logo
logo

Zdjęcie: Amirah Breen/ Licencja: CC BY-SA 4.0/ Flickr

Europa bez Boga jest skazana na porażkę

Środa, 21 czerwca 2017 (10:26)

Aktualizacja: Czwartek, 2 listopada 2017 (13:26)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Przyglądając się ostatnim wydarzeniom z Londynu czy z Calais, gdzie przed blokadą ustawioną przez imigrantów muzułmańskich zginął polski kierowca, czy udaremnioną wczoraj w centrum Brukseli próbę zamachu terrorystycznego, aż chce się powiedzieć za premier Beatą Szydło: „Europo, wstań z kolan”.

– Z całą pewnością w Europie mamy do czynienia z postępującym chaosem. Proszę zwrócić uwagę, że oprócz regularnych, metodycznie przygotowywanych zamachów terrorystycznych organizowanych przez fundamentalistów islamskich mamy reakcję Brytyjczyka, który w analogiczny do terrorystów islamskich sposób starał się zemścić na muzułmanach. Wbrew pozorom to działanie wcale nie jest na niekorzyść islamistów. Ich zasadniczym celem jest doprowadzenie do konfliktu cywilizacyjno-kulturowego w Europie, na kanwie którego mieliby o wiele większą niż dotychczas bazę możliwości oddziaływania wśród muzułmanów zamieszkujących Stary Kontynent i w oparciu o to stworzenie mniej lub bardziej realnej linii frontu podobnej do tych, które są w państwach islamskich w innych regionach świata.

Wniosek z tego, że im większy chaos, tym dla nich lepiej…

– Dokładnie. To, że mamy do czynienia z takimi przypadkami jak ten z Calais, to dla tych grup islamskich jest sytuacja – można rzec – korzystna, bo na tym mogą bazować.

Co Pan przez to rozumie?

– Proszę pamiętać, że grupy terrorystyczne na świecie w wielu wypadkach dokonywały zamachów po to, aby wywołać czy też sprowokować reakcję lokalnych władz państwowych w stosunku do ludności. Tak było niegdyś w czasie kolonialnych walk w Algierii, tak było też w Polsce na dawnych Kresach południowo-wschodnich, gdzie po zamachach terrorystycznych, jeśli była reakcja państwa lub reakcja jego obywateli, to ta druga strona miała poczucie krzywdy, co z kolei potęgowało ich działania. Dziś mamy do czynienia z piętrzeniem sił oraz napięciem i na tym napięciu najbardziej zyskują grupy radykalne. Natomiast jeśli bierzemy pod uwagę politykę prowadzoną przez Unię Europejską, to ta zamiast diagnozować ten stan potęgującego się napięcia i przeciwdziałać temu w skuteczny sposób próbuje zaczarować rzeczywistość, wskazując „winnych” tego stanu rzeczy w postaci Polski, Węgier czy Czech, a nie te państwa i tych przywódców, którzy narobili bigosu.

Czy ta presja, którą Komisja Europejska usiłuje wywierać m.in. na Polskę, może rzeczywiście skutkować karami? Czy są to tylko groźby, za którymi nic się nie kryje?   

– Za tym karceniem stoi zapewne jakiś projekt polityczny. Taki sam, jaki obserwujemy w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego w Polsce, kiedy ni stąd, ni zowąd mamy mieszanie się w wewnętrzne sprawy kraju członkowskiego. Teraz jest podobnie – szuka się na siłę i znajduje iluzoryczne podstawy ingerencji i rozpoczyna się jakiejś dziwne procedury karania.

Jaki to ma cel?

– Z jednej strony, chodzi o to, żeby dyscyplinować kraje, które nie chcą się podporządkować polityce brukselskiej, i to nie tylko w kwestii imigrantów. A z drugiej, żeby spacyfikować działania niepodległościowe państw, które chcą się wybić na suwerenność zwłaszcza w obliczu coraz bardziej realnych planów dotyczących centralizacji Unii, tworzenia wspólnej polityki monetarnej, fiskalnej, a więc również scentralizowania władzy. I jeśli w tym wypadku da się złamać opór, to można domniemywać, że w każdym innym również. Tymczasem wiemy, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają co do tych planów negatywny stosunek. Być może jest to też pewien etap dążeń i realizacji Europy dwóch prędkości, czyli wypchnięcia poza obszar tworzonego superpaństwa tych krajów, które są niewygodne. Natomiast uchodźcy, a raczej imigranci – bo tak należy ich określić – są jedynie pretekstem do realizacji jakiegoś scenariusza politycznego i ten pretekst jest wykorzystywany. Przypuszczam, że gdyby to nie był ten pretekst, to znaleziono by inny, równie mityczny jak sprawa Trybunału Konstytucyjnego.

Czy wizje elit brukselskich, również Niemiec czy Francji, biorą górę nad zdrowym rozsądkiem? Bo przecież każdy myślący człowiek, oglądając w telewizji wydarzenia z imigrantami muzułmańskimi w roli głównej, musi zanegować taką bezrefleksyjną politykę.

– Sądzę, że te europejskie elity znajdujące się przy władzy definiują ten wzrost zagrożenia czy coraz bardziej zauważalny brak poczucia bezpieczeństwa jako stan przejściowy, który w ich mniemaniu da się przetrwać. Co więcej, są przekonane, że w przyszłości – na bazie ideologii liberalnej – można będzie zbudować bliżej nieokreślony, idealny ład multikulturalny z wymieszanymi różnymi narodowościami, kulturami. Wiara brukselskich elit w ten idealny świat jest zatrważająca, ale ma ona swoje podstawy w środowiskach ideologicznych, z których ci „postępowi” politycy sami się wywodzą. Dla nich Europa klasyczna, czyli Europa państw narodowych, Europa o chrześcijańskich korzeniach to nie jest świat marzeń i pragnień. I to stoi u podstaw tej, a nie innej polityki, którą uprawiają. Tak to wygląda, jeśli chcemy zracjonalizować cały ten nakreślony obraz, bo równie dobrze można by powiedzieć, że za tymi wizjami nie stoi żadna myśl, a jedynie chaos. Co by jednak nie powiedzieć, należy chyba domniemywać w tych działaniach czy wizjach używanie rozumu, ale rozumu, który uwierzył we własną utopię.

No dobrze, ale żeby uwierzyć w te wizje, to trzeba się wyprzeć wiary w Boga. Czy nie tak to wygląda?

– Jest to problem bardziej złożony, poważny. Mamy oto sytuację, kiedy współczesna Europa jest nade wszystko Europą ateistyczną bądź agnostyczną. Na pewno współczesna Unia Europejska, będąca pod dominacją tzw. nowej lewicy, nie bierze pod uwagę chrześcijaństwa jako czynnika pozytywnego, czynnika społeczno-twórczego, kulturotwórczego czy takiego, wokół odniesień do którego można by zbudować choćby system prawny, edukacyjny. Dlatego chrześcijaństwo traktują jako historię, czemu zresztą dali wyraz przy tworzeniu Konstytucji UE, gdzie w preambule zabrakło odniesienia do Pana Boga, eliminując też odniesienia do chrześcijańskiej tradycji Europy. Biorąc pod uwagę kontekst filozoficzny, można powiedzieć, że jest to wizja mocno materialistyczna, jakkolwiek by na to nie spojrzeć. Z tego zaś wypływają kolejne konsekwencje, to znaczy nie bierze się pod uwagę stałości natury ludzkiej zakotwiczonej w Bogu Stwórcy, który utrzymuje świat w istnieniu. Za to powstają wizje utopijne zmierzające do stworzenia raju na ziemi, ale przez człowieka. To jest pewien rodzaj socjalizmu na bazie samozbawienia człowieka, polegający na tworzeniu raju tu i teraz poprzez system państwowy – czasem mniej lub bardziej totalitarny, ale jednak utopijny. Mamy zatem próby tworzenia idealnego mechanizmu, który ma dać ludziom szczęście.

Ale takie utopijne wizje tworzenia raju na ziemi były już w przeszłości i za każdym razem upadały…      

– Owszem, w Europie nie jest to pierwszy projekt, który się pojawia. Ta tworzona ideologia nie bierze pod uwagę Boga jako czynnika konstytuującego naturę ludzką czy cały świat. I z tego chociażby względu prędzej czy później jej los jest przesądzony.  

Wracając do kwestii tzw. uchodźców, czy Europa jest skazana na imigrantów muzułmańskich? Nie ma sposobu, żeby zatrzymać tę falę?

– Przede wszystkim problem nie leży w imigrantach. Nawet nie jest to problem bieżącej polityki, ale jest to problem o wiele bardziej poważny. Polega on na tym, że Europa nie ma swojej tożsamości, którą zatraciła poprzez negację swoich korzeni. Stąd pozbawiła się kryteriów oceny czy rozeznania tego, co jest zagrożeniem, a co jest dla niej szansą. Europa nie ma też siły asymilacyjnej. A ponieważ świat islamski, który przynajmniej w aspekcie społecznym cechuje się jednak pewną silną (islamską) religijnością,  ta propozycja ateistyczna, jaka płynie z „postępowej” Europy, jest przez społeczność muzułmańską nie tylko niezrozumiała, ale wręcz budzi u nich pogardę. To wszystko potęguje napięcia. Zatem aby Europa mogła trafnie zdiagnozować, co jest dla niej zagrożeniem, żeby nie była tylko i wyłącznie zmuszona przyjmować kolejne fale imigrantów, musi sama być płodna – tworzyć rodziny, posiadać dzieci itd., ale wcześniej musi wrócić do swoich chrześcijańskich korzeni. Brak tych korzeni, brak tożsamości wprowadza chaos – zarówno chaos intelektualny, chaos w życiu rodzinnym, chaos, który przekłada się również na demografię. Taka Europa jest skazana na porażkę, wszystko jedno czy w zwarciu z islamem, ze zgubną ideologią, czy w zwarciu z samą sobą. Należy pamiętać, że od strony społecznej te tendencje są samobójcze. I to jest – w mojej ocenie – podstawowy problem, z którym musi się zmierzyć Europa. Natomiast wtórnym problemem jest islam, który znamy z historii i wobec którego powinniśmy wyciągnąć racjonalne wnioski. Tego jednak nie ma, bo jeśli się zaneguje podstawy, a na plan pierwszy wysuwa się ideologię, jeśli z jednej strony mamy demolowanie katedry – symbolu chrześcijaństwa, a z drugiej strony mamy negację prawdy i możliwości jej poznania, to w tej sytuacji wobec wyzwań, jakie się pojawiają, stajemy się niestety bezbronni.

Islamska populacja w Europie w ostatnich latach wzrosła trzykrotnie...

– Jeśli populacja rdzennych Europejczyków maleje, i to w postępie geometrycznym, to wzrost populacji islamskiej jest tylko tego konsekwencją.

Muzułmanie mają coraz więcej praw, a najlepszym tego przykładem jest fakt, że urząd burmistrza Londynu sprawuje muzułmanin Sadiq Khan…

– Sadiq Khan nie zalicza się do radykalnych muzułmanów i fakt, że piastuje ten urząd, nie jest powodem wzrostu napięć. Proszę pamiętać, że Brytyjczycy przez kilka ostatnich wieków prowadzili politykę kolonialną, stąd ich doświadczenie związane ze światem islamu jest całkiem spore i nie tu tkwi problem. Problem jest w tym, że pośrodku aglomeracji mamy do czynienia z gettami, wydzielonymi dzielnicami, które są odizolowane od świata europejskiego. Wspólnoty muzułmańskie żyją w tych miejscach według swojego prawa, swoich obyczajów, bez kontaktu wręcz ze światem zachodnim, do którego przybyli i którego regułom powinni się podporządkować. Tak jednak się nie dzieje i m.in. to powoduje wzrost napięć, a w mikroskali nawet wojnę cywilizacyjną. Trudno sobie nawet wyobrazić, do czego może doprowadzić ten stan rzeczy.

Jakie podłoże ma migracja? Czy jest to tylko ucieczka przed wojną? Jak zahamować tę falę, która wydaje się nie mieć końca?

– Nade wszystko jest to ucieczka przed biedą. Warto zauważyć, że dysproporcje w poziomie życia między bogatym Zachodem czy Północą a Południem są coraz większe. Te dysproporcje rodzą napięcia, przyrost naturalny na Zachodzie jest ujemny, z kolei na Południu jest wysoki, i to wszystko powoduje starcie. Zachód zamiast pomagać biednym krajom ułożyć wewnętrzne stosunki społeczne, wprowadził jeszcze większy chaos. Nie da się ukryć, że kraje Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu zostały zdestabilizowane w dużej mierze przez kraje Zachodu. Oczywiście w tych państwach była dyktatura, ale mimo wszystko dawały one tamtym społeczeństwom pewien porządek i ład. Natomiast nowe dyktatury, które powstały, bo nie jest to żadna demokracja, są o wiele bardziej krwawe, mniej przewidywalne, mniej stabilne czy mniej tolerancyjne niż te dawne. Są to pochodne pewnych interesów, zamierzeń, które są budowane na fałszywych podstawach. I tego wszystkiego nie da się z zredukować poprzez migracje. Tu potrzebna jest racjonalna polityka globalna, która likwidowałaby obszary biedy i dawałaby szansę ludziom na normalne życie w miejscach ich zamieszkania, w ich ojczyznach. Natomiast działania, które obserwujemy, są pogrążone w globalizmie, w ślepym pędzie ukierunkowanym tylko na zysk bez metodycznej, racjonalnej polityki społecznej również w skali globalnej.

Ostatnio stacje komercyjne, przygotowując materiały mające na celu tworzenie pozytywnego wizerunku migrantów muzułmańskich, powołują się na słowa i autorytet biskupów.

– To jest traktowanie w sposób wybiórczy przesłania polskich biskupów. Skoro mówimy o nauczaniu Kościoła, to dobrze byłoby, aby te stacje brały to przesłanie w całości – w podejściu do rodziny, w kwestii prawa do obrony życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci czy zakazu aborcji. Tego jednak nie ma. Oczywiście pomoc ludziom ubogim, bezdomnym, a w szczególności uchodźcom jest obowiązkiem każdego chrześcijanina i co do tego nie ma wątpliwości. Natomiast co do sposobu udzielania tej pomocy należy zachować rozwagę, aby nie sprowadzić zagrożenia bezpieczeństwa dla swoich obywateli. I tu potrzebna jest roztropność poszczególnych państw. Owszem, strach czy obawy nie powinny przesłaniać chrześcijańskiego miłosierdzia, natomiast stosując to miłosierdzie w sposób hojny i racjonalny, politycy nie mogą zapominać o bezpieczeństwie własnego państwa i konkretnych ludzi. Do tego są jednak potrzebni odpowiedzialni politycy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl