logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Pamięć i wdzięczność

Czwartek, 8 września 2016 (04:19)

Z dr. Dariuszem Iwaneczko, historykiem, dyrektorem Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

17 września w Przemyślu odbędzie się pogrzeb kpt. Władysława Koby ostatniego przywódcy rzeszowskiego Oddziału Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Można powiedzieć, że Ojczyzna po latach w końcu oddaje hołd kolejnemu bohaterowi?

– Trudno być tutaj odkrywczym, dlatego odpowiadając na to pytanie, odwołam się do wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy, który w Gdańsku podczas uroczystości pogrzebowych Danuty Siedzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka” powiedział, że fakt, iż tak długo trzeba było czekać na godny pochówek polskich bohaterów, to wynik kardynalnych błędów państwa polskiego – jakiekolwiek by ono nie było. Prezydent powiedział wyraźnie, że o ile, w okresie PRL, choć po ludzku absolutnie niewytłumaczalne, było to w pewnym sensie zrozumiałe, bo – jak wiemy – ideologia czy filozofia, jakiej tamto państwo hołdowało, zakładała z góry zapomnienie tych bohaterów, którzy walczyli o niepodległość Polski i godny byt Polaków, to o tyle niezrozumiałe było, że po 1990 r. państwo polskie nie upomniało się o swoich bohaterów i już wtedy nie próbowało wszczynać takich działań. Stąd tak długo musieliśmy czekać. Tym bardziej dzisiaj powinniśmy bardzo odpowiedzialnie podejść do tego tematu. Przypomnę, że mamy zobowiązania nie tylko wobec samych ofiar reżimu komunistycznego, które zginęły za wolność Polski, w obronie wartości, ale mamy również zobowiązania wobec ich rodzin, które czekały tyle lat, nie mogąc pochować swoich najbliższych i pomodlić się nad ich grobem. Niejednokrotnie nie znali miejsc, gdzie pogrzebano ich bliskich, a nawet jeśli się domyślali, to nie mieli takiej pewności. Ponieważ w latach 40. i 50. ubiegłego stulecia, skazując tych bohaterów na zapomnienie, wrzucano ich do bezimiennych jam grzebalnych. To nawet nie były groby, ale zwyczajnie jamy, co urągało jakiejkolwiek ludzkiej godności, a jednocześnie wiele mówiło o sprawcach tych brutalnych zbrodni.   

Czy zatem – tak jak to powiedział prezydent Andrzej Duda podczas przywołanych przez Pana uroczystości pogrzebu „Inki” i „Zagończyka” – państwo polskie po 27 latach odzyskuje wreszcie swoją godność?

– Państwo polskie odzyskuje swoją godność i swój honor. Każdy naród, jeśli chce być szanowany przez innych, musi mieć swoją godność i swój honor. Pamięć o swoich bohaterach, o osobach ważnych z punktu widzenia naszej tożsamości jest elementem budowania własnego charakteru, godności i honoru jako państwa, jako narodu.

Chyba bez ryzyka można powiedzieć, że nie byłoby uroczystości m.in. w Gdańsku, Przemyślu i innych miejscach, gdyby nie prace zespołu kierowanego przez prof. Szwagrzyka…

– Prace zespołu Samodzielnego Wydziału Poszukiwań IPN to pionierska działalność prof. Krzysztofa Szwagrzyka, którą podjął jeszcze jako naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN we Wrocławiu. Przypomnę tylko, że w wyniku prac ekshumacyjnych na cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu w latach 2011-2012 odnaleziono ok. trzystu ofiar systemu komunistycznego i – co ważne – zidentyfikowano je na poziomie 80 proc. Doświadczenia tam zdobyte przeniesiono na grunt warszawski. A zatem można powiedzieć, że cmentarz Powązkowski w Warszawie i „Łączka” to kolejny krok w konsekwentnych działaniach prof. Szwagrzyka i zespołu ludzi, specjalistów z zakresu m.in. archeologii, antropologii, genetyki, historii i medycyny sądowej, którzy wspólnie w ramach projektu badawczego „Poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego w latach 1944-1956” wydobywają z dołów niepamięci kolejnych bohaterów polskiej wolności. Oczywiście nie byłoby tych uroczystych pogrzebów po latach, gdyby nie Instytut Pamięci Narodowej i wiele innych osób zaangażowanych w tę misję, którą zapoczątkował prof. Krzysztof Szwagrzyk. Niewątpliwie przetarł on szlaki, a dziś zgodnie z nową ustawą o IPN poszukiwanie nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego nie jest regulowane tylko i wyłącznie zarządzeniem prezesa stanowiącym statut i regulamin IPN, ale stało się ustawowym zadaniem IPN.  

W ubiegłym roku zespół pod kierownictwem prof. Szwagrzyka prowadził prace m.in. na Podkarpaciu. Czy możemy się spodziewać kolejnych działań w tym zakresie na tym terenie?

– Jest to praca wieloetapowa, w którą zaangażowani są historycy, którzy przy okazji różnych kwerend archiwalnych, zbierania informacji docierają do świadków i do czegoś, co można określić mianem poszlak. I na tej podstawie odbywa się szereg kolejnych działań sprawdzających przede wszystkim poprzez docieranie do źródeł, do informacji. Na tym gruncie próbujemy ustalać miejsca, gdzie mogą znajdować się nieznane wcześniej pochówki osób, które zostały zamordowane w latach 40. czy 50. ubiegłego wieku. Oczywiście jest to żmudna praca organizacyjno-logistyczna, ale także prawna. Bardzo często prace takie są prowadzone na terenie, który jest czyjąś własnością i stąd w pierwszej kolejności należy uzyskać zgodę na ewentualne ich rozpoczęcie. Trzeba też do tego zaangażować szereg innych osób, jak chociażby specjalistów, którzy posiadają umiejętność posługiwania się georadarem, a więc fizyków, ponadto archeologów, a w dalszej kolejności antropologów, jeśli już natrafi się na ludzkie szczątki, genetyków itd. Jest to bardzo mozolny proces i praca, której dopiero efektem końcowym jest identyfikacja. Stąd też nowy pion w IPN, który ma prostą, ale wiele mówiącą nazwę – Biuro Poszukiwań i Identyfikacji. Czyli najpierw długi czas się poszukuje, przygotowuje całą tę wspomnianą sferę logistyczno-organizacyjną, a dopiero efektem końcowym jest identyfikacja odnalezionych szczątków.       

Jak wiele takich kart, nie do końca zamkniętych, bo nieodnalezionych miejsc pochówków, czeka jeszcze na odkrycie w woj. podkarpackim?

– To jest bardzo duża skala. Najbardziej wymowna jest liczba wykonanych wyroków śmierci na terenie dzisiejszego Podkarpacia. Niestety, większości miejsc, gdzie ofiary tych mordów zostały pogrzebane, nie znamy. Możemy jedynie domniemywać w niektórych przypadkach, gdzie znajdują się szczątki. Tak było w przypadku Władysława Koby, Leopolda Rząsy i Michała Zygo, których miejsce pochówku wskazane w latach 50. okazało się rzeczywiście tym, gdzie zespół prof. Szwagrzyka odkrył ich szczątki. Jednak rodziny tych ofiar do momentu identyfikacji nie miały pewności, czy miejsce, w którym zapalają znicze, jest tym miejscem, gdzie spoczywają ich krewni. Taką nieodkrytą i niezbadaną do końca kartą jest las w Turzy, niedaleko Sokołowa Małopolskiego, gdzie formacje NKWD dokonywały zbrodni na żołnierzach Armii Krajowej. Tam właśnie prawdopodobnie w najbliższej przyszłości odbędą się kolejne prace wykopaliskowe. W ramach rzeszowskiego Oddziału IPN prowadzimy przygotowania, które polegają m.in. na oczyszczeniu miejsc, gdzie zostaną podjęte działania.

Czy w związku z tym możemy się spodziewać, że takich uroczystości pogrzebowych jak ta kpt. Władysława Koby zaplanowana na 17 września w Przemyślu może być więcej?

– Myślę, że tak. W najbliższym czasie chcielibyśmy dokonać uroczystych pochówków Leopolda Rząsy i Michała Zygo, którzy zostali odnalezieni wraz z Władysławem Kobą na cmentarzu w Zwięczycy. Natomiast wraz z postępującymi na Podkarpaciu pracami i kolejnymi identyfikacjami, które są tu kluczowe, bo to dzięki nim możemy niejako zwrócić imiona i nazwiska osobom, które zostały pochowane bezimiennie, przewidujemy, że w najbliższych latach może to być od 30 do nawet 40 osób. W tej sytuacji rzeczywiście należy się spodziewać kolejnych – z jednej strony smutnych, ale z drugiej bardzo oczekiwanych zwłaszcza przez rodziny i przez społeczeństwo polskie – tego typu uroczystości.

Czy możemy mówić już o konkretnych nazwiskach?

– Uważam, że podawanie konkretnych nazwisk jest jeszcze przedwczesne. Oczywiście mamy pewne wskazania i domniemania co do możliwości pochówku niektórych osób i mogę powiedzieć tylko tyle, że w kilku przypadkach może to wyglądać podobnie jak w przypadku wspomnianych żołnierzy Armii Krajowej i działaczy Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”: Władysława Koby, Leopolda Rząsy i Michała Zygo. Są miejsca, gdzie istnieją nagrobki, i jest duże prawdopodobieństwo, że poszukiwane szczątki ofiar komunistycznych zbrodni właśnie tam się znajdują, ale pewności nie ma. Dopiero ekshumacje oraz identyfikacja, a więc potwierdzenie tożsamości, mogą dać nam pewność. Na razie jednak za wcześnie mówić o konkretnych nazwiskach. Sądzę, że prof. Krzysztof Szwagrzyk już jako zastępca prezesa IPN będzie podejmował decyzje, kiedy i gdzie kolejne ekshumacje będą się odbywały. I dopiero wówczas będziemy mogli powiedzieć, jakim tropem pójdziemy.

Pogrzeb Danuty Siedzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”, a wcześniej Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” zgromadził tysiące ludzi. O czym świadczy popularność tych postaci zwłaszcza wśród młodzieży?


– To jest efekt poszukiwania prawdziwych wzorców, bohaterów. Nie bohaterów narzucanych, sztucznie wykreowanych – czasami nawet pseudobohaterów, czyli osób, które tak naprawdę nigdy bohaterami nie były. Myślę, że jest to też pewien instynkt młodych ludzi, którzy nie tak łatwo dają się zwieść, którzy chcą mieć wzorce do naśladowania. Ważne jest to, aby te wzorce były autentyczne i naturalne. I – jak sądzę – tu jest fenomen poszukiwania tego typu wzorców. Nie zaryzykowałbym nazwania tego, co dzieje się wokół Żołnierzy Wyklętych, popkulturą, bo byłoby to nadużycie, ale sądzę, że jest to budowanie przez młodzież w swojej przestrzeni pewnych ikon. Ikon, do których można się odwołać, o których z chęcią się czyta, których w pewnym sensie można naśladować również we współczesnym świecie.

Historia nie tak przecież odległa ukazuje nam Ruch Społecznych „Solidarność”, który przyniósł Polsce wolność. Dlaczego tu młodzi nie szukają swoich wzorców?

– Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, być może w tym zakresie potrzebne byłyby badania socjologiczne. Ale tak naprawdę bohaterowie NSZZ „Solidarność”, bohaterowie przełomu, transformacji ustrojowej w Polsce nigdy nie byli zakazywani. Proszę zauważyć, że nawet PRL-owskie rządy, które straciły władzę w wyniku transformacji ustrojowej, nie negowały istoty zrywu czy kierunku, jaki Ruch Społeczny „Solidarność” wyznaczał. Natomiast tamci dawni bohaterowi, bohaterowie z lat 40. i 50. ubiegłego wieku mieli być raz na zawsze wymazani z kart historii Polski, mieli zniknąć fizycznie i z ludzkiej pamięci. Im zabrano nazwiska, zabrano im wszystko, co ma człowiek, zabijając i zakopując ich w bezimiennych jamach. I to jest naturalne dążenie, zresztą nie tylko ludzi młodych, którzy mają wewnętrzne odczucie, przekonanie, że jesteśmy coś winni tym bohaterom naszej wolności. Tym bardziej powinniśmy o nich mówić i szanować ich pamięć.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl