logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Chcemy prawdy – tylko i aż

Czwartek, 15 września 2016 (11:13)

Z senator Alicją Zając z Prawa i Sprawiedliwości, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy to, co podczas spotkania z przedstawicielami podkomisji ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej usłyszeli członkowie rodzin, przybliża nas do prawdy o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem?

– Myślę, że małymi krokami zmierzamy do prawdy, pełnej prawdy o tym, co się wydarzyło przed ponad sześciu laty pod Smoleńskiem. Jednocześnie dla nas, rodzin, które utraciły tam swoich bliskich, jest przykre, kiedy dzisiaj dowiadujemy się, że np. samolot miał wadę techniczną, o czym było wiadomo już wcześniej, a czego nam nie powiedziano. Jest dla nas przykre, kiedy dowiadujemy się, że komisje i eksperci, którzy w 2010 r. udawali się do Rosji, aby zbadać ­Tu-154M, nawet nie oglądali wraku. Przez te wszystkie lata poprzednia ekipa rządzącą Polską wmawiała nam, że są nawet dokumenty z oględzin i badania tupolewa. Tymczasem pierwszym dokumentem ze Smoleńska był raport sporządzony przez archeologów, którzy się tam wybrali w październiku 2010 r., a więc pół roku po katastrofie, i ciągle odnajdowali szczątki naszych bliskich. Teraz, po 6,5 roku, poznajemy skalę nieprawidłowości, zaniedbań i myślę, że z każdym dniem tych faktów będzie coraz więcej. To są rzeczy bardzo dla nas przykre. Natomiast pozytywne i napawające nadzieją jest dla nas również to, że prace podkomisji są prowadzone w czterech zespołach tematycznych. Postawienie tezy to oczywiście nie wszystko, bo trzeba ją jeszcze udowodnić. Mamy więc świadomość, że te prace będą trwały, w niektórych przypadkach może nawet kilka lat.   

Wspomniała Pani o tezie. Czy mogłaby Pani rozwinąć ten wątek?

– Tezą, intencją czy też oczekiwaniem w tej chwili jest to, że chcemy poznać przyczyny i po to została powołana ta podkomisja. Powstała także po to, żeby te osoby, które zginęły 10 kwietnia 2010 r., były traktowane inaczej niż do tej pory, również my – rodziny – byliśmy często traktowani niczym intruzi, którzy domagają się, Bóg wie czego. Tymczasem my chcieliśmy i chcemy tylko i aż prawdy, i rzetelnego dochodzenia do faktów. Przecież pod Smoleńskiem zginęli ludzie, którzy chlubnie zapisali się w historii Polski, i takie traktowanie ich po śmierci i nas, rodzin, kiedy w wielu wypadkach nie mamy pewności, czy w grobach, które nawiedzamy, spoczywają nasi bliscy, jest, a w zasadzie było przez ostatnie lata nie na miejscu.

Specjalny zespół śledczy Prokuratury Krajowej podjął decyzje w sprawie ekshumacji części ofiar. Jak postrzega Pani tę sprawę?

– Wiem o tym z mediów, ale na spotkaniu nie było o tym mowy, ale być może do tego dojdzie. Przyznam uczciwie, że wcześniej byłam jedną z osób, członków rodzin, które stały na stanowisku, że nie będą wnioskować o ekshumacje. Ale jeśli zajdzie taka konieczność i tego będzie wymagała procedura w ramach wyjaśniania przyczyn katastrofy, to siłą rzeczy nie będziemy mieć na to wpływu i nie będziemy protestować.

Czego nowego dowiedziała się Pani podczas spotkania rodzin z podkomisją ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej?

– Tym, co zwróciło uwagę – myślę, że wszystkich obecnych na spotkaniu, były fakty dotyczące gen. Andrzeja Błasika, co tylko potwierdza to, o czym my wiedzieliśmy od początku, a co próbowano zmanipulować, wmawiając opinii publicznej, że podczas katastrofy generał był w kokpicie. To oczywista nieprawda, bo głosu gen. Błasika tam nie ma. Dowodzą tego nowe badania i fragmenty rozmów, które dzisiaj także mogliśmy usłyszeć na tym zamkniętym spotkaniu. Tymczasem wciąż są tacy „badacze”, którzy z uporem maniaka upierają się przy tezie, że gen. Błasik był w kokpicie i wywierał presję na załogę.  

Nagrania, jakie mogliśmy usłyszeć po pracach Komisji Tatiany Anodiny, jak i Komisji Jerzego Millera, były bardzo złej jakości. Czy obecna podkomisja pod kierownictwem dr. Wacława Berczyńskiego dysponowała nowymi, bardziej wyraźnymi…?

– Nie, to nie są nowe nagrania, ale te same, które są znane, tyle że przy ich odsłuchiwaniu zastosowano nowe techniki. Stąd głosy, jakie mogliśmy dzisiaj usłyszeć, były dość wyraźne i niebudzące wątpliwości. To pokazuje, że Komisja Jerzego Millera nie przyłożyła się, aby rzetelnie zbadać te taśmy i w ogóle okoliczności katastrofy, co więcej, nie chciała tego zrobić. Inaczej mówiąc, dążono do tego, żeby się pozbyć problemu jak najszybciej, sporządzić raport, który – jak wiemy – był kopią raportu MAK, i w imię dobrych stosunków polsko-rosyjskich zakończyć sprawę. Nie wiem, czy taka uległość, jaką prezentował poprzedni rząd, to właściwa droga w kierunku utrzymania dobrych stosunków z kimkolwiek. W polityce międzynarodowej, zwłaszcza w kontaktach z Rosją, liczą się tylko twardzi i zdecydowani gracze, natomiast z mięczakami nikt się nie liczy.   

Czy są nowe materiały dowodowe, m.in. nagrania z wieży w Smoleńsku?

– Tak, są. Zresztą na dowód tego zaprezentowano nam fragment tego nagrania. W ocenie naukowców podkomisji, nasi piloci byli wprowadzani w błąd przez obsługę wieży w Smoleńsku. Wcześniej dysponowano nagraniami komunikacji między wieżą i załogą Tu-154M, natomiast te nagrania, które usłyszeliśmy, pochodzą z wieży i zdaniem naukowców pozostają w sprzeczności z nagraniami, które znaliśmy dotychczas. Dotyczy to m.in. różnicy w odległości od początku pasa startowego, jaką podano załodze, co – biorąc pod uwagę brak widoczności – mogło mieć kluczowe znaczenie i wpłynąć na katastrofę. Pytanie tylko, czy były to działania celowe? To wszystko, o czym się teraz dowiadujemy, jest bardzo przykre, tak samo jak przykre jest to, że samolot miał ukryte usterki, z tego, co pamiętam, w układzie hydraulicznym, i że powinien być co sześć miesięcy poddawany przeglądom. Dziwnym trafem tupolew, jak już był poddany przeglądom, to nie w tym miejscu, gdzie powinien. Podobne usterki, wady techniczne, miały też inne tupolewy, które też uległy katastrofom ze śmiertelnymi ofiarami. O tej wadzie technicznej wiedziano, nie wiem, czy przed 10 kwietnia 2010 r., ale na pewno było to wiadomo członkom Komisji Millera i Donaldowi Tuskowi. Stąd informacje, że Miller naciskał czy wręcz wymuszał na pozostałych członkach komisji, aby przyjęli wersję strony rosyjskiej, żeby nie zajmowali się tymi informacjami, które chyba już wtedy mieli, to jest wręcz skandaliczne. Przecież to nie kto inny jak Jerzy Miller – o czym już wspomniałam – mówił, że oni nie chcą wprowadzać zamętu w stosunkach polsko-rosyjskich, co tylko pokazuje całe tło.

Niektórzy wychodzili ze spotkania wcześniej, nie kryjąc oburzenia, jak chociażby Paweł Deresz, wdowiec po Jolancie Szymanek-Deresz, który stwierdził, że min. Antoni Macierewicz znów dzieli polskie społeczeństwo na tych, którzy poszukują prawdy, i tych, którzy są prowokatorami…

– Pan Paweł Deresz jest zawsze oburzony. Odnoszę wrażenie, że wypowiadając taką opinię, nie zrozumiał, o co chodzi. Rzeczywiście min. Macierewicz użył słowa prowokacja, ale powiedział to w szerszym kontekście, a mianowicie, że były i są osoby, które wspierały i wciąż wspierają działania na rzecz wyjaśnienia katastrofy, natomiast były i są osoby, które podejmowały działania, które można nazwać prowokacją. Przecież za nami ponad sześć lat dochodzenia do prawdy i sytuacje były różne, przed nami kolejne lata pracy i nie należy analizować czy czepiać się każdego słowa, tylko musimy pracować dalej. Natomiast to, co podczas dzisiejszego spotkania zostało powiedziane, było oparte na faktach, dokumentach, na zapisach, także na protokołach z pracy Komisji Millera. Osobiście przyjmuję te informacje i z nadzieją czekam, że w trakcie prac podzespołu będzie ich coraz więcej i że poznamy, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 r. Oczywiście chcielibyśmy, żeby móc odpocząć, bo żyjemy w ciągłym napięciu, które było podsycane przez działania kamuflujące poprzedniego rządu, ale jeśli trzeba będzie otwierać groby naszych bliskich, to też będziemy się musieli z tym zmierzyć. Nie wiemy przecież, co zastaniemy i chyba wszyscy zadają sobie to pytanie, pan Deresz również. Trzeba jednak się tego podjąć.

Jednym z zadań podkomisji jest przywracanie czci i godności ofiarom, z czym, jak wiemy, bywało bardzo różnie…

– To prawda, z tym bywało różnie. Wiemy, jak potraktowano gen. Błasika czy chociażby pilotów Tu-154M, ale również jak oskarżano prezydenta Kaczyńskiego o to, że wymuszał na swoich urzędnikach, aby ci naciskali na pilotach lądowanie w niesprzyjających warunkach. Dlatego sprawą honoru jest przywrócenie tym ludziom należnej im czci, bo na to zasłużyli.

Co z tezą, że samolot rozpadł się w powietrzu…?

– Jednym z dowodów rozstrzygających, że to nie był zwykły upadek samolotu, była dyslokacja i deformacja ciał. Szczątki ofiar znajdowały się zarówno przed brzozą i później na dalszym odcinku. Co więcej, badaniom zostaną poddane fragmenty samolotu – małe elementy zawieszone na drobnych gałązkach nazywane przez naukowców blaszanymi ptakami. Badane są również zdjęcia z różnych źródeł, badany jest także model samolotu, który jest w Polsce. Co nie bez znaczenia, badania będą prowadzone przez dwa niezależne zespoły – akredytowane jednostki badawcze, żeby nie było żadnych wątpliwości. W wyjaśnienie katastrofy włączyły się także międzynarodowe laboratoria. Również uczelnie, które wcześniej nie były chętne do organizowania konferencji smoleńskich, dziś będą brały udział w pracach podkomisji ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. W pracach będzie uczestniczył również m.in. brytyjski ekspert od badania katastrof lotniczych Frank Taylor oraz światowej sławy patomorfolog prof. Michael Baden.

Czy to zaangażowanie różnych specjalistów daje nadzieję, że poznamy prawdę?

– Myślę, że zespół specjalistów pod kierownictwem dr. Wacława Berczyńskiego daje nadzieję na to, że w końcu dojdziemy do prawdy. Tym bardziej jestem wdzięczna naukowcom – ludziom z ogromnym dorobkiem naukowym z kraju i zagranicy, że wyrazili wolę zainteresowania się wyjaśnieniem przyczyn i okoliczności tej naszej wielkiej, narodowej tragedii. Trzeba zaznaczyć, że jest także zderzenie między rządem Donalda Tuska, który nie miał zamiaru wyjaśniać tej katastrofy, a ludźmi często obcymi, którzy być może nawet nie znali tych tragicznie zmarłych, a mimo to od tylu lat się angażują. Przykładem są konferencje organizowane przez Zespół Parlamentarny ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 r. pod kierownictwem Antoniego Macierewicza, które były naprawdę na wysokim poziomie. My, rodziny smoleńskie, wierzymy, że prawda o tym, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem i dlaczego do tego doszło, kiedyś zostanie ujawniona. Jesteśmy to winni naszym bliskim.

Jak te działania mają się do zachowania opozycji, która usiłuje ośmieszać kroki podejmowane przez tę podkomisję, a wcześniej przez zespół Antoniego Macierewicza?

– Tylko ignoranci tak się mogą zachowywać w obliczu tej katastrofy i bólu, jaki przeżyliśmy. Na początku były – jak pamiętamy – sytuacje, kiedy próbowano dzielić nas, rodziny. Osobiście czuję się w łączności ze wszystkimi rodzinami ofiar i na konferencjach, jakie się odbywały, nigdy nie było podziału czy rozróżnienia, że dana rodzina jest z tego czy innego środowiska. Wszyscy byliśmy zapraszani i trzeba to podkreślić, że min. Macierewicz poprzez powołanie wspomnianego zespołu włożył ogromny wysiłek i wykonał kawał dobrej roboty w celu wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Teraz są jeszcze większe możliwości.      

Dowody – wrak samolotu i czarne skrzynki są wciąż w rękach Rosjan. Czy spodziewa się Pani, że uda się to, co w gruncie rzeczy jest własnością Polski, odzyskać?

– Na spotkaniu nie było o tym mowy, ale sądzę, że wrak i czarne skrzynki powinny wrócić do Polski, bo tak jak pan wspomniał, nie są one własnością Federacji Rosyjskiej, ale należą do nas. Myślę, że prędzej czy później te dowody znajdą się w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl