logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Kiedy sędzia morduje

Wtorek, 18 grudnia 2012 (02:13)

Z sędzią w stanie spoczynku dr. Zbigniewem Szczurkiem, byłym prezesem Sądu Okręgowego w Gdańsku, więzionym za działalność w młodzieżowej grupie antykomunistycznej „Orlęta” z Gdyni, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Czym jest zbrodnia sądowa w majestacie prawa?

– Jest to zbrodnia, do której popełnienia dochodzi z wykorzystaniem prawa. Prawo służy w tym wypadku do popełnienia zbrodni. Zbrodnią było wydawanie przez sędziów wyroków ze świadomością, że oskarżeni są niewinni, że ich przyznanie się do winy było wymuszone biciem i torturami, a na rozprawie ich fałszywe zeznania były odwoływane. Warto przywołać tutaj słowa specjalisty prawa karnego, prof. Witolda Kuleszy, wiceprezesa Instytutu Pamięci Narodowej w latach 2000-2006. Stwierdził on, że sędziowie, którzy wydając wyrok, wiedzieli o całkowitej materialnej bezzasadności skazania i działali ze świadomością i wolą zamordowania swoich ofiar, przy braku jakichkolwiek podstaw dla wyroku skazującego, popełniali morderstwo sądowe. Wydawanie wyroków przez sędziów sądów wojskowych w latach 1944-1955 w sprawach, w których zeznania świadków i wyjaśnienia oskarżonych przyznających się do winy, wymuszane biciem, torturami, i skazywanie ich bez dowodów, było powszechne, a sędziowie to akceptowali. Sędziowie sądów wojskowych w świetle jaskrawych naruszeń prawa oraz sposobu prowadzenia rozprawy musieli wiedzieć, dlaczego tak czynią i jakie mają zadania. Trzeba pamiętać, że kierownicze stanowiska w polskim wymiarze sprawiedliwości, a przede wszystkim w sądownictwie wojskowym, zajmowali Sowieci. Ważną funkcję w organizowaniu wojskowego wymiaru sprawiedliwości pełnił oficer służby sprawiedliwości Armii Czerwonej, generał brygady Aleksander Tarnowski, który pilnował, by system wojskowego wymiaru sprawiedliwości był realizowany przez oficerów sowieckich w interesie tego państwa.

Takim przykładem zbrodni sądowej był choćby proces Witolda Pileckiego w 1948 roku.

– Oczywiście. Oskarżenie przeciwko niemu brzmiało: szpiegostwo na rzecz obcego mocarstwa. Mocarstwem tym były polskie Siły Zbrojne stacjonujące na Zachodzie. Wyrok śmierci wykonano 25 maja 1948 roku strzałem w tył głowy. Skazanych przez sądy wojskowe często grzebano z kryminalistami, ich mogiły zasypywano śmieciami, wapnem i betonem. Urząd Bezpieczeństwa walczył z ciałami bohaterów, bo one symbolizowały niepodległą Polskę. Nie byłoby zbrodni sądowych, gdyby nie było klimatu bezprawia. Uważano jednak wtedy, że nienawiść do człowieka, uznanego za wroga, usprawiedliwia odebranie mu cech ludzkich. Twierdzono, że wrogowie to: gady, wszy, świnie, psy, śmierdząca padlina, których należy zdeptać w imię prawdy, której partia jest jedynym depozytariuszem. Dlatego dzieje tworzenia wojskowego prawa karnego okresu stalinowskiego to przekształcanie prawa karnego z narzędzia wymiaru sprawiedliwości w narzędzie terroru. Prawo wtedy stało się atrapą bezprawia. Prawu karnemu wyznaczono nowe zadania: wspieranie władzy i wojnę z przeciwnikami, czyli osobami, które walczyły o niepodległość Polski. Tak więc prawo karne stało się narzędziem władzy, a organy sądownicze dopełniały procesowych formalności, legitymując bardzo często oczywiste bezprawie.

Czym była sekcja tajna w sądownictwie?

– Trzeba powiedzieć, że spełniła ona niechlubną rolę w sądownictwie. Powstała w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie i w Sądzie Najwyższym i działała w latach 1950-1954. Powołano ją w wielkiej tajemnicy. Nawet sędziowie, którzy orzekali w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie i w Sądzie Najwyższym, nie wiedzieli, którzy sędziowie orzekają w tej sekcji tajnej. Znajdowali się w niej ci, którym władza ufała. Według pewnych obliczeń ustalono, że w sekcji tajnej orzekało około 50 sędziów. Co ciekawe, sekcję tę powołano w Ministerstwie Sprawiedliwości, a przecież Ministerstwo Sprawiedliwości nie jest sądem. Powołano twór, w którym sprawy rozpoznawali urzędnicy z Ministerstwa Sprawiedliwości. Tego tworu nawet nie sposób nazwać w zasadzie sądem. Ale wydawał wyroki, i to na ogół najcięższe, w pierwszej i drugiej instancji. Uzyskał on miano sądu kapturowego, nawet kiblowego.

Skąd wzięła się ta nazwa?

– Z odwiedzania oskarżonych przez sędziów w ich celach w więzieniu. Bywało tak – jak zeznał jeden ze świadków – że sędziowie przychodzili do więzienia, wywoływali oskarżonego z celi na rozprawę, na której zostawał on w trybie błyskawicznym osądzany, bez żadnych dowodów. W tym samym czasie akurat, gdy taki więzień wychodził z celi, roznoszono najczęściej posiłki. Gdy wracał do niej z „rozprawy”, zupa była jeszcze ciepła. Tak szybko to się odbywało. Przychodził prokurator i sędzia na rozprawy, gdzie wyrok zapadał na ogół w oparciu o jakieś sfabrykowane dokumenty i bez świadków.

Jeden z takich sędziów został podobno ministrem sprawiedliwości.

– Tak. Konkretnie chodzi o Jerzego Bafię. Rozpoczynał swoją karierę jako sędzia Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Jako zaufany władz został szybko dyrektorem departamentu w Ministerstwie Sprawiedliwości, potem wiceministrem i ministrem sprawiedliwości, którym był przez wiele lat. Dostał także tytuł profesora na Uniwersytecie Warszawskim i był autorem podręczników z zakresu prawa karnego. Jego książki były drukowane przez wydawnictwo prawnicze i szczególnie zalecane. Podręcznik z prawa karnego Bafii był powszechnie obowiązujący.

Studenci prawa dalej uczą się z tego podręcznika?

– Nie. Na ogół, jak już ujawniono prawdę o Bafii, to na uniwersytetach wykładowcy nie zalecali tego podręcznika. Bafia był autorem także innych publikacji, są one nadal dostępne w bibliotekach. Sam uważał, że ma prawo, wręcz monopol na wypowiadanie się w określonych dziedzinach. Podobną osobą był prof. Igor Andrejew, który sądził gen. Emila Fieldorfa „Nila”. To też był wielki „autorytet” z zakresu prawa karnego, jego podręczniki były jeszcze bardziej popularyzowane niż Bafii.

Sędziowie, którzy wchodzili w skład sekcji tajnej, orzekali też w sprawie komandorów Marynarki Wojennej?

– Nie, bo sekcja tajna była w sądownictwie powszechnym, a w sprawie komandorów orzekały sądy wojskowe. Tu orzekali sędziowie Najwyższego Sądu Wojskowego, bo procedura, którą wprowadzono, przewidywała, że wyższych oficerów w I i II instancji mogą sądzić sędziowie właśnie tego sądu.

Co stało się z sędziami i prokuratorami, którzy skazali komandorów na wyroki śmierci?

– Te osoby już nie żyją. Jednak żaden z sędziów sądów wojskowych, których nazwiska ujawniono i żyli jeszcze w 1990 r., nie został postawiony w stan oskarżenia. Zbrodnie, których się dopuścili, nie zostały osądzone.

Skąd się wzięło pojęcie „procesy odpryskowe”?

– Było założenie, że należy osądzić oficerów, którzy byli niewygodni dla władzy, zarówno w lotnictwie wojskowym, Marynarce Wojennej, jak i Wojskach Lądowych. To był cały cykl procesów, ponad 40. Miały one uwidocznić niby spisek w Siłach Zbrojnych. Chodziło o to, że w pierwszej kolejności osądzono generałów, których nie skazano na karę śmierci. Pozostałe procesy nazywano odpryskowymi od sprawy generałów, stąd ta nazwa. Może pana zainteresować fakt, że łącznie – jeżeli chodzi o tę grupę oficerów (z lotnictwa wojskowego, Marynarki Wojennej i Wojsk Lądowych) – oficjalnie wydano 37 wyroków śmierci, z czego 20 wykonano.

Powiedział Pan, że te procesy były farsą. Dlaczego?

– Każdy tego typu proces musiał być „dydaktyczny”. Procesy te były więc szeroko propagowane, transmitowano je przez radio, na salę sądową zapraszano przodowników pracy. Był to swoisty teatr, w którym wszyscy grali swoje role. I publiczność, i sędziowie, i prokuratorzy, i obrońcy, i świadkowie, jak również niestety sami oskarżeni. Tylko milicjanci oddzielający od siebie oskarżonych nie grali żadnej roli. To, że zeznania oskarżonych były wymuszone torturami i biciem, nie miało tu żadnego znaczenia. Sędziowie orzekali winę na podstawie fałszywych dowodów. A sami oskarżeni byli tak zastraszeni, że składali fałszywe zeznania. Jedną z metod śledczych, które stosował Urząd Bezpieczeństwa, było wyszukiwanie w grupie oskarżonych osoby o najsłabszych predyspozycjach psychicznych. Ta osoba szybko załamywała się, wtedy zmuszano ją do mówienia nieprawdy i obciążania współwięźniów. Były przypadki, że osobom już skazanym na karę śmierci odraczano wykonanie wyroku. Oskarżeni liczyli, że jak będą obciążać innych, to może uratują swoje życie. Niestety, po złożeniu przez nich fałszywych zeznań, obciążających współwięźniów, wykonywano na nich karę śmierci.

Jakie zadania miała, powołana przez władze komunistyczne, komisja pod przewodnictwem sędziego Sądu Najwyższego Mariana Mazura?

– Były wydarzenia 1956 roku, rzekoma odwilż, Gomułka mówił wtedy, że będą poważne zmiany. Władze, chcąc zrobić pozorny gest pod adresem społeczeństwa, powołały komisję pod przewodnictwem sędziego Mazura, która miała zbadać działalność informacji wojskowej, prokuratury wojskowej i sądów wojskowych. Stwierdziła ona ponad 20 różnych uchybień, które nagłośniono. Nie chodziło tu jednak o rozliczenie sędziów z ich zbrodni, lecz o cel propagandowy. W tym czasie nikt nie wiedział, że sam przewodniczący Mazur orzekał w sekcji tajnej, o której mówiliśmy. Fakt ten został ujawniony znacznie później. Gdyby władze chciały rzetelnie podejść do sprawy, wówczas, na podstawie ustaleń komisji Mazura, powinno zostać wszczęte postępowanie karne przeciwko tym sędziom. Nie wszczęto ich. Zaczęto uważać, że nie ma dowodów potwierdzających, że ci sędziowie działali w złym zamiarze. A żeby skazać, wymagana była wina umyślna, zły zamiar. W związku z tym uznano, że skoro nie mieli złych zamiarów, to nie można ich pociągnąć do odpowiedzialności karnej, i zaczęto nazywać ten okres „okresem błędów i wypaczeń”. Tak, krótko mówiąc, wszystko rozmydlono.

Jakie jest prawdopodobieństwo, że komandorzy spoczywają na powązkowskiej Łączce?

– Mogą tam spoczywać, bo jest duże prawdopodobieństwo – o czym mówi prowadzący tam badania prof. Szwagrzyk z IPN – że grzebano na niej więźniów rozstrzelanych na Mokotowie. Żeby to jednak ustalić na podstawie wykopywanych szczątków, trzeba przeprowadzić badania DNA.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik