logo
logo

Zdjęcie: A.Kulesza/ Nasz Dziennik

Seremet wie więcej niż biegli?

Czwartek, 6 grudnia 2012 (02:04)

Z mec. Bartoszem Kownackim, pełnomocnikiem rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, rozmawia Marcin Austyn

Badania weryfikujące hipotezę o udziale osób trzecich podjęte zostały 2,5 roku po katastrofie. Wrak był badany, ale pod innym kątem, bo śledczy - jak mówi "Gazecie Wyborczej" Andrzej Seremet - "nie trafili na żaden dowód potwierdzający hipotezę zamachu". Dopiero powołany w sierpniu 2011 r. zespół biegłych przedstawił potrzebę takich badań. Już na wstępie popełniono błąd?

- W mojej ocenie, mamy tu do czynienia z poważnym uchybieniem. Badania pirotechniczne, ze względu na charakter, rozmiar katastrofy, powinny być jednymi z tych, które przeprowadza się od razu, bez zbędnej zwłoki. Prokuratura powinna powołać biegłych, którzy winni byli jeszcze na miejscu zdarzenia zabezpieczyć próbki. To, że istnieje konieczność takich badań, potwierdził powołany później zespół. Sprawa jednak od początku wydawała się oczywista. No, chyba że na samym początku niezasadnie wykluczano niektóre wersje tego zdarzenia.

Prokurator generalny sugeruje, że prokuratura mogłaby zakończyć postępowanie bez fizycznego dysponowania oryginałami skrzynek bądź wrakiem. Tłumaczy: "polscy biegli już zbadali polskie rejestratory lotu w zakresie, jaki uznali za konieczny", i dodaje, że jeśli zajdzie potrzeba, to prokuratura zorganizuje kolejne badania.

- Zgodnie z kodeksem postępowania karnego obowiązuje zasada bezpośredniości, zatem prokurator powinien zapoznać się bezpośrednio z materiałem dowodowym. Ten materiał powinien być włączony w poczet materiałów dowodowych w Polsce. Prokuratura, o ile pamiętam, sama mówiła, że potrzebne są oryginały czarnych skrzynek. Zatem argument polegający na tym, że można zakończyć postępowanie bez uzyskania wraku, bo badania już wykonano, jest dla mnie porażający. To wskazuje, że tą katastrofę prokuratura bada mniej profesjonalnie niż mniej tragiczne w skutkach wypadki. Mam na myśli choćby lądowanie na rzece Hudson. Tam nikt nie zginął, wiadomo było, jakie są przyczyny katastrofy, a samolot został wydobyty z rzeki i zrekonstruowany. Widać, że nieprzebadanie wraku Tu-154M w Polsce, niewykonanie jego rekonstrukcji jest działaniem błędnym. Oczywiście może być tak, że próba pełnej rekonstrukcji się nie powiedzie, bo okaże się, że wielu części samolotu nie ma. To wyzwanie należy jednak podjąć. Inaczej działania prokuratury będą wadliwe. Fizycznej rekonstrukcji nie zastąpi program komputerowy i aparat fotograficzny. Mam nadzieję, że opinie prokuratora Seremeta są wyrazem braku świadomości, na jakim etapie jest postępowanie i jakie są zamierzenia prokuratorów wojskowych. Tego rodzaju wypowiedzi PG, niezgodnych ze stanem rzeczywistym, byliśmy już świadkami, chociażby przy okazji ekshumacji. Być może podobnie jest i tym razem.

Rosjanie nie oddają nam tych dowodów. Są im potrzebne. Nam nie?

- Dokładnie. Rosjanie przetrzymują te dowody aż do zakończenia postępowania, a my rzekomo mamy zakończyć śledztwo bez nich. Zapewne przetrzymywanie wraku przez Rosjan wynika z procedur, bo nie sądzę, by wykonywano jeszcze jakieś badania. Na tym wraku, w ramach polskiego śledztwa, trzeba wykonać fundamentalną dla oceny przyczyn katastrofy czynność - rekonstrukcję. A spodziewam się, że z biegiem czasu mogą pojawić się również inne niezbędne dla śledztwa badania.

Seremet uważa, że wykonano dwie trzecie planowanych czynności procesowych. Wcześniej deklarował, że śledztwo może zakończyć się w kwietniu 2013 roku. Jaki jest realny termin?

- Mam wrażenie, że prok. Seremet nie interesuje się specjalnie tym postępowaniem. Inaczej wiedziałby, że zakończenie go na wiosnę jest nierealne. To jest technicznie niemożliwe. Moim zdaniem, to postępowanie będzie trwało jeszcze kilka lat. Ukończenie go na wiosnę przyszłego roku świadczyłoby o niczym innym jak o chęci zamiecenia sprawy pod dywan. Przecież do tego czasu nie uda się wykonać wielu istotnych dla tego śledztwa czynności, a zatem prokuratura musiałaby je w pełni świadomie pominąć, kończąc postępowanie.

Prokurator tak relacjonuje sprawę "trotylu na wraku": "Dostałem telefon, że może być problem. Spotkałem się natychmiast z prokuratorami wojskowymi. Przekazali mi, że instrumenty reagują tak jak na cząstki wysokoenergetyczne i że jeżeli ta informacja zostanie ujawniona bez odpowiedniego komentarza, będzie groźną sensacją. Premier przyjął to do wiadomości". Dlaczego przez miesiąc oczekiwano na ujawnienie sensacji?

- Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Prokuratura była świadoma, że przeciek może nastąpić, i powinna o swoich ustaleniach poinformować rodziny, a potem opinię publiczną. Potrzebny był szybki, profesjonalny, niebudzący wątpliwości komunikat. Pan prokurator sam przyznaje, że spodziewał się, że może być problem. Dlaczego milczano wobec publikacji w "Rzeczpospolitej"? Dlaczego miesiąc po relacjonowanym spotkaniu i przekazaniu informacji premierowi prokuratura sprawiała wrażenie nieprzygotowanej? To świadczy albo o braku profesjonalizmu, albo o tym, że były co do tej sprawy jakieś inne zamierzenia.

Podobno pełnomocnicy nie czytają akt, choć publicznie ubolewają, że nie mają do nich dostępu.

- Byłem w zeszłym tygodniu w prokuraturze i czytałem akta. Staram się to robić na bieżąco. Mogę też powiedzieć, że wszystkie rodziny, które reprezentuję, wyraziły chęć zapoznania się z dokumentacją niejawną. Niestety, tu terminy są dość odległe. Problem jednak polega na tym, że nie miałem dostępu do "najnowszych akt" postępowania, bo były to dokumenty sprzed kilku miesięcy. Być może pan prokurator uważa, że jest to naturalna praktyka.

Śledczy nie dokonali jeszcze oceny działań rosyjskich kontrolerów, bo Rosjanie zwlekają z przesłaniem dokumentacji. Skoro nie trzeba sprowadzać wraku, by zakończyć śledztwo, to dlaczego tu nie wystarczą znajdujące się w Polsce dane? Przecież wojsko wykonuje loty do Rosji i zna zasady.

- Rzeczywiście, można mieć tu pewne wątpliwości. Jednak w mojej ocenie, ta dokumentacja jest potrzebna. Strona polska wie, jakie obowiązują zasady, zna swoje uprawnienia, ale nie mamy pełnej dokumentacji rosyjskiej, która pozwoliłaby w sposób niebudzący wątpliwości ocenić działania pracowników kontroli lotów. Rosjanie tych danych nam nie przekazują, bo najwyraźniej wiedzą, że zaniedbania po stronie rosyjskiej, które mogą doprowadzić do odpowiedzialności karnej, są spore.

Seremet umniejsza dorobek naukowców zajmujących się katastrofą, bo albo rzekomo nie podejmują współpracy z prokuraturą, albo są specjalistami z innych dziedzin. Twierdzi też, że prokuratorzy nie mogą polemizować z każdą teorią.

- Jeżeli ktoś posiada tytuł naukowy, wypowiada się na temat katastrofy w sposób wiążący, to takich głosów nie można lekceważyć. Sprowadzanie przez prokuratora generalnego sprawy do specjalisty od technologii betonu, bo taki przykład jest przywoływany, to trywializowanie problemu. Mówimy o naukowcach, którzy dokonują poważnych analiz: czy to fragmentów samolotu, czy to danych dotyczących przebiegu lotu, i prokuratura ma obowiązek odnieść się do zgłaszanych wątpliwości. Chociażby dlatego, że jeśli pewnych spraw się nie zweryfikuje, to będą one funkcjonowały w przestrzeni publicznej. Mówimy o ludziach z naukowym doświadczeniem, którzy w wielu przypadkach posiadają wiedzę specjalistyczną znacznie obszerniejszą niż biegli powołani przez prokuraturę.

Publikowane są kolejne zdjęcia z katastrofy smoleńskiej. Tego rodzaju działalności blogerów nie da się zatrzymać?

- Jest to możliwe poprzez blokowanie serwerów i uniemożliwienie tego rodzaju publikacji. Owszem, często takich spraw nie można załatwić procesowo, bo unormowania prawne danych krajów nie są łamane przez internautów. Są jednak inne możliwości działania. Dobrze przygotowane służby powinny wiedzieć, jak bronić godności swoich obywateli i majestatu Rzeczypospolitej, także w sferze informatycznej. Jestem przekonany, że gdyby zamieszczono na polskim serwerze rozebrane zdjęcie Władimira Putina, to w ciągu kilku godzin padłby cały system informatyczny w Polsce, gdyż rosyjskie służby specjalne są świetnie przygotowane do odpowiednich retorsji.

Prokurator Seremet mówi: "biegli stwierdzili, że poza głosami członków załogi są inne głosy niż należące do członków załogi". Nierozpoznany głos mógł należeć do któregoś z pilotów? Jest absolutna pewność, że był to ktoś z zewnątrz?

- Uważam tego rodzaju wypowiedzi za nadużycie. Na to mogą pozwolić sobie dziennikarze TVN lub jakiejś pośledniej gazety, a nie funkcjonariusz publiczny. Jest rzeczą oczywistą, że skoro nie rozpoznano konkretnego głosu, to może być to głos zarówno członków załogi, jak i osoby postronnej. W jaki sposób prokurator Seremet ustalił coś, czego nie byli w stanie ocenić biegli, pozostaje jego tajemnicą.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Austyn

Nasz Dziennik