logo
logo

Zdjęcie: arch. IPN/ -

Mordercy w togach

Piątek, 25 stycznia 2013 (02:10)

Z Bogusławem Nizieńskim, sędzią w stanie spoczynku, byłym rzecznikiem interesu publicznego, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Publikował Pan teksty w „Wojskowym Przeglądzie Prawniczym”?

– Nie, nie interesowałem się „Wojskowym Przeglądem Prawniczym”. Raz tylko na prośbę redakcji tego pisma, zamieściłem w tym przeglądzie – ale już po 1990 roku – tekst mojego wystąpienia na konferencji sędziów Sądu Najwyższego w Niemczech. W 1991 czy 1992 roku byliśmy bowiem razem z sędziami Izby Wojskowej Sądu Najwyższego na konferencji pod Berlinem. Miałem tam referat, zdaje się na temat agenta służb specjalnych. Tekst ten przekazałem – jak wspomniałem – na prośbę redakcji „Wojskowego Przeglądu Prawniczego” do opublikowania. Czy to zrobili, nie wiem. I to był mój jedyny kontakt z tym pismem. Nic wspólnego z nim nie miałem, znany mi był bowiem kierunek, jaki obierali przed 1990 rokiem. Przecież oni służyli wojskowym służbom prawniczym w sposób jednoznaczny, dla mnie więc byli zupełną gangreną. To była przegrana i przekreślona instytucja w piśmiennictwie prawniczym.

Z okazji jubileuszu 85-lecia „Wojskowy Przegląd Prawniczy” zamieścił teksty z przypisami do prac stalinowskich sędziów: Leo Hochberga, Jerzego Bafii i Igora Andrejewa. Jak Pan ocenia ten aparat naukowy?

– Odwoływanie się dziś do czasów stalinowskich to hańba. To szokujące, że są jeszcze w Polsce ludzie, którzy nie przejrzeli, czym był stalinizm. Chyba Sejm niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej wypowiedział się już wyraźnie w swojej uchwale, kim byli sędziowie i prokuratorzy wojskowi w latach 1944-1956. Potępiono ich, bo nie mieli nic wspólnego z polskim wymiarem sprawiedliwości. Byli to bowiem ludzie, którzy służyli obcym siłom, Stalinowi i międzynarodowemu komunizmowi. W świetle tej uchwały Sejmu Rzeczypospolitej z 16 listopada 1994 r. „organy bezpieczeństwa państwa totalitarnego, jak również wojskowe organy ścigania i wymiaru sprawiedliwości z lat 1944-1956 były przeznaczone do zwalczania organizacji i osób działających na rzecz suwerenności i niepodległości Polski i są odpowiedzialne za cierpienie i śmierć wielu tysięcy obywateli polskich”. Podobnie ocenił organy bezpieczeństwa państwa totalitarnego Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 28 maja 2003 roku. Wyraźnie podkreślono, że organy te stanowiły istotny element ustroju komunistycznego, a ich działalność była zwrócona przeciwko niepodległościowym aspiracjom Narodu Polskiego.

Dlaczego nazwisk tych sędziów nie powinno się przywoływać w merytorycznych, prawniczych publikacjach?

– Leo Hochberg, Jerzy Bafia czy Igor Andrejew to kanalie; ludzie, którzy przyłożyli rękę do śmierci tysięcy najlepszych synów Polski. Ci, którzy nie poszli na współpracę z bestiami stalinowskimi i próbowali budować niepodległą Polskę, płacili przez nich straszną cenę – cenę katorgi, zdrowia i życia. To było dzieło tych panów – Andrejewa, Hochberga, Bafii i im podobnych. Stąd niezrozumiałe jest dla mnie to, że można wracać jeszcze do tych nazwisk. Do kogo się wraca? Do ludzi, którzy tyle krzywdy zrobili Polakom? Do wojskowego sądownictwa i wojskowego wymiaru sprawiedliwości? Tego, który nie miał nic wspólnego z nazwą „wymiar sprawiedliwości”? Który pastwił się nad Polakami, których niszczono, skazywano na śmierć i na których wykonywano wyroki? I jeszcze dzisiaj do nich wracać? Zapomnijmy już o nich, skoro dawno gruba kreska pozostawiła ich na boku.

W latach 50. tzw. komisja Mazura, która miała zbadać działalność informacji wojskowej, prokuratury wojskowej i sądów wojskowych, stwierdziła liczne „uchybienia” w ich pracy. I na tym koniec.

– Kruk krukowi oka nie wykole – oni tę zasadę wyznawali i wiedzieli, że im się nic nie stanie. Ilu z nich odpowiedziało za swoje zbrodnie? Kilkunastu. A zbrodnie ich były potworne. Wystarczy zbadać akta ludzi, którzy przeszli przez tryby wojskowego wymiaru sprawiedliwości: wojskowe prokuratury rejonowe, wojskowe sądy rejonowe, wojskowe prokuratury okręgowe, wojskowe sądy okręgowe czy Sąd Najwyższy. Ile tysięcy wspaniałych synów i córek Narodu Polskiego zginęło przez tych ludzi! Oni nie mają prawa wracać do świadomości publicznej poprzez powoływanie się na ich artykuły!

Redaktorzy „WPP” powinni z większym dystansem i krytycyzmem patrzeć na teksty profesorów Mariana Cieślaka czy Zbigniewa Dody odwołujących się do „dorobku” stalinowskich sędziów?

– To, że wtedy ich cytowali, to już są sprawy ich odwagi. Nie chcę się jednak na ten temat wypowiadać, ponieważ nieżyjący już sędzia Doda był nawet kiedyś u mnie aplikantem pozaetatowym i wiem, że to był człowiek, który się nie zhańbił. Zetknąłem się z nim później już w Sądzie Najwyższym, kiedy po 1990 r. objął stanowisko prezesa Izby Karnej. Nie mógłbym na niego złego słowa powiedzieć. Z prof. Marianem Cieślakiem nie miałem kontaktu, ponieważ mimo że figurował jako wykładowca procedury karnej na Uniwersytecie Jagiellońskim w roku 1948 roku, to w tym czasie się habilitował i nie miałem okazji z nim rozmawiać. Spotykałem się z nim, ale już w innym czasie.

Jak na ironię artykuł Dody dotyczy zakazu reformationis in peius, czyli zakazu pogarszania sytuacji oskarżonego. Ale chyba mordercom w togach problem ten nie spędzał snu z powiek.

– Zakaz ten oznacza, że nie wolno w postępowaniu przed sądem II instancji – w przypadku, gdy skazany przez sąd I instancji wniósł odwołanie – pogorszyć jego sytuacji prawnej, z jaką wyszedł spod I instancji. Były jednak podobno takie przypadki, że mimo iż skazany przez sąd I instancji wnosił odwołanie (tylko on, nie prokurator), to sąd II instancji przy rewizji wniesionej przez skazanego pogarszał jego sytuację prawną. To jest kuriozum, które trzeba nazwać zbrodnią prawa, bo nie można pogorszyć sytuacji prawnej skazanego, jeżeli tylko on odwołał się od wyroku. Ale wtedy wszystko było łamane. Przecież ci wojskowi sędziowie i prokuratorzy wielokrotnie – w przeważających sytuacjach – nie byli w ogóle prawnikami, nie mieli studiów. Robili to, co im partia nakazała. To byli ludzie, którzy popisywali się swoimi potwornymi wyrokami, które skazywały ludzi na śmierć lub długoletnie więzienie. To straszni ludzie, dlatego Sejm potępił ich działalność i w latach 90. XX wieku byli pozbawiani godności sędziów i prokuratorów. Jeżeli udowodniono im, że przed przyjściem do wymiaru sprawiedliwości byli funkcjonariuszami komunistycznych organów bezpieczeństwa państwa, Służby Bezpieczeństwa, to musieli opuścić wymiar sprawiedliwości.

Hochberg, Bafia czy Andrejew doświadczyli tego?

– Nie pamiętam, czy na przykład Hochberg jeszcze żył. Oni wyszli z wymiaru sprawiedliwości, ale jeśli chodzi o Andrejewa, to z tego, co wiem, nie był w wojskowym wymiarze sprawiedliwości. Był w Sądzie Najwyższym i miał styczność ze sprawami politycznymi.

 

Zatwierdził wyrok śmierci na generale Auguście Fieldorfie „Nilu”.

– Tak, Andrejew nie działał już w wojskowym sądownictwie, tylko w sądownictwie powszechnym. Generał Fieldorf „Nil” był sądzony jako rzekomy współpracownik gestapo. To chyba Andrejew tłumaczył się, że nie doczytał akt i sądził, że to chodzi o volksdeutscha. Generał został skazany z dekretu odpowiedzialności karnej za zdradę kraju. To była hańba, żeby coś takiego wydumać.

Kapitan Marcin Maksjan z Naczelnej Prokuratury Wojskowej nie widzi problemu w przypisach do Andrejewa.

– Nie wiem, jak do tego doszło. Powinno się o tym już milczeć. Oni nie mogą wracać na łamy piśmiennictwa prawniczego. Faktycznie to w pewnym sensie stawianie im pomników. Oni na nie w żaden sposób nie zasłużyli. Sądzili haniebnie pod dyktando swojej partii.

 

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik