W wyborach do Bundestagu ma wystartować Martin Schulz, który będzie „jedynką” na liście wyborczej SPD w Nadrenii Północnej-Westfalii. Czy rezygnacja Schulza z ubiegania się o reelekcję na stanowisku przewodniczącego Parlamentu Europejskiego jest dla Pana zaskoczeniem?
– W Parlamencie Europejskim już od dawna dyskutowano na ten temat. Teraz zapadła decyzja, co ciekawe, poinformował o niej sam zainteresowany. Tego, że Martin Schulz odchodzi do krajowej niemieckiej polityki, można się było spodziewać, stąd nie jest to większym zaskoczeniem.
Jak ta informacja – podana przez niemiecki dziennik „Sueddeutsche Zeitung” i potwierdzona przez Schulza – jest komentowana w Brukseli?
– W Brukseli mówi się, że Martin Schulz jako polityk w Parlamencie Europejskim osiągnął już wszystko, co było w jego zasięgu. Teraz ma szansę zaistnieć w niemieckiej krajowej polityce i to od razu na bardzo wysokim szczeblu. Zostanie prawdopodobnie ministrem spraw zagranicznych Niemiec, ale nie sądzę, żeby to był szczyt jego ambicji politycznych, które sięgają znaczniej wyżej. Przy tym Schulz jest politykiem, który posiada duże umiejętności w zakresie samopromocji, co z całą pewnością jest sporym atutem.
Kto – Pana zdaniem – może zająć miejsce Schulza na stanowisku szefa Parlamentu Europejskiego?
– Zgodnie z ustaleniem dwóch największych frakcji w Parlamencie Europejskim, Europejskiej Partii Ludowej (EPP) i socjalistów, teraz czas na kandydata z EPP. Ta frakcja wprawdzie nie wyłoniła jeszcze konkretnej osoby na to stanowisko, ale z dużym prawdopodobieństwem, choć póki co się od tego dystansuje, może to być szef chadeków Manfred Weber. To jednak nie jedyna kandydatura, jaka pojawia się na unijnej giełdzie nazwisk. Wśród potencjalnych kandydatów najczęściej wymieniany jest też Hiszpan – Ramón Luis Valcárcel Siso. Jednak wszystko wskazuje, że EPP wyłoni swojego kandydata na nowego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego w grudniu.
Czy powrót Martina Schulza na scenę polityczną w Niemczech to wybór czy może bardziej konieczność, żeby nie powiedzieć ewakuacja, biorąc pod uwagę to, że nie należy on do zbyt lubianych unijnych polityków?
– Zdecydowało o tym wiele czynników. Po pierwsze – jak już wspomniałem – jest to konsekwencja porozumienia z 2014 r. pomiędzy frakcjami EPP i socjalistami. Teraz to stanowisko trafi w ręce kandydata z EPP. Ponadto Schulz wykorzystuje okazję, że na niemieckiej scenie politycznej robi się nieco luźniej. Przypomnę, że dotychczasowy szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier, uzyskał nominację na kandydata na urząd prezydenta w przyszłorocznych wyborach. Tym samym zwalnia się fotel szefa MSZ. Chciałbym przy tym zdementować pewien obiegowy pogląd, mianowicie Martin Schulz wprawdzie głosi poglądy, które lokują go po lewicowo-liberalnej stronie, co więcej, jego wypowiedzi są bardzo emocjonalne, jednak jako człowiek prywatnie jest bardzo miłą i sympatyczną osobą. Jest też bardzo lojalny wobec swoich współpracowników. I dotrzymuje danego słowa, co w polityce nie jest aż tak częstym zjawiskiem.
Wspomniał Pan o ambicjach politycznych Schulza, które sięgają znacznie wyżej niż kierowanie niemieckim MSZ. Jest on też wymieniany przez media jako ewentualny kandydat na kanclerza Niemiec…
– Stanowisko ministra spraw zagranicznych Niemiec jest w zakresie możliwości politycznych Schulza. Proszę jednak pamiętać, że w przyszłorocznych wyborach będzie on też przewodził liście SPD do Bundestagu w rodzinnej Nadrenii Północnej-Westfalii. Co więcej, chce zostać kandydatem swojej partii na urząd przyszłego kanclerza Niemiec. Jednak objęcie tego urzędu przez Schulza jest w mojej ocenie raczej mało realne ze względu na zbyt niskie notowania SPD. Tak czy inaczej już sama nominacja na urząd kanclerski wzmocniłaby pozycję Martina Schulza i uczyniłaby z niego faktycznego szefa SPD. Póki co, nie godzi się na to obecny przewodniczący SPD Sigmar Gabriel, ale Schulz to człowiek bardzo ambitny i kto wie…
Czy Schulz na stanowisku szefa niemieckiego MSZ to dobra wiadomość dla Polski, zwłaszcza że nie kryje on swojej niechęci wobec obecnego rządu w Warszawie?
– Ludzie różnie zachowują się w różnych sytuacjach. Jeśli mam porównywać Franka-Waltera Steinmeiera z Martinem Schulzem, to obaj ci politycy prezentują podobne poglądy. To są niemieccy lewicowo-liberalni politycy, którzy niekiedy podobnymi, a czasem nieco odmiennymi słowami wyrażają w zasadzie to samo.
Analizując przetasowania w Brukseli, nie sposób pominąć jeszcze jednego stanowiska, mianowicie przewodniczącego Rady Europejskiej. Jaka jest polityczna przyszłość Donalda Tuska w związku z szykującymi się zmianami na unijnej scenie?
– Europejscy socjaliści twierdzą, że gdy przedstawiciel EPP zostanie przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, to zbyt wielu szefów unijnych instytucji będzie pochodziło z EPP. Przypomnę tylko, że z tej europejskiej partii pochodzą już szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker oraz wspomniany przez pana przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. I w tym układzie tylko szefowa unijnej dyplomacji, Federica Mogherini, przynależy do frakcji socjalistycznej. Kadencja Donalda Tuska upływa w przyszłym roku. Fakty są takie, że nie zbiera on – mówiąc eufemistycznie – zbyt wielu pochwał, nie przepracowuje się za bardzo, nie ma się też niczym specjalnie pochwalić. Niekiedy jednak tego typu osoby, które dlatego właśnie, że są bezbarwne, niczym specjalnym się niewyróżniające, są „pożądane” przez wielkich tego świata. Przecież nie jest dla nikogo tajemnicą, że to niemieccy politycy, głównie zaś kanclerz Angela Merkel, wykreowali i przeforsowali kandydaturę Tuska na stanowisko szefa Rady Europejskiej. I to w ich rękach leży polityczny los Donalda Tuska.

