logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Demokracja w Polsce zostanie obroniona

Wtorek, 10 stycznia 2017 (20:20)

Z Krzysztofem Wyszkowskim, współtwórcą i byłym działaczem Wolnych Związków Zawodowych, doradcą premierów Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego, członkiem Kolegium IPN, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Mateusz Kijowski, który miał być symbolem rzekomo oddolnego ruchu w obronie demokracji, de facto na tej działalności zarabiał i to całkiem nieźle. Pan chyba nie jest tym faktem specjalnie zaskoczony…?

– Rzeczywiście informacje te nie zaskoczyły mnie. Prawdę mówiąc, ten człowiek od samego początku nie zrobił na mnie dobrego wrażenia, co więcej od razu zarysował mi się jako postać negatywna. Nic zatem dziwnego, że współczułem temu środowisku, że stawia jako na twarz czy przywódcę ruchu, który miał rzekomo bronić demokracji, de facto na kulawego konia, na kukłę, która ich skompromituje jeszcze bardziej. I to się sprawdziło. Ten człowiek – alimenciarz od samego początku twierdził, że nie ma dochodów i zamiast się zabrać do pracy, to ni stąd ni zowąd stał się działaczem publicznym. To od samego początku było bardzo podejrzane i fałszywe. Tym bardziej dziwi fakt, że tak wielu ludzi mu zaufało, zawierzyło człowiekowi, który oszukuje własne dzieci. Mateusz Kijowski pokazywał się w mediach jako człowiek dobrze ubrany, na motocyklu, a nie było go stać na to, żeby pomóc własnym dzieciom. Aż dziw bierze, jak można było takiemu człowiekowi zawierzyć. Ale tak czy inaczej jest to zmartwienie tych, którzy tak łatwo dali się zwieść i oszukać.        

W jakim świetle stawia to takich ludzi jak Bronisław Komorowski, Aleksander Kwaśniewski czy wreszcie Lech Wałęsa, nie wspominając już liderów obecnej totalnej opozycji, którzy uwiarygadniali Mateusza Kijowskiego?

– O ludziach, których Pan wymienił, również nie mam dobrego zdania, co więcej moja opinia jest zdecydowanie negatywna. Uważam ich za nieuczciwych. Weźmy chociażby Komorowskiego, którego jeszcze w latach siedemdziesiątych – zaskoczony jego wspaniałym mieszkaniem – pytałem się, skąd wziął na to pieniądze. To był czas, kiedy wszyscy żyliśmy ubogo, a tu nagle taki lokal i przepych. I wtedy Komorowski tłumaczył mi, że to rodzina żony i że to podobno jakiś spadek. Tymczasem okazało się, że był to owszem spadek, ale resortowy po rodzicach jego żony, którzy pracowali w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, a następnie w PZPR. Skoro więc Komorowski był tak zakłamany, że udawał, iż nie wie, skąd jego teściowie mają tego typu możliwości lokalowe, a Wałęsa wygrywał kasę w Toto Lotka, to nic dziwnego, że dobrali sobie kolegę z tej samej półki czy o podobnej mentalności. 

Podobnie do Komorowskiego, który otrzymywał majątek w spadku, Kijowski pytany, z czego żyje, też odpowiadał, że jest na utrzymaniu rodziny…  

– Kijowski jest na utrzymaniu „nowej” rodziny, bo jak wiadomo tą pierwszą zostawił i jak słyszymy, nie jest w stanie wyrównać zaległości alimentacyjnych wobec swoich dzieci. Pozostaje wzruszyć ramionami albo współczuć tym spośród członków KOD, którzy być może okazali się naiwni i dali się nabrać. Być może są tam także uczciwi, naiwni ludzie. Nie chodzi o ludzi pokroju płk. Mazguły, który nie tylko, że usprawiedliwiał stan wojenny i jego autorów, a teraz chce bronić rzekomo zagrożonej Konstytucji, ale mam na myśli ludzie, którzy być może myśleli, że w KOD jest element ideowy. Tym, o ile tacy się w ogóle znajdą w tym gronie, można ewentualnie tylko współczuć, że dali się wykiwać. Jednakże w polityce taka naiwność nie rozgrzesza. W końcu element targowicy w tym ruchu był aż nadto widoczny, żeby go nie zauważyć. Niemniej jednak współczując tym oszukanym, nazwałbym ich nieodpowiedzialnymi głupcami. Może będzie to dla nich nauczka, otrzeźwienie, że nie należy bezkrytycznie ufać ludziom znikąd i swoją osobą firmować ich działania.

KOD miał być nową jakością, a stał się… no właśnie czym się stał?

– KOD, który jak widzimy, gnije od wewnątrz, miał być nowym, sprytnym manewrem ludzi, którzy z mamienia Polaków uczynili sobie metodę polityczną. I patrząc, jak upada projekt, który wykorzystując ludzi, miał pomóc zwiedzionej przegraną w demokratycznych wyborach totalnej opozycji w powrocie do władzy, to właściwie należałoby się tylko cieszyć z tego, że prawdziwi wrogowie demokracji w Polsce nie potrafili znaleźć sprawniejszych liderów, a postaci komiczne, które potykają się o własne nogi, którymi kieruje chciwość i które tak łatwo się demaskują. Widać opozycji – mam na myśli Platformę i Nowoczesną – nie stać na żadnych lepszych liderów, co tylko podwyższa szanse na to, że demokracja w Polsce zostanie obroniona.

Czy to koniec Kijowskiego, który całą sprawę próbuje lekceważyć, a to, co zrobił, określa jako niezręczność, co więcej wciąż uważa się za człowieka honoru?

– Ktoś dobrze to określił, mówiąc, że Kijowskiemu człowiekowi bez charyzmy honor pomylił się z honorarium. Jeśli to nie byłby koniec przygody politycznej Mateusza Kijowskiego, to oznaczałoby, że w kierownictwie KOD nie jest on postacią odosobnioną, ale że w szeregach tej pseudoformacji jest więcej takich jak on i że będą oni próbowali jakoś przetrwać tą kompromitację i utrzymać się na fali. To wskazywałoby, że kierownictwo KOD jest złożone z ludzi bardzo podobnych Kijowskiemu. Liderzy totalnej opozycji w Polsce są ludźmi absolutnie niewiarygodnymi. Dla demokracji w Polsce taki KOD to być może gwarant, że nic złego się nie stanie.

Czy kwity z KOD będą teraz wychodzić częściej?

– Kto wie…? Przeglądając internet, widzę, że aż huczy od komentarzy. Można np. przeczytać, że jeśli cała prawda o tej formacji wyjdzie na jaw, to wszystkim kapcie pospadają z nóg. Może się zatem okazać, że sprawa Kijowskiego nie była jedyna, że w kierownictwie KOD takich uczciwych inaczej jest więcej.   

 

Czy Donald Tusk, który jak wszystko wskazuje, kończy swą karierę na salonach europejskich, w którym upatrywano wybawcę powracającego na białym koniu i zwierającego szyki opozycji, ma jakiekolwiek szanse być tym liderem?

– Jest taka zasada, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale wbrew temu – jak sądzę Tusk ma pewne szanse. Jak głosi przysłowie „na bezrybiu i rak ryba”, więc niektórzy widzieliby go jako wybawcę powracającego na polską scenę polityczną. Co by nie powiedzieć, Donald Tusk to bystry polityk, sprawny, dobrze wymodelowany polityk, przez wiele lat był trenowany i urabiany przez specjalistów od PR. W przeciwieństwie do wielu innych Tusk chciał się uczyć, potrafił być postacią medialną, co mu się udawało. Szkolenia szły za szkoleniami i efekt jest taki, że spece od PR zarobili na swoje pieniądze. I Tusk może odegrać jakąś postać, choć nie sądzę, żeby był w stanie powrócić do roli, jaką odgrywał na polskiej scenie politycznej przed wyjazdem do Brukseli. Na „romans” Tuska ze Schetyną nie liczyłbym, czy na to, że stanie się liderem nowej formacji. Żeby to było realne, potrzebne są jakieś struktury, oparcie się o już funkcjonujących na scenie graczy, pytanie tylko o kogo…? O Stefana Niesiołowskiego, Romana Giertycha, Rafała Dudkiewicza z Wrocławia…, przecież wszyscy oni byliby dla Tuska balastem, niczym kula u nogi. To są – używając kuchennego języka – stare odgrzewane kotlety. Więc co…? Od początku – jeśli chodzi o Tuska, to nie ma co zaczynać. Chyba że postawiłoby na niego jakieś potężne, z dużymi pieniędzmi lobby finansowe, które chciałoby postawić na tego konia. Czas pokaże, czy i co z tego wyniknie.

Czy zatem zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że tak na dobrą sprawę Prawo i Sprawiedliwość dziś nie ma za bardzo z kim przegrać?      

– To bardzo ryzykowne stwierdzenie, nacechowane brakiem pewnej politycznej pokory, która jest niezbędna. Wiedzą o tym ci, którzy tak sądzili, a dzisiaj zamiast drugą kadencję na urzędzie prezydenta Rzeczypospolitej występują podczas manifestacji ulicznych na mizernej scenie z liderami KOD. W polityce zbytnia pewność siebie nie służy osiąganiu wielkich celów. Coś jest w stwierdzeniu, że pycha kroczy przed upadkiem. I gdyby w PiS miała zapanować taka atmosfera, jaka była w szeregach Platformy, to byłoby bardzo źle. Nie radzę zatem nikomu wpadać w tego typu tryby samouwielbienia, a bardziej radzę zachować szacunek dla wartości i pilnować porządku we własnych szeregach. Jeśli bowiem tego zabraknie, to mogą się powtórzyć wpadki podobne do tych, które zanotowała jeszcze do niedawna pewna siebie partia władzy, czyli dzisiejsza opozycja totalna.

Wspomniał Pan o szacunku do wartości, ale poziom ten wśród polityków opozycji jest mizerny, skoro mieliśmy już „sześciu króli” w wydaniu Ryszarda Petru, a ostatnio poseł Platformy Arkadiusz Myrcha do trzech mędrców dodał czwartego – Belzebuba. Czy to tylko gafy?  

– To nie są tylko gafy, ale to świadczy o ignorancji w podejściu do wartości, z których my, Polacy, jako Naród wyrastamy i z którymi jesteśmy związani od 1050 lat. Takie zachowania, których jesteśmy coraz częściej – niestety – świadkami, to są właśnie skutki czy efekty pychy. Mamy sytuację, kiedy wokół Platformy zgromadzili się ludzie, co tu dużo mówić – niegodni, którzy weszli do świata polityki nie po to, żeby służyć społeczeństwu, które dało im mandat sprawowania władzy w ich imieniu, ale żeby zadbać o swoje własne interesy. Myślę, że takich ignorantów można znaleźć w każdej formacji politycznej. W jednej stanowią oni liczniejszą, a w innej mniej znaczącą grupę, niemniej jednak są obecni. I takich ludzi należy się wystrzegać. Mam nadzieję, że prezes Jarosław Kaczyński, że w ogóle kierownictwo PiS zachowa wrażliwość na wartości i będzie się wystrzegać i eliminować ze swych szeregów ludzi, którzy chcieliby być politykami tego formatu, którzy uważają, że nie mają z kim przegrać. Pokora i służba społeczeństwu to naczelne zasady, które powinny przyświecać wszystkim, którzy chcą zaistnieć w świecie polityki.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl