Ostatniej nocy w Sejmie doszło do okupowania sali plenarnej przez posłów tzw. totalnej opozycji. Oficjalnie – w imię obrony wolności mediów.
– Wolność mediów jest jednym z fundamentów demokracji i trzeba o nią dbać. Dziennikarzom powinni pomagać w tym politycy, ponieważ obie te grupy społeczne nie mogą funkcjonować bez siebie nawzajem. Jeżeli ogranicza się swobodę dostępu tych pierwszych do drugich, to należy dobrze przemyśleć każdą taką decyzję, aby nie wywoływać niepotrzebnych konfliktów. Przedstawiciele mediów muszą jednak zrozumieć, że i od nich wymaga się – zwłaszcza na korytarzach sejmowych – pewnej powściągliwości i zachowań, które nie utrudniają pracy parlamentarzystom. Uważam, że w obecnej sytuacji konieczne jest jak najszybsze spotkanie Prezydium Sejmu z reprezentacją środowiska dziennikarskiego w celu ustalenia satysfakcjonujących obie strony sposobów sejmowej koegzystencji. Niewątpliwie interesy obu grup są rozbieżne, ale właśnie dlatego potrzeba usiąść do stołu rozmów.
Minister Mariusz Błaszczak wydarzenie to nazwał „próbą drugiej nocnej zmiany”. Stwierdzenie adekwatne do rzeczywistości?
– Z pewnością mamy do czynienia z podobną jak 4 czerwca 1992 roku próbą dokonania przez opozycję zasadniczych zmian na scenie politycznej. Analogiczne jest również zachowanie sporej części mediów, które bez żenady wspierają wszystkich, którym marzy się obalenie obecnej władzy. Jest jednak istotna różnica: tym razem opozycja jest w parlamencie w mniejszości, może więc uciekać się jedynie do obstrukcji i mobilizować do współdziałania różne środowiska społeczne podobnie jak ona nienawidzące Prawa i Sprawiedliwości, a zwłaszcza prezesa tej partii.
Tłumaczenia PiS co do ograniczenia działalności dziennikarzy w Sejmie Pana przekonują? A może jest tak, jak mówi opozycja, że partia Jarosława Kaczyńskiego boi się wolnych mediów?
– Nie sądzę, aby Jarosław Kaczyński bał się wolnych mediów, ale na pewno nie jest ich ulubieńcem i musi brać pod uwagę to, że czegokolwiek nie powie i nie zrobi, zostanie ostro, a bardzo często niemerytorycznie skrytykowany. Nawet gdyby zmienił swój sposób zachowania wobec nich, niewiele by to zmieniło.
Tym razem Jarosława Kaczyńskiego zawiódł nos stratega? Doświadczenie uczy, że tzw. totalna opozycja wykorzysta każdy pretekst do wojny z rządem, więc na tę ewentualność można było się przygotować.
– Nie wiem, czy można mówić o odpowiedzialności prezesa PiS za wczorajsze wydarzenia na ulicy Wiejskiej, ponieważ „zdetonował” je marszałek Marek Kuchciński. Nie sądzę, aby w każdej konfliktowej sprawie radził się on Kaczyńskiego, chociaż oczywiście doskonale rozumie i bezwarunkowo akceptuje linię polityczną, jaką on wyznacza. Mając do czynienia z tak totalną, bezwzględną i nieprzebierającą w środkach opozycją, marszałek Sejmu powinien lepiej przewidywać możliwe następstwa różnych jej poczynań i wykazywać się dużą odpornością psychiczną.
Chwilę po rozpoczęciu awantury w Sejmie na portalach społecznościowych pojawiły się wezwania do przyjścia pod Sejm i do wszczęcia protestu. Według planów Sejm miał głosować nad ustawą dezubekizacyjną. Zbieżność nazwisk i wydarzeń – tak jak w filmach – jest przypadkowa?
– Na pewno znaczną część protestujących w nocy pod budynkiem Sejmu stanowią przeciwnicy obniżania emerytur i rent byłym funkcjonariuszom komunistycznego aparatu terroru. Ale jeżeli niższa izba parlamentu miałaby wczoraj przyjmować projekty innych ustaw, frekwencja byłaby taka sama.
Od pewnego czasu mówi się, że protesty przeciwko rządowi są finansowane przez kapitał zagraniczny. Możemy więc spodziewać się kolejnych tego typu wydarzeń w Sejmie?
– Mamy w tej chwili do czynienia z niewątpliwym przesileniem politycznym i opozycja wykorzysta każdą szansę, aby storpedować prace Sejmu oraz rządu, włącznie z odwoływaniem się do Parlamentu Europejskiego. Można więc z prawdopodobieństwem bliskim pewności spodziewać się kolejnych takich działań. Jeżeli padają natomiast sugestie finansowania ich przez zagraniczny kapitał – zarzut najwyższej rangi, czyli zdrady racji stanu – to trzeba mieć na to stuprocentowe dowody.

