Emocje po szczycie w Brukseli opadły. W jakich kategoriach ocenia Pan to, co się wydarzyło w ostatnich dniach w związku z reelekcją Donalda Tuska?
– Z całą pewnością Donald Tusk to nie był kandydat z naszej bajki i to jest fakt. Natomiast warto się zastanowić nad tym, czy pewne decyzje i kroki związane z wyborem nowego przewodniczącego Rady Europejskiej nie były z naszej strony spóźnione. Może trzeba było wcześniej podjąć działania dyplomatyczne związane z wystawieniem i promocją kandydata Polski. Tak czy inaczej szczyt się zakończył, życie toczy się dalej i może poza tym, że będziemy mieli w Brukseli zdeklarowanego wroga w osobie Donalda Tuska, to nic specjalnie się nie zmienia. Nie byliśmy w tej batalii faworytem salonów unijnych, ani nie wpisaliśmy się w jedną słuszną linię, jeśli chodzi o ideologię tego wyboru. W związku z tym zgodnie z wolą Niemców zostało zachowane status quo, a my..., no cóż musimy dalej robić swoje, aby budować mocną pozycję Polski na arenie międzynarodowej.
Czym Donald Tusk zaskarbił sobie przychylność większości państw europejskich?
– Obiektywnie trudno znaleźć coś, co predestynowałoby tego polityka na stanowisko szefa Rady Europejskiej. Tak naprawdę to Donald Tusk w niczym na arenie międzynarodowej się nie wyróżnił najpierw jako premier Polski, ale również – przez ostatnie dwa i pół roku – jako szef Rady Europejskiej. Nie podjął żadnych skutecznych działań, które zastopowałyby falę migracji, nie zrobił też nic, aby zatrzymać wyjście Wielkiej Brytanii z szeregów Wspólnoty. Nic zatem dziwnego, że się mówi, iż to, co Tuskowi wyszło w pierwszej kadencji, to właśnie Wielka Brytania z Unii. Ponadto jako polityk zachował się bardzo nieprofesjonalnie, bowiem nie potrafił zachować neutralności, angażując się w wewnętrzny spór w Polsce, co więcej, stanął po jednej stronie tego sporu. I to go dyskwalifikuje jako polityka.
Patrząc na efekty wizerunkowe, warto było kruszyć kopie o mało istotne stanowisko szefa Rady Europejskiej?
– W mojej ocenie nie było warto. Rola Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej w Polsce – zwłaszcza w środowiskach związanych z tzw. opozycją totalną – jest zdecydowanie przeceniona w stosunku do jego rzeczywistej pozycji, i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. W dalszym ciągu pozostaje on organizatorem obiadków u kanclerz Angeli Merkel, jest posłusznym wykonawcą poleceń swojej chlebodawczyni, poklepywanym po ramieniu przez przywódców państw Wspólnoty strażnikiem dzwoneczka, którym otwiera i zamyka posiedzenia Rady. I moim zdaniem, nie warto było kruszyć kopii. Mamy poważniejsze zadania i raczej na ich wykonaniu powinniśmy się skupić niż na kwestii przedłużania czy nie elekcji Donalda Tuska.
Jak postrzega Pan ataki na premier Beatę Szydło ze strony m.in. prezydenta Francji?
– To było bardzo niesmaczne, delikatnie rzecz ujmując. Żeby nazwać po imieniu zachowanie tego „dżentelmena” z czteroprocentowym poparciem we własnym kraju, którego kariera na politycznych salonach europejskich dobiega – na szczęście – końca, trzeba byłoby użyć mocniejszych słów. Żaden przywódca nawet najpotężniejszego państwa nie ma prawa wtrącać się w sprawy wewnętrzne innego państwa. To, jak się zachował prezydent Hollande, nie było niestosowne i niedyplomatyczne, po prostu nieładne.
Na jakie sojusze wewnątrz Unii może dzisiaj liczyć Polska, czy biorąc pod uwagę wynik głosowania, Grupa Wyszehradzka wciąż jest monolitem i czy nie zostaliśmy trochę wpuszczeni w maliny?
– Kwestie sojuszy należałoby – jak sądzę – rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Pierwsza to Parlament Europejski, gdzie ten nasz ostatni bój, trochę spóźniony, z którego nie wyszliśmy zwycięsko, nie przysporzył nam większej chluby, ale mamy inne zadania i musimy robić wszystko, żeby jak najwięcej uzyskać dla Polski. Nasze działania zmierzające do naprawy Unii Europejskiej nie na wiele się zdały, bo Wspólnota jest w coraz większym kryzysie i nie bardzo wie, jaką drogę wybrać. Przykładem tego jest plan Jean-Claude Junckera, który przedstawił kilka scenariuszy, pięć różnych wizji zmian w UE i ułożenia współpracy w gronie 27 państw bez Wielkiej Brytanii. Przewidują one zarówno rozluźnienie integracji, Unię wielu prędkości, jak i federację. To pokazuje, że Unii trudno znaleźć jeden kierunek. Natomiast my powinniśmy się skupić na problemach UE, które będą wpływać na naszą gospodarkę, tym bardziej powinniśmy bronić swoich pozycji. Państwa Europy tak naprawdę nie patrzą na politykę Tuska i pozostałych krajów, ale skupiają się na interesie własnego kraju. Dlatego powinniśmy szukać sojuszników w państwach – nowych członkach Unii, ale nie ustawać również w poszukiwaniu sojuszników w trzonie Unii. To są oczywiście rozwiązania prawne, gospodarcze, rozwiązania ekonomiczne, dotyczące kwestii przepływów towarów, ludzi i na tym polu musimy szukać sojuszników. I jeśli się temu przyjrzeć z bliska, to można zauważyć, że te podziały wewnątrz Unii wcale nie przebiegają tak, jak to wyglądało ostatnio na posiedzeniu Rady Europejskiej, gdzie mieliśmy Polskę i resztę świata. Tak nie jest. Mamy tam swoich sojuszników i to powinniśmy wykorzystywać.
Można jeszcze mówić o przyjaźni z Węgrami? Jak widzi Pan przyszłe relacje na linii Warszawa – Budapeszt?
– Nie znam osobiście premiera Viktora Orbána, w związku z tym trudno mi powiedzieć, co to za człowiek. W naszej grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należy Prawo i Sprawiedliwość, nie ma Węgrów, którzy są albo europosłami niezależnymi, albo należą do Europejskiej Partii Ludowej. Dlatego – jak sądzę – odbudowa wzajemnych relacji po tym niefortunnym incydencie związanym z wyborem Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej należeć będzie do polskiej dyplomacji. Jest to oczywiście poziom Grupy Wyszehradzkiej. Jednak nie należy się zamykać także na inne kraje europejskie, które postrzegają Polskę jako państwo, które chciałoby wszystkimi rządzić. Zresztą ta ich wrażliwość jest podobna do naszych relacji z Niemcami, gdzie nie chcemy, aby nam z góry narzucano wolę Berlina. Tak czy inaczej Polska pozostanie liderem państw Europy Środkowo-Wschodniej i tego nie zmienią żadne zakłócenia związane z obsadą takiego czy innego stanowiska w Unii Europejskiej.
Pana zdaniem projekt pod nazwą Unia Europejska w obecnym kształcie potrzebuje reform?
– Unia potrzebuje dogłębnych reform i wszyscy o tym wiedzą. Owszem, próbuje się szukać różnych dróg, ale nie wiem, czy skutecznie. Dla mnie jest nieporozumieniem poszukiwanie takich scenariuszy, które są wbrew zasadom Unii Europejskiej, które są sprzeczne z założeniami ojców założycieli Unii. Trzeba poszukiwać rozwiązań, które będą scalać Unię, a więc swobodny przepływ ludności, przepływ inwestycji i kapitału, współpraca gospodarcza i poszanowanie tradycji i kultury wszystkich państw członkowskich.
Tymczasem Europa dwóch prędkości ustalona w Wersalu staje się faktem…
– Unia kilku prędkości to nic nowego. Trudno powiedzieć, co przyniesie ten pomysł Niemiec, Francji, Hiszpanii i Włoch, który jest pokłosiem spotkania w Wersalu. Trudno też jednoznacznie określić, co to znaczy Europa dwóch prędkości, bo my się integrujemy inaczej, a państwa tzw. starej Unii integrują się jeszcze inaczej. Sądzę, że ta Europa określana mianem pierwszej prędkości, która ma wspólne cele, oprócz tego ma też bardzo poważny problem, który dotyczy imigrantów. I ten problem wcale nie przesądza, że ta prędkość jest jedna i ta sama dla wszystkich tych państw. Włosi, Hiszpanie czy Niemcy, nie wspominając już Francji czy krajów Beneluksu, mają jednak różne cele.
Wracając jeszcze do ostatniego szczytu Unii, jakie są skutki wyboru Tuska dla wewnętrznej polityki?
– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, po prostu nie wiem. Wydaje mi się, że wbrew temu, co się mówi, Donald Tusk do polskiej polityki już nie wróci.
W kręgach totalnej opozycji zaczyna się kreowanie Tuska jako męża opatrznościowego, który po sukcesach w Brukseli na białym koniu powróci, aby ubiegać się o urząd prezydenta RP. Pana zdaniem to realne?
– Zobaczymy, czas pokaże. Osobiście, w swoich wyobrażeniach jakoś nie widzę ani tego białego konia, ani tym bardziej Donalda Tuska, który by go dosiadał i tryumfalnie wjeżdżał do Polski. Grzegorzowi Schetynie jest na rękę, aby Donald Tusk był jak najdalej od Polski. Myślę też, że Tusk im dalej, tym lepiej dla Polski.

