logo
logo
zdjęcie

Janusz Wojciechowski

Pocztowcy Wyklęci. Samotna walka, mord sądowy i bezkarność zbrodniarzy w togach

Piątek, 2 września 2016 (11:23)

Z filmów dzieciństwa największe wrażenie wywarło na mnie Różewicza „Wolne miasto”. Nie żadna tam „Bajka o smoku” czy inna „Historia żółtej ciżemki” ani nawet „Krzyżacy”, tylko właśnie „Wolne miasto” – film o obronie Poczty Polskiej w Gdańsku.

6 lat miałem, gdy go w kinie objazdowym oglądałem i wciąż pamiętam te obrazy, gdy Jasiukiewicz, grający porucznika Guderskiego, mówi: „Trzeba wyciąć te drzewa, bo zasłaniają pole ostrzału…”. A potem jak odpierają kolejne szturmy. Aż wreszcie jak po 14 godzinach walki wychodzą z płonącego gmachu z rękami w górze. I ta straszna scena, gdy czarna od dymu żona portiera niesie na rękach śmiertelnie poparzoną córkę, a Niemcy wyrywają jej dziecko z rąk i wciskają karabin, a potem robią propagandowe zdjęcia „polskiej bandytki”.

Pocztowcy Wyklęci. Ich walka też była samotna i beznadziejna. Mieli się bronić kilka godzin, w oczekiwaniu na odsiecz z Pomorza, która jednak nie nadeszła.

Naczelny Wódz zrezygnował z planu interwencji w Gdańsku, ale rozkazu obrony poczty nikt nie odwołał, więc wierni Polsce pocztowcy bronili się – najpierw z pięter, a na końcu z piwnic. Oprócz nich w Gdańsku biło się jeszcze tylko Westerplatte, ale tam były fortyfikacje i wojsko, a tu budynek poczty i listonosze.

Podobna była nie tylko walka, ale i późniejszy los. Pojmani, uznani za bandytów, skazani na śmierć przez niemiecki sąd, rozstrzelani i zakopani w dole na gdańskiej Zaspie, tak żeby ich nikt nie znalazł. Ich wspólny grób po ponad 50 latach odkryty został przypadkiem.

Proces pocztowców, nawet na standardy III Rzeszy, był bezprawny. Niemcy w 1995 roku skasowali ten wyrok i pośmiertnie uniewinnili polskich pocztowców.

We wrześniu 1939 roku oskarżał pocztowców prokurator Giesecke, a wyroki śmierci orzekł sędzia Bode. Obaj zrobili po wojnie piękne kariery sędziowskie, jeden w Bremie, drugi we Frankfurcie nad Menem. I pogrzeby też piękne mieli, choć pewnie nie aż tak piękne, jak w 2014 roku miał w Polsce, z asystą wojskową, prokurator Krzyżanowski – ten, który żądał kary śmierci dla „Inki” i „Zagończyka”, a potem wydawał komendę plutonowi egzekucyjnemu: „Po zdrajcach Narodu Polskiego, ognia!”.

Prokurator Krzyżanowski został uniewinniony w 2001 roku od zarzutu mordu sądowego. Niczego złego człowiek nie zrobił, to dlaczego asysty miał nie mieć? Pułkownika przecież chowali…

Miałem i wciąż mam żal do państwa niemieckiego o bezkarność morderców sądowych, jak Giesecke i Bode. Żal, że mordercom polskich pocztowców włos nie spadł z głowy, tak zresztą jak katowi Warszawy Reinefarthowi i wielu innym niemieckim zbrodniarzom.

Cóż jednak wart ten żal, gdy pomyśleć – a prokurator Krzyżanowski, a sędzia Widaj?

Wpis dostępny na blogAiD.

Janusz Wojciechowski

Autor jest audytorem w Europejskim Trybunale Obrachunkowym.

Aktualizacja: Piątek, 2 września 2016 (11:51)

NaszDziennik.pl