ROZMOWA z Ryszardem Piekartem, byłym opozycjonistą
Jak doszło do skazania Pana przez peerelowskie sądy za działalność opozycyjną?
– Działaczem opozycji zostałem kilka lat przed powstaniem „Solidarności” w strukturach KPN i ROPCiO. Drukowaliśmy w drugim obiegu różne książki. W 1980 r. w swoim zakładzie zakładałem „Solidarność”. Byłem członkiem komisji zakładowej, działałem w strukturach „Solidarności” siedleckiej. Dzień po wprowadzeniu stanu wojennego opracowaliśmy odezwę przeciwko stanowi wojennemu. Oplakatowaliśmy zakład i SB po dwóch godzinach miało mnie już w rękach. Wytoczono mi proces w trybie doraźnym. W ciągu tygodnia miałem wyrok. Prokurator domagała się 6 lat. Ale sędzia dał mi dwa lata w zawieszeniu na cztery.
Wypuścili Pana?
– Jak dostałem te dwa lata, wyszedłem z sądu na wolność. Esbecy będący na sali sądowej byli zaskoczeni. Po przejściu 50 m od budynku sądu w Mińsku Mazowieckim zostałem napadnięty przez esbeków, pobity, wciągnięty do samochodu i zawieziony na internowanie do Włodawy. Później w Kwidzynie przebywałem do listopada. W czasie internowania „ścieżka zdrowia” była bardzo ciężka. Pobito 82 osoby, w tym osiem ciężko. Ja leczyłem się w pięciu szpitalach. Zakończyło się to operacją kolana. Prokurator złożył rewizję do Sądu Najwyższego, który dał sprawę do ponownego rozpatrzenia z dyrektywą czterech lat bezwzględnego więzienia. Prosto z więzienia trafiłem na rentę inwalidzką, którą otrzymuję do dzisiaj.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

