Jutro do Warszawy przyleci kanclerz Niemiec Angela Merkel. Spotkanie to może być czymś więcej niż kurtuazyjną wizytą?
– Z pewnością to coś więcej niż kurtuazja. Minął ponad rok od kiedy Niemcy, za pośrednictwem Brukseli, próbowali wpłynąć na bieg spraw politycznych w Polsce, łącznie z próbą wymiany ekipy rządzącej. Pamiętajmy, że ten nacisk, który szedł przez Brukselę, w dużym stopniu do tego zmierzał. Tę konfrontację Bruksela przegrała. Sprawa Trybunału Konstytucyjnego wygasła, a ostatnia okupacja Sejmu nie przyniosła żadnych korzyści. W związku z tym trzeba podjąć próbę ułożenia relacji polsko-niemieckich na nowo. Angela Merkel po szczycie maltańskim zadeklarowała budowę Europy dwóch prędkości. Kraje Europy Zachodniej miałyby wejść w obszar I prędkości, a pozostałe w II. Dla mnie jest to budowanie napięcia przed negocjacjami, które będą odbywać się w Polsce. Nasz kraj chce reprezentować Grupę Wyszehradzką, a spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z premierem Słowacji Robertem Fico jest tego manifestacją. Budowanie relacji będzie odbywać się na trzech płaszczyznach. Pierwsza to relacje Berlina z Warszawą, druga: Niemiec z Grupą Wyszehradzką, a trzecia: ogólnoeuropejska. To są te zagadnienia, które trzeba uporządkować.
Forsowanie koncepcji Europy dwóch prędkości może być zabiegiem PR przed zbliżającymi się wyborami w Niemczech?
– Tego bym nie wykluczał. Ale z pewnością ta koncepcja jest rozważana i mogłaby nastąpić próba jej realizacji. Zwłaszcza że lewica niemiecka to popiera. Pamiętajmy jednak, ze Europa I prędkości, czyli kraje Europy Zachodniej, wcale nie są stabilne w kwestii „proeuropejskości”. Nie ma obecnie kraju bardziej narażonego na terroryzm niż Francja oraz realną szansę na zwycięstwo w wyborach prezydenckich ma Marine Le Pen. I co będzie, gdy Francja, będąc w Europie I prędkości, zrobi referendum w sprawie wyjścia z UE i strefy euro? A jak wiemy, we Francji nastroje eurosceptyczne są olbrzymie. Są jeszcze problemy gospodarcze, które dotyczą głównie krajów zachodnich. Wystarczy popatrzeć na Włochy, w których potężnemu kryzysowi finansowemu towarzyszy destabilizacja polityczna. Na czym miałaby polegać przewaga I prędkości nad II, jeżeli bierzemy pod uwagę skalę problemów, które trzeba rozwiązać? Ja jej nie widzę. Co więcej, uważam, że wejście w obszar I prędkości byłoby problematyczne. Dlatego hasło „Europy dwóch prędkości” jest skierowane do wewnątrz, ale przede wszystkim jest to straszak dla krajów naszego regionu, że jeżeli się nie podporządkują, to spadną do II ligi państw Wspólnoty i ich wpływ na politykę europejską będzie minimalny.
Według przypuszczeń Pani kanclerz ma w Warszawie zabiegać o poparcie reelekcji Donalda Tuska. Myśli Pan, że Merkel pójdzie na starcie z socjalistami o stanowisko „prezydenta Europy”?
– Być może tak będzie, ale to wcale nie pomoże Donaldowi Tuskowi. Wyobraźmy sobie sytuację, w której rząd w Warszawie zgłosiłby kandydaturę Martina Schulza na urząd przewodniczącego Rady Europejskiej. Jest to polityk, który jest w opozycji wobec Angeli Merkel i nie znalazłby poparcia jej rządu. Cała prasa ogólnoeuropejska stwierdziłaby, że to niezręczność i rozgrywanie spraw niemieckich przez niezgrabną politykę polską. Gdyby więc kandydatura Donalda Tuska nie została poparta przez rząd w Warszawie, byłoby to dla niego niebezpieczne. Byłby on wtedy jednoznacznie sklasyfikowany jako kandydat niemiecki i jako taki miałby bardzo utrudnione zadanie. Natomiast Merkel może w to iść, pytanie tylko, jak daleko. Myślę, że w tej chwili brane są pod uwagę różne warianty.
Ale czy polski rząd mógłby się w tej sytuacji politycznej zachować inaczej niż tylko stanąć w opozycji do kandydatury Donalda Tuska?
– Trudno jest wskazać jakikolwiek sukces byłego premiera. Nie tylko na naszym podwórku, ale też w Europie. Dodatkowo raz za razem próbował ingerować w wewnętrzne sprawy Polski. Najprościej rzecz ujmując, gdyby Tusk dostał poparcie rządu Beaty Szydło czy prezydenta Andrzeja Dudy, byłoby to bardzo dziwne.
Program wizyty pani kanclerz jest napięty, a tematów do poruszenia wiele. I tak Angela Merkel zaprosiła na spotkanie do ambasady Niemiec przedstawicieli opozycji: Grzegorza Schetynę i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Jak interpretuje Pan ten punkt wizyty?
– To jest alibi do spotkania z Jarosławem Kaczyńskim. Prezes Prawa i Sprawiedliwości nie sprawuje żadnej oficjalnej i realnej funkcji – nie jest prezydentem, premierem czy ministrem. Spotkanie Merkel i Kaczyńskiego jest kluczowe dla spraw polsko-niemieckich. Skoro ono się odbywa, to trzeba je wizerunkowo usprawiedliwić i temu ma służyć spotkanie z opozycją. Z kolei pominięcie Ryszarda Petru jest znaczące i nieprzypadkowe. Tak Merkel chce pokazać, że nie wspiera opozycji antyrządowej, tylko spotyka się ze swoimi koalicjantami tworzącymi jedną frakcję w europarlamencie.

