Jak przyjął Pan informacje przedstawione na ostatnim posiedzeniu sejmowej komisji obrony przez wiceministra obrony Bartosza Kownackiego odsłaniające kulisy przetargu śmigłowcowego za rządów PO – PSL i oferty Airbus Helicopters?
– Okazuje się, że francuski Airbus Helicopters oferował utworzenie w Polsce osiem razy mniej miejsc pracy, niż wynikało to z przekazów medialnych i informacji podawanych przez ówczesne kierownictwo Ministerstwa Obrony Narodowej. To może świadczyć tylko o jednym, a mianowicie, że prowadzący rozmowy ze stroną społeczną – zarówno minister Tomasz Siemoniak, jak i wiceminister Czesław Mroczek – zwyczajnie kłamali i oszukiwali załogi zakładów PZL Mielec, PZL Świdnik i innych zakładów przemysłu lotniczego w Polsce. Przypomnę tylko, że ci panowie mamili też pracowników Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 1 w Łodzi nowymi miejscami pracy, natomiast pozostałych zwyczajnie oszukiwali.
Na stole było blisko 3 miliardy złotych offsetu wobec wartego 13 miliardów kontraktu…
– To pokazuje, że wartość offsetu proponowanego przez Francuzów była cztery razy niższa, niż być powinna. Jeśli do tego dodamy obiecane nowe miejsca pracy, które nie miały pokrycia w faktach, to powstaje pytanie: jeśli ten kontrakt z francuskim Airbus Helicopters był – obiektywnie rzecz biorąc – niekorzystny dla Polski, to dla kogo był korzystny, że tak o niego zabiegano? Komu opłacało się kupowanie śmigłowców EC-725 Caracal? Przypomnę tylko, że oferty offsetowe Mielca i Świdnika, które z góry zostały odrzucone przez MON, zakładały, że w przypadku wyboru śmigłowców Black Hawk czy AW-149 nowych miejsc pracy powstanie kilkaset. I to była realna oferta, a nie liczby wzięte z sufitu jak w przypadku obietnic Airbusa, który mówił o czterech tysiącach w Łodzi i Radomiu.
Rząd PiS jest wciąż krytykowany przez Platformę za rezygnację z caracali, tymczasem okazuje się, że rzekome tysiące miejsc pracy i wielkie inwestycje były mrzonką. A ile miejsc pracy – Pana zdaniem – mogliśmy stracić w przypadku wyboru Airbusa?
– To jest dobre pytanie… Zakładając sfinalizowanie umowy z Airbus Helicopters, a pominięcie dostawców z Mielca i Świdnika, to kto wie, czy w sumie – w tych dwóch fabrykach, ale również w zakładach, z którymi te firmy kooperują – liczba zlikwidowanych miejsc pracy nie byłaby porównywalna z tysiącami, które miały powstać w Łodzi i Radomiu. Tyle tylko, że tak naprawdę zatrudnienie kosztem Polaków mieliby pracownicy we Francji, ale na pewno nie w Polsce. Co więcej, Airbus chciał mieć pakiet kontrolny w spółce, która miała powstać na bazie Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 1 w Łodzi i zajmować się m.in. końcowym montażem i serwisowaniem śmigłowców Caracal.
Tak nawiasem mówiąc, coś nie mamy szczęścia do Francuzów, niedawno caracale, a wcześniej był problem ze śmigłowcami dla Lotniczego Pogotowia Ratunkowego…
– Rzeczywiście, kilka lat temu przy przetargu na śmigłowiec dla Lotniczego Pogotowia Ratunkowego Airbus Helicopters, tyle że pod nazwą Eurocopter Group, miał w ramach offsetu stworzyć Centrum Obsługi Posprzedażnej i zatrudnić ponad dwieście osób. Jednak centrum to nie powstało do dziś. Ale to nie wszystko, bo – jak się okazuje – z tymi śmigłowcami jest jeszcze inny problem. Podobno maszyny te nie mogą tankować do pełna, bo wówczas razem ze sprzętem do ratownictwa medycznego, załogą i obsługą byłyby za ciężkie, żeby w ogóle podnieść się z ziemi. Wystarczy tylko przypomnieć niedawny wypadek premier Beaty Szydło i transport śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do Warszawy, który nie mógł się odbyć bez międzylądowania. Chcę zauważyć, że zbiorniki na paliwo w tego typu śmigłowcach mają mniej więcej siedemset litrów pojemności, a zatem żaden śmigłowiec na tak krótkiej trasie – jak wspomniana – nie powinien mieć międzylądowania. To tylko sygnalizuje, że z Airbusem coś jest nie tak i to od samego początku.
Jakie korzyści może nam dać nowe rozdanie w sprawie przetargów śmigłowcowych?
– Dla nas, dla Sekcji Krajowej Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, sprawa jest jasna – mianowicie na razie zarówno minister obrony Antoni Macierewicz, jak i wiceminister Bartosz Kownacki są gwarantem, że sprawa przetargu śmigłowcowego będzie prowadzona rzetelnie, uczciwie i transparentnie. Można się zatem spodziewać, że ten, kto wygra ten przetarg, ten, kto będzie dostawcą śmigłowców dla Wojska Polskiego, będzie potraktowany tak, jak powinno się traktować dostawcę sprzętu.
Czyli jak…?
– Po pierwsze – producent będzie musiał dostarczyć sprzęt w możliwie jak najkorzystniejszej cenie, po drugie – sprzęt znakomitej jakości, a po trzecie – będzie musiał zagwarantować i zrealizować warunki umowy offsetowej. Nie ma bowiem co ukrywać, że zarówno właściciel PZL Świdnik, a więc włoski koncern Leonardo, jak i właściciel PZL Mielec, czyli amerykański Lockheed Martin, to są firmy zewnętrzne, od których też trzeba będzie wymagać realizacji wynegocjowanych umów. To jest poza dyskusją.
Termin składania ofert w nowym przetargu śmigłowcowym, który upływał dzisiaj, został odsunięty o dwa tygodnie…
– Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Z tego, co się dowiadujemy, stało się tak – najprawdopodobniej – na prośbę jednego z oferentów, dla którego pierwotnie wyznaczony termin był za krótki, aby przygotować odpowiednią ofertę. Powtórzę raz jeszcze to, co powiedziałem na wstępie naszej rozmowy, a mianowicie, że jak na razie obecne kierownictwo resortu obrony nie dało nam – pracownikom sekcji przemysłu lotniczego – powodów do tego, żeby mu nie ufać. Tyle czekamy, to poczekamy jeszcze dwa tygodnie dłużej. I tak cały ten okres jest krótszy od tego, który zafundowało nam poprzednie kierownictwo MON za kadencji PO – PSL, o innych sprawach już nie wspominając.

