Zespół Macieja Laska nie będzie miał żadnych podstaw prawnych, a opinie tego gremium nie wykroczą poza ramy statusu czysto prywatnych.
– Jedynym organem właściwym zgodnie z prawem międzynarodowym i polskim do ustalania przyczyn katastrofy jest właściwa komisja badania wypadków lotniczych. Natomiast to, co chce zrobić Lasek, tylko opóźni wyjaśnienie sprawy – ocenia prof. Marek Żylicz, ekspert międzynarodowego prawa lotniczego, były członek komisji Jerzego Millera.
W jego ocenie, nie ma żadnych podstaw prawnych ani by zespół, którego powołanie proponuje Lasek, mógł działać, ani by miał dostęp do materiałów komisji, które obecnie znajdują się w archiwum Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów.
– Jedynym prawnie przewidzianym organem ustalającym przyczyny katastrof i wypadków lotniczych jest komisja, która skonfrontowałaby zarzuty stawiane komisji Jerzego Millera. Jeżeli eksperci z tej komisji nie byliby w stanie ustalić stanowiska, prawo przewiduje (ale tylko w przypadku wznowienia prac komisji) możliwość udziału w badaniach niezależnych ekspertów z Unii Europejskiej, którzy mogliby pomóc w rozstrzygnięciu kwestii spornych – twierdził Żylicz.
O pomoc z UE formalnie musiałaby się ubiegać strona rządowa. Ekspert powiedział, że proponowałby powołanie zespołu ekspertów, ale takiego, który miałby jedynie zebrać ekspertyzy powstałe poza komisją Millera, uporządkować je i przygotować plan prac komisji, której działanie – zdaniem Żylicza – należy wznowić z udziałem zarówno ekspertów wojskowych, jak i cywilnych.
– Znowelizowana ustawa Prawo lotnicze przewiduje powołanie takiej komisji, jeśli zajdą nowe okoliczności albo dowody mające istotne znaczenie dla sprawy. Moim zdaniem, jeśli są ekspertyzy stwierdzające, że było inaczej, niż stwierdziła komisja Millera, to są nowe okoliczności, które powinny uzasadnić wznowienie działania komisji – mówi ekspert.
Z argumentacją prof. Żylicza zgadza się inny specjalista prawa międzynarodowego prof. Karol Karski.
– Zgadzam się z prof. Żyliczem – nie ma żadnych podstaw prawnych, by taki zespół powstał. Byłoby to grono osób prywatnych. Można natomiast wznowić pracę komisji Millera, gdyby dostrzeżono uchybienia w jej dotychczasowych ustaleniach. Musiałaby to być w całości Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. Nie mówię o składzie osobowym, ale o organie państwa – zaznacza Karski.
I dodaje, że skład nowo powołanej komisji może, a nawet powinien być inny od gremium, któremu przewodniczył Miller. Profesor Karski zauważa też, że nie ma podstaw do tego, by zespołowi miały zostać wydane materiały, na których pracowała komisja Millera. Maciej Lasek uznał, że być może zespół, którego powołanie zaproponował pod koniec zeszłego roku, zacznie prace jeszcze w styczniu.
– To nie jest tak, że my nie pracujemy. Koledzy, którzy pracowali ze mną w komisji, analizują informacje pojawiające się w mediach, na stronie zespołu parlamentarnego. Przygotowani jesteśmy do takiej rozmowy. Ale to musi być rozmowa z ekspertami – podkreślił.
– Prywatny zespół to nie jest komisja państwowa. Na jakiej podstawie zespół, który nie ma umocowania państwa, miałby otrzymać te materiały, a na przykład nie miałby ich otrzymać zespół Macierewicza? Moim zdaniem, parlamentarzyści mają większe prawo dostępu do tych materiałów – ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora upoważnia ich do zapoznania się ze wszystkimi dokumentami państwowymi, o ile nie narusza to dóbr osobistych innych osób. Poseł jest też z mocy ustawy o ochronie informacji niejawnych osobą upoważnioną do dostępu do nich do poziomu „tajne” bez przechodzenia postępowania sprawdzającego – podnosi prof. Karski.
– Poseł z racji mandatu, który pełni, jest osobą kompetentną we wszystkich sprawach państwowych – dodaje. Zdaniem prof. Karskiego, gdyby doszło do ich wydania zespołowi Laska, byłoby to jednoznaczne z tym, że należy im nadać charakter jawny. A ubieganie się o nie świadczy o tym, że byłym ekspertom PKBWLLP zależy na tym, aby nikt inny poza nimi nie miał do nich dostępu.
– W ogóle nie widzę formuły prawnej do powołania takiego zespołu. Sam pan Lasek zdradza, jaką to ciało miałoby odgrywać rolę – rolę propagandową – ocenia krótko Stanisław Piotrowicz, poseł PiS, z zawodu prokurator. Zgodnie ze znowelizowaną w ubiegłym roku ustawą Prawo lotnicze badania mogą być przekazane „wyłącznie na potrzeby postępowania przygotowawczego, sądowego lub sądowo-administracyjnego za zgodą sądu”. To – kwitują prawnicy – może w znacznym stopniu utrudnić zdobycie materiałów przez zespół konstytuujący się wokół obecnego szefa PKBWL.
Debata bez Laska
Lasek zaznaczył, że nie ma zamiaru wziąć udziału w spotkaniu z zespołem Macierewicza – w grudniu szef zespołu parlamentarnego badającego katastrofę smoleńską zaprosił ekspertów strony rządowej na wspólną debatę na temat katastrofy. Ma się ona odbyć 5 lutego br. Lasek stwierdził jednak, że „debatę eksperci mogą prowadzić z ekspertami, a nie z politykami”, i zapowiedział, że w debacie nie weźmie udziału.
– Panowie posłowie są ekspertami od polityki, ja od badania wypadków lotniczych, dla nich nie jestem żadnym partnerem, gdybyśmy mieli mówić o polityce, i tak samo jest w drugą stronę – powiedział szef PKBWL.
Zaznaczył, że może dyskutować jedynie z ekspertami zespołu smoleńskiego, ale na jego zasadach. Zdaniem Piotrowicza, do deklaracji Laska należy podchodzić z pewną dozą sceptycyzmu.
– Zapraszaliśmy już przedstawicieli komisji Millera do skonfrontowania własnych badań z ustaleniami ekspertów zespołu parlamentarnego. Zapraszaliśmy ich też na konferencję naukową na temat katastrofy smoleńskiej. Oczekiwaliśmy merytorycznej dyskusji. Tak się nie stało. Widać, że przedstawiciele komisji Millera boją się takiej konfrontacji. Wygląda na to, że poza propagandą w zasadzie nie mają nic do powiedzenia – konkluduje Piotrowicz.
– Raport Millera jest tylko powieleniem tez raportu MAK. Nie wyjaśnił niczego i nie wniósł niczego nowego, jeśli chodzi o treść. Przecież już wiadomo, że twierdzenia ujawnione w obu dokumentach były formułowane na nieuprawnionych i nie do końca sprawdzonych tezach. Przykładem jest choćby kwestia rzekomej obecności gen. Błasika w kabinie – kwituje por. rez. Artur Wosztyl, były dowódca załogi Jaka-40.

