logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Czekam na końcowy raport

Czwartek, 25 stycznia 2018 (13:33)

Z senator Alicją Zając z Prawa i Sprawiedliwości, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jak odebrała Pani opinię międzynarodowego eksperta z dziedziny badania wypadków lotniczych Franka Taylora o wybuchach na pokładzie tupolewa lecącego z polską delegacją do Katynia w kwietniu 2010 roku?

– Przede wszystkim już niebawem, bo w kwietniu – jak słyszymy, a więc bliżej ósmej rocznicy katastrofy – zostanie ogłoszona jego treść. Mam nadzieję, że ten raport poparty badaniami będzie wiarygodny również dla tych, którzy wątpią, których dzisiaj moglibyśmy określić mianem niedowiarków smoleńskich.

Czy oświadczenie Franka Taylora przedstawione przez prof. Wiesława Biniendę rzuca nowe światło na to, co się wydarzyło w Smoleńsku blisko osiem lat temu?

– Wszyscy członkowie rodzin smoleńskich, którzy widzieli na własne oczy czy też czytali w dokumentach, w jakim stanie po katastrofie były ciała naszych bliskich zmarłych, mogą sobie wyobrazić wydarzenia, jakie miały miejsce na pokładzie samolotu w owym tragicznym dniu 10 kwietnia 2010 roku. Teraz czekamy tylko na potwierdzenie faktów. Z informacji, jakie do nas docierają, których podstawą jest ekspertyza Franka Taylora, wynika, że lewe skrzydło rządowego Tu-154 M zostało zniszczone w wyniku eksplozji wewnętrznej, co więcej – że źródeł tych eksplozji było kilka. Czekamy na potwierdzenie tych tez w raporcie. Przypomnę tylko, że przez wszystkie lata po katastrofie smoleńskiej, zwłaszcza za rządów koalicji PO – PSL, ta wersja była wyśmiewana. Co więcej – była przedmiotem kpin ze strony polityków Platformy i sympatyzujących z nimi mediów. Całą narrację sprowadzano do tego, że winę za katastrofę ponoszą piloci. Jednak teraz okazuje się, że na pokładzie rządowego tupolewa miejsce miały inne zdarzenia, na które załoga nie mogła mieć wpływu. Tym bardziej oczekujemy na uwiarygodnienie tych doniesień, które na razie są doniesieniami medialnymi.

Jest Pani Senator bardzo ostrożna w formułowaniu swoich opinii. Z czego to wynika?

– Owszem, nauczona pewnym doświadczeniem, mniej się wypowiadam na temat doniesień medialnych, oczekując rzetelnych informacji, tak jak to bywało wcześniej podczas konferencji smoleńskich organizowanych przez zespół ekspertów sejmowej podkomisji. Informacje, o których słyszymy teraz, owszem, pojawiały się już podczas tych konferencji, ale nie były poparte wieloletnimi badaniami. Teraz, po włączeniu się do prac badawczych różnych ekspertów, również tych, którzy na razie nie ujawnili się z imienia i nazwiska – może to i dobrze, ponieważ mogą spokojnie pracować i uniknąć ataków, prześmiewczych komentarzy i podważania ich naukowego dorobku – wyniki ich badań będą jeszcze pełniejsze, a tym samym jeszcze bardziej wiarygodne. Nie formułując zatem zbędnych tez – razem z innymi rodzinami – czekam na raport i wyjaśnienia. Czekamy też na zakończenie śledztwa prokuratorskiego, co – jak wiemy – jest uwarunkowane m.in. dokończeniem wszystkich ekshumacji, które siłą rzeczy muszą trwać. Mam nadzieję, że w jakimś momencie poznamy też wyniki badań próbek pobranych podczas ekshumacji ciał ofiar przeprowadzonych przez niezależne, międzynarodowe laboratoria.             

Wspomniała Pani, że sprawą badania przyczyn katastrofy zajmują się także inni niezależni eksperci. Wiemy, że chodzi o ekspertów ze Stanów Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii, którzy wypowiadają się w podobnym tonie, co wskazywałoby na to, że tezy Franka Taylora nie są odosobnione…

– Kiedy pojawiały się informacje na temat przyczyn i okoliczności formułowane przez niezależnych ekspertów, formułowane podczas wspomnianych konferencji smoleńskich, to wyśmiewano zarówno te tezy, głoszących je oraz nas – rodziny, twierdząc, że wymyślamy sobie, iż na pokładzie była bomba, że wysuwamy teorie niepoparte badaniami, innymi słowy – wyssane z palca. Tymczasem dobrze wiemy, że tam mogły mieć miejsce różne zdarzenia, począwszy od awarii technicznych, związanych z różnymi niedoskonałościami tego samolotu. Przecież po latach dowiedzieliśmy się, że samolot Tu-154M miał wadę czy wady konstrukcyjne. Pytanie brzmi, czy i jak te wady konstrukcyjne wpłynęły na katastrofę. I to też trzeba było dogłębnie zbadać i wyjaśnić. Myślę, że powoli dochodzimy przynajmniej do części takich faktów, do których nikt nie będzie miał zastrzeżeń, że nie zostały one udokumentowane.

Teoria tzw. pancernej brzozy i inne tezy stawiane przez MAK i komisję Millera całkowicie upadają?

– Dla osób logicznie myślących, które nie mają żadnego interesu, żeby mówić inaczej, teoria pancernej brzozy od samego początku była nie do przyjęcia. Od samego początku – będąc laikiem w sprawach technicznych, ale jednocześnie jako osoba, która wcześniej przynajmniej dwukrotnie leciała tym samolotem – stałam na stanowisku, że ten samolot nie mógł się rozbić, uderzając w brzozę czy jakiekolwiek inne drzewo. Zresztą zostało to udowodnione na podstawie różnych eksperymentów, które były przeprowadzone. Natomiast fakt, że próbowano użyć brzozy jako jednego z elementów, który miał zaważyć na przyczynach katastrofy tupolewa, świadczy dobitnie o tych, którzy takie tezy formułowali.

Opozycja, komentując opinię Franka Taylora, uważa, że tego typu wypowiedzi są gołosłowne i przestały już robić wrażenie…

– Cóż mogą powiedzieć politycy spod znaku Platformy? Cóż mogą powiedzieć po ośmiu latach ludzie, którzy przez cały ten czas nawet nie kiwnęli palcem, którzy nie zrobili nic, żeby wyjaśnić przyczyny katastrofy samolotu, na pokładzie którego zginęły najważniejsze osoby w państwie, na czele z urzędującym prezydentem? Ci ludzie, którzy wówczas sprawowali władzę w państwie i mieli obowiązek, nie uczynili nic, żeby przybliżyć nas do prawdy. Dlatego trudno się dziwić, że dzisiaj zachowują się tak, a nie inaczej i negują, zaprzeczają, wyśmiewają tych, którzy dążą do ustalenia faktów i odkrycia prawdy. Myślę, że krok po kroku, powoli dochodzimy do udokumentowanych faktów, które dotyczą katastrofy rządowego Tu-154M.

Czy fakt, że Rosja nie chce nam zwrócić wraku tupolewa, dodatkowo nie uwiarygadnia ustaleń Franka Taylora?

– Wrak tupolewa to podstawowy dowód w śledztwie dotyczącym katastrofy smoleńskiej. Rosja – jak się wydaje – doskonale wie, jak ważny to dowód w sprawie. Dlatego Moskwa gra wrakiem, przedłużając śledztwo, co niejako warunkuje pozostanie szczątków maszyny w Rosji. Tu kłania się też oddanie śledztwa w ręce Rosjan przez rząd Donalda Tuska. Gdyby było inaczej, to łatwiej moglibyśmy odzyskać wrak, który jest naszą, polską własnością. Ten wrak mógł wrócić do Polski zaraz po katastrofie, a wtedy można byłoby skorzystać jeszcze bardziej na badaniach przeprowadzonych przez Franka Taylora. Natomiast w tej chwili, żeby dojść do tego typu ustaleń, trzeba było włożyć nieporównywalnie więcej pracy, aby udowodnić tezy, które postawili naukowcy, eksperci lotniczy. Tak jak wspomniałam, cały czas pokutuje oddanie śledztwa w ręce rosyjskie, co powoduje, że badając przyczyny tragedii smoleńskiej, dochodząc powoli, żmudnie do prawdy, musimy wykonać znacznie cięższą pracę. Ale jesteśmy cierpliwi.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl