Jak skomentuje Pan słowa Grzegorza Schetyny, który stwierdził, że rodzinom osób, które zginęły pod Smoleńskiem, nikt nie zabronił otwierania trumien?
– Trudno nazwać inaczej tę wypowiedź jak wierutne kłamstwo i łgarstwo – nie pierwsze zresztą w ustach polityka Platformy. Jest kilkuset świadków, którzy po katastrofie byli w Moskwie i na własne uszy słyszeli, jak ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz, a także szef Komitetu Politycznego Rady Ministrów Tomasz Arabski, odpowiadając na pytanie, które najprawdopodobniej ja zadałem, a mianowicie: jak to będzie z otwieraniem trumien po przewiezieniu ciał naszych bliskich do Polski – i wówczas usłyszeliśmy znane już słowa, że oto polscy patomorfolodzy i prokuratorzy ręka w rękę z Rosjanami stoją przy sekcjach, uczestniczą we wszystkich czynnościach na równych prawach, ale również padło zdecydowane stwierdzenie, że tylko teraz możemy identyfikować naszych bliskich. Następnie trumny zostaną zalutowane i zaplombowane, a więc nie będzie możliwości otwierania ich w Polsce.
Jak odebrał Pan wówczas te słowa?
– Z trwogą. Stwierdziłem, że jest to niezgodne z polskim kodeksem karnym. Na co usłyszałem odpowiedź Ewy Kopacz, która na przemian z Tomaszem Arabskim oznajmiała nam, że niestety, ale takie są przepisy, że tak ma być i kropka.
Z czyjej inicjatywy trumny były plombowane, bo rzecznik rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa stwierdziła niedawno, że wszystko, co wiązało się z identyfikacją zwłok, przebiegało tak, jak tego chcieli Polacy. Co więcej, strona polska, która ponaglała, aby jak najszybciej przekazać im ciała, nie zgłaszała żadnych zastrzeżeń…
– To, co dzisiaj słyszymy zarówno ze strony Ewy Kopacz i całej poprzedniej władzy w Polsce, a także ze strony rzeczniczki rosyjskiego MSZ, wygląda na wzajemne przerzucanie się odpowiedzialnością. Jedno jest pewne, że po 10 kwietnia 2010 r. w Rosji najwyższymi przedstawicielami polskiego rządu byli ministrowie: Ewa Kopacz, Tomasz Arabski i wiceszef MSZ Jacek Najder. I to te osoby reprezentujące wtedy polski rząd ponoszą odpowiedzialność za to, co się wydarzyło w Moskwie.
Ewa Kopacz mówiła publicznie, że wszystko było w porządku…
– To, co mówiła Ewa Kopacz podczas pamiętnej konferencji z udziałem ówczesnego premiera Rosji Władimira Putina, dziękując ze łzami w oczach w imieniu polskiego rządu za wzorową współpracę z Rosjanami, ma się nijak do faktów. Nie było ani przekopywania ziemi na miejscu katastrofy w Smoleńsku do metra w głąb w poszukiwaniu nawet najmniejszych szczątków, nie było też sekcji ciał i szacunku dla naszych zmarłych. Jednocześnie rząd zrezygnował z pomocy, jaką po katastrofie smoleńskiej oferowały nam państwa Unii Europejskiej czy NATO ze Stanami Zjednoczonymi. Tak czy inaczej Ewa Kopacz w Moskwie czuła się, i de facto była, przedstawicielem polskiego rządu. Teraz jednak zmieniła retorykę, twierdząc, że w Moskwie była jako wolontariuszka, która z własnej woli udała się tam, aby pomagać członkom rodzin, mierzyć im ciśnienie itp. Wypowiedź rzeczniczki rosyjskiego MSZ wskazuje wyraźnie, że Ewa Kopacz, Tomasz Arabski i Jacek Najder w Moskwie bynajmniej nie reprezentowali rodzin, ale premiera Donalda Tuska i ówczesny rząd. Przecież można sprawdzić, kto i w jakim charakterze był wtedy w Moskwie, że to nie była prywatna wycieczka, ale wyjazd służbowy. Ewa Kopacz była wówczas w Moskwie jako minister pełnomocny. Rosjanie wyraźnie mówią o stronie polskiej, nie o prywatnej wizycie, a skoro tak, to widocznie mają na to stosowne dokumenty. Zresztą czy wyobraża pan sobie, żeby Putin – ówczesny premier Rosji – zasiadał do wspólnej konferencji z wolontariuszami…? Przecież to niedorzeczne.
Zachowanie Rosjan nikogo pewnie nie dziwi, ale postawa przedstawicieli polskich władz w Moskwie i owszem. Czy to obciąża ówczesny rząd Donalda Tuska…?
– Zdecydowanie tak. Polskę reprezentowała Ewa Kopacz, która w Moskwie była przedstawicielką premiera Donalda Tuska i wykonywała jego instrukcje. Tej ekipie zależało, żeby ciała ofiar katastrofy jak najszybciej wróciły do Polski nawet z pominięciem sekcji itd., żeby zamknąć jak najprędzej temat Smoleńska. Minister Ewa Kopacz nie uczyniła nic, co należało, co więcej – było obowiązkiem przedstawiciela polskich władz, nie broniła polskiej racji stanu. I za te karygodne zaniedbania powinna ponieść odpowiedzialność.
Jak odebrał Pan informacje podane przez tygodnik „wSieci” o tym, jak Rosjanie traktowali ciała ofiar?
– Nie jestem zdziwiony tymi informacjami. Oczywiście jest to bolesne dla rodzin, które mimo upływu siedmiu lat wciąż muszą przeżywać traumę. Byłem w Moskwie osobiście i na własne oczy widziałem, co się tam działo. Już wtedy czułem podskórnie, że możemy mieć do czynienia z czymś, co dzisiaj wychodzi na jaw, a co miało być zamknięte na zawsze w grobach. Zresztą czegóż można się spodziewać po Rosjanach, zwłaszcza kiedy się zna kulisy zbrodni katyńskiej. Cóż mogę powiedzieć ja, który najpierw widziałem pozbawione dystynkcji mundury polskich oficerów zamordowanych w Katyniu, a później najwyższych rangą polskich dowódców, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej. Widziałem sponiewierany mundur gen. Andrzeja Błasika, gdzie aż w oczy kłuły ręcznie zerwane dystynkcje, gwiazdki generalskie na pagonach. To pokazuje, z kim mieliśmy do czynienia. Mam ugruntowane poglądy i znam historię, więc jeśli chodzi o Rosjan, to nic mnie już nie zaskoczy. Niestety nie rozumiem, dlaczego tak, a nie inaczej z ciałami naszych bliskich postąpiły ówczesne polskie władze, dlaczego pozwoliły Rosjanom, aby sprofanowali ciała swoich rodaków – najwyższych przedstawicieli państwa polskiego.
Jaka była rola polskich patomorfologów i prokuratorów w Moskwie po katastrofie?
– Przyznam, że nie miałem z nimi do czynienia. Natomiast mogę powiedzieć, że do Moskwy pojechali przedstawiciele lotniczych zespołów ratownictwa medycznego, natomiast odmówiono wyjazdu będącej w gotowości grupie prof. Śliwy z Bydgoszczy wyspecjalizowanej w identyfikacji zwłok ofiar katastrof. Jak to jest, że nie bierze się fachowców, za to zabiera się ratowników medycznych? Trudno oprzeć się wrażeniu, że było to świadome działanie, bo nikt o zdrowych zmysłach nie utrudnia możliwości wyjazdu i pracy specjalistom potrzebnym w danym momencie, chyba że robi to celowo.
Z ust Ewy Kopacz słyszeliśmy, że polscy specjaliści patomorfolodzy pracują ręka w rękę z rosyjskimi lekarzami, a atmosfera jest wprost rodzinna. Kto okazywał Panu ciało brata?
– Proszę wziąć pod uwagę okoliczności, jakie nam wówczas towarzyszyły. Tam był chaos i bałagan, a nie, jak twierdziła Ewa Kopacz, porządek. Zwłoki mojego brata okazywał mi Polak. Nie umiem powiedzieć, czy to był lekarz, prokurator czy przedstawiciel innych służb.
A jak ten „porządek” wyglądał po przewiezieniu ciał do Polski?
– Jak to wyglądało w Moskwie i jaki był skutek profanacji ciał naszych bliskich – ofiar katastrofy smoleńskiej, widać najlepiej dzisiaj, kiedy podczas sekcji zwłok okazuje się, że w jednej trumnie spoczywają szczątki nawet kilku osób. Natomiast trumny m.in. z ciałem mojego brata Stefana zostały przywiezione do kraju 15 kwietnia 2010 r. Na płycie wojskowego lotniska Okęcie było nas kilkanaście, może kilkadziesiąt rodzin. Kiedy wylądował samolot, odbyło się przywitanie i trumny, jedna po drugiej, były wynoszone na płytę lotniska. Wcześniej wyczytywano nazwiska rodzin, aby mogły towarzyszyć w przeniesieniu trumien ze swoimi krewnymi na ustalone miejsce. Kiedy wyczytano nazwisko Stefan Melak, przewodniczący Komitetu Katyńskiego, z rodziną podeszliśmy, ustawiliśmy się w kondukcie, a kiedy ustawiono już trumnę na katafalku, mogliśmy się pomodlić. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po dłuższej chwili podeszła do nas Bożena Mikke, oznajmiając, że trumna, nad którą czuwamy, należy do jej męża Stanisława, a trumna z tabliczką i nazwiskiem mojego brata jest kilkadziesiąt metrów dalej. Taki to był porządek.

