państwo i obecny rząd. Tymczasem rozczarowanie obecnymi rządami na Ukrainie jest olbrzymie. Wystarczy tylko wspomnieć, że obecny prezydent ma poniżej dziesięcioprocentowe poparcie społeczne.
Czy sytuacja geopolityczna na Ukrainie sprzyja współpracy gospodarczej z tym krajem?
– Ukraina jest państwem coraz bardziej niestabilnym i nieprzewidywalnym pod względem działalności gospodarczej. Prognozy co do rozwoju sytuacji w tym kraju wielu ośrodków analitycznych na świecie nie są optymistyczne. Polska na bezrefleksyjnym wsparciu Ukrainy ponosi olbrzymie straty gospodarcze, a przy tym nie ma najmniejszych szans, aby je naturalizować współpracą gospodarczą z Kijowem.
Podczas spotkania z korpusem dyplomatycznym w Kijowie prezydent Duda jako jeden z filarów polityki zagranicznej Polski wymienił odrzucenie logiki relacji międzynarodowych opartej na zasadzie podziału stref wpływu. Jak skomentuje Pan te słowa w kontekście bieżących wydarzeń?
– Strefy podziału wpływów były i będą. Jest to klasyka polityki mocarstw obowiązująca od starożytności. Polityka międzynarodowa jest oparta na rywalizacji ośrodków siły. Przykładem jest chociażby trwająca wojna na Ukrainie czy też w Syrii. Owszem można mówić, że nam się to nie podoba, ale w pragmatyce polityki międzynarodowej nie ma to większego znaczenia.
Andrzej Duda opowiedział się także za zjednoczoną Europą wolnych narodów i równych państw. Mamy sygnał zwłaszcza od Niemiec, że nie będzie zgody na politykę głębszej integracji…?
– Tak, to piękne słowa i cele, ale nie dotyczą one Ukrainy. Polityka europejska w najbliższych dekadach wykluczyła Kijów z pełnej integracji ze wspólnotą. Tak więc Ukraina znalazła się poza Unią Europejską i NATO oraz poza Wspólnotą Niepodległych Państw, czyli jest w szarej strefie bezpieczeństwa, a zarazem jako obszar, o który trwa rywalizacja gospodarcza.
Prezydent Duda kolejny raz wyraził potrzebę pogłębienia relacji państw międzymorza czy Trójmorza – jak określił ten obszar. Jakie szanse na realizację ma ta idea, która zakłada m.in. budowę własnego potencjału obronnego, połączeń energetycznych państw Trójmorza?
– Trójmorze jest ideą historyczną. Przypomnę, iż takie idee pojawiały się w myśli geopolitycznej już w ubiegłym stuleciu, tyle tylko, że w ukraińskiej myśli Międzymorze było koncepcyjnie bez Polski. Obecnie ta idea ma szanse powodzenia głównie w zakresie wspólnych działań przeciwko ingerencji Brukseli lub innych ośrodków siły w wewnętrze sprawy państw tego obszaru. Jednakże w odniesieniu do relacji z Moskwą istnieją już bardzo istotne rozbieżności.
Echa wizyty prezydenta Dudy w ukraińskiej prasie nie są zbyt przychylne. Serwis Prostir.pl, odnosząc się do uchwały wołyńskiej przyjętej przez polski Sejm, napisał, że „Warszawa przestraszyła się tego, co uczyniła wobec Ukraińców. Prezydent Duda jedzie do Kijowa zaleczyć rany”. Wygląda na to, że to Polska zabiega o względy Ukrainy, a nie odwrotnie…?
– To pokazuje bardzo dobitnie, że odbiór Polski w ukraińskiej prasie odzwierciedla tak naprawdę bezalternatywną politykę naszego kraju w Europie Wschodniej. Jednocześnie to pokazuje także naszą słabość oraz to, że kraj znajdujący się w tak tragicznej sytuacji jak Ukraina nie musi zabiegać o poparcie Warszawy, bo takowe darmowe poparcie – nawet bez specjalnych zabiegów – ma od lat.

