Zmarł gen. Janusz Brochwicz-Lewiński ps. „Gryf”, bohater Wojska Polskiego. Powstaniec warszawski. Generał po wojnie zamieszkał w Wielkiej Brytanii, gdzie kontynuował karierę wojskową, lecz w służbie Jej Królewskiej Mości. Jednak wielu polskich bohaterów II wojny światowej pozostało na Zachodzie, gdzie wiodło bardzo ciężkie życie, często w biedzie. Dlaczego alianci nie doceniali ich ofiary?
– To bardzo przykre, że alianci nie potrafili właściwie docenić wielkiego bohaterstwa polskich żołnierzy w II wojnie światowej, podczas której walczyli oni przecież także za ich wolność. Zaważyły względy polityczne, czyli przedłożenie dobrych stosunków ze Związkiem Sowieckim ponad honor, prawdę i uczciwość.
Generał mimo lat spędzonych na wygnaniu uważał Polskę za matkę i Ojczyznę. Jak wyglądało życie polskich żołnierzy „na wygnaniu” w kwestii podtrzymywania polskości?
– Uchodźstwo polityczne i żołnierskie (wolę to określenie niż „emigracja”) kultywowało najpiękniejsze wartości patriotyczne, pozostając przez ponad pół wieku na straży narodowych imponderabiliów. Nigdy nie pogodziło się z pojałtańskim ładem i robiło wszystko, aby wspierać niepodległościowe ruchy w kraju oraz zaszczepiać swoim dzieciom i wnukom polskość w jej najpiękniejszej, romantycznej wersji.
Po wielu latach gen. „Gryf” wrócił do Polski, gdzie aktywnie działał na rzecz szerzenia postaw patriotycznych. Skąd to przekonanie wśród pokolenia II wojny światowej o potrzebie ciągłej walki, mimo podeszłego wieku, także na polu edukacyjnym?
– To było wspaniałe pokolenie ludzi, którzy przez całe życie, niezależnie od warunków politycznych, czuli się Polakami i gotowi byli do wielu poświęceń dla ukochanej Ojczyzny. Wiedząc, że PRL nie jest prawdziwą Polską, zachowywali się tak, jak wychowano ich w dwudziestoleciu międzywojennym. Ciężko pracując na chleb, nigdy nie zapominali o swoich powinnościach wobec idei niepodległości Rzeczypospolitej. Ci, których wojenne losy rzuciły na obczyznę, tęsknili za Polską i marzyli, że będzie ona kiedyś taka, jaką zapamiętali ją sprzed 1939 roku. Wracając do niej po latach, nadal służyli imponderabiliom, nawet czekały ich za to represje, prześladowania, tortury, więzienie, śmierć.
Po śmierci generała posypały się wyrazy kondolencji. Każdego roku grono naocznych świadków krwawej walki o Polskę kurczy się. Nie odnosi Pan wrażenia, że o wielkich postaciach pamiętamy tylko podczas ich śmierci?
– Na szczęście wielu sędziwych kombatantów utrzymuje bardzo ożywione kontakty z młodzieżą, zwłaszcza harcerską. Generał „Gryf” był żołnierzem legendarnego batalionu „Parasol” złożonego głównie właśnie z harcerzy, a środowisko Szarych Szeregów bardzo dbało po 1945 roku o swoją spójność i o twórcze przekazywanie młodym pokoleniom pałeczki w niepodległościowej sztafecie. Sam wielokrotnie spotykałem się z „Parasolarzami” i „Zośkowcami”, ponieważ prowadzony przez mnie w latach 70. i 80. krakowski szczep ZHP „Żurawie” należał do tzw. niepokornego harcerstwa, dla którego największym autorytetem moralnym był naczelnik Szarych Szeregów Stanisław Broniewski-„Orsza”.
Co zrobić, aby ich ofiara nie została zapomniana?
– Pamiętać i działać tak jak oni, dostosowując swoją służbę Bogu, Polsce i bliźnim do aktualnych warunków. Tylko tyle i aż tyle.

