logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Głos jak DNA

Sobota, 2 lutego 2013 (02:07)

Z mec. Bartoszem Kownackim rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

„Gazeta Wyborcza” po trzech dniach zwłoki opisała wczoraj fragment prokuratorskiego postanowienia, rozstrzygającego jednoznacznie kwestię domniemania obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie. Ale Maciej Lasek nie traci animuszu, twierdząc, że „w zasadzie” treść postanowienia jest zgodna z tym, co komisja Millera opisała w raporcie.

– Szkoda, że pan Lasek nie powiedział tego na Czerskiej, w siedzibie „Gazety Wyborczej”, byłaby wtedy możliwość pełnej konfrontacji. Stanowisko prokuratury na temat generała Andrzeja Błasika nie jest bowiem zgodne z raportem komisji Jerzego Millera. W raporcie tym mamy sformułowanie, że obecność generała Błasika w kokpicie samolotu Tu-154M w krytycznej fazie lotu była elementem presji pośredniej. To jest zasadnicza różnica: czy ktoś jest, czy go nie ma. Prokuratura jasno stwierdziła, że nie ma jakiegokolwiek dowodu, któryby wskazywał na obecność generała w kabinie pilotów. Stąd możemy – nie spekulując – przyjąć w sposób obiektywny, że w świetle naszej dzisiejszej wiedzy generała Błasika tam nie było. Dlatego w żaden sposób nie można powiedzieć, że stanowiska prokuratury i komisji Millera są zbieżne. Logicznie rozumując, jeżeli coś jest czarne, to nie jest białe. Komentarz pana Laska udzielony „GW” pokazuje, że członkowie komisji Millera próbują wycofać się tylnymi drzwiami z nadużyć i nadinterpretacji, których się dopuścili, tuszując swoje błędy. Nie potrafią tego powiedzieć wprost, jak również wystąpić o zmianę w swoim raporcie konkretnego sformułowania na temat generała Błasika. Broniąc siebie, próbują sprawić wrażenie, że może prokuratura wypowiedziała się tak, jak oni powiedzieli. Nie uczyniła jednak tego. Wystarczy zajrzeć do raportu komisji Millera i postanowienia prokuratury i je porównać. To są dwa różne sformułowania, na pewno rozbieżne.

Był Pan jedynym pełnomocnikiem rodzin smoleńskich biorącym udział w debacie na temat katastrofy w siedzibie „Gazety Wyborczej”. Warto było?

– To była jedyna możliwość skonfrontowania się publicznego z członkami komisji Jerzego Millera, zadania pytań, na które przez wiele miesięcy nie mogłem uzyskać odpowiedzi. Nie potrafiłem zrozumieć pewnych decyzji i rozstrzygnięć tej komisji, dlatego zależało mi, by pytania skierowane do jej członków wybrzmiały publicznie – tym bardziej w środowisku dla nas nieprzychylnym. Spotkanie odbywało się bowiem w siedzibie „Gazety Wyborczej”, gdzie duża część publiczności, ale także organizatorów, to były osoby nieżyczliwie nastawione do tych wszystkich, którzy krytykują raport komisji Millera.

O co Pan pytał?

– Przygotowałem szereg pytań, niestety nie wszystkie udało się zadać. Zadałem de facto jedno komisji Millera i drugie dodatkowe prowadzącej spotkanie redaktor Agnieszce Kublik. Uważam, że jedną z rzeczy najbardziej skandalicznych, która znalazła się w raporcie Millera, była kwestia obecności generała Andrzeja Błasika w kokpicie Tu-154M. To właśnie w tym raporcie napisano, że obecność generała w kokpicie w krytycznej fazie lotu (czytaj: w chwili katastrofy) była elementem presji pośredniej, która z kolei była jednym z czynników składających się na katastrofę. Ta presja miała powodować, że piloci nie mogli koncentrować się na wykonaniu swego zadania, choć z drugiej strony – mimo że były złe warunki – chcieli lądować. Taka jest teza raportu. Zadałem bardzo proste pytanie, by wskazano mi te dowody i sposoby ich przeprowadzania, które uzasadniły tezę o obecności generała Błasika w kokpicie. Odniosłem się w tym momencie bezpośrednio do opinii fonoskopijnych, chociaż przecież to rzekomo nie jedyny dowód, który miała na względzie komisja Jerzego Millera. Zapytałem wprost: jak to możliwe, by ten sam głos przypisać dwóm różnym osobom? Przecież głos jest tak indywidualny, jak odcisk palca czy badanie DNA i nie można się tu pomylić.

Jaka była odpowiedź?

– Odpowiedź komisji była nijaka, praktycznie jej nie było. Za to próbowano mnie egzaminować ze znajomości raportu i zapisu stenogramu. Po czym usłyszałem coś kuriozalnego, że te nagrania były nieczytelne i nie dało się rozpoznać wszystkich głosów. Fakt nieczytelności nagrania nie uzasadnia jednak przecież, żeby komuś można było przypisać dany głos. Komisja nie była w stanie wskazać, kto personalnie rozpoznał głos generała Błasika, broniono się tylko i wyłącznie kontekstem sytuacyjnym. Nie potrafili powiedzieć, jakie mają inne dowody – poza opinią fonoskopijną – na obecność generała Błasika w kokpicie. Miałem wrażenie, że czują się w tym momencie bardzo niepewni, nie wiem, czy nie mają swoistego poczucia winy, wynikającego ze świadomości błędów, jakich się dopuścili. Ich odpowiedź nie mogła mnie usatysfakcjonować, bo to było tak, jak z nieprzygotowanym uczniem na egzaminie, który nie wiedział, o czym mówi i nie znał odpowiedzi na pytania.

Robert Benedict, który razem z Wiesławem Kędzierskim miał rozpoznać głos generała Błasika, nic Panu nie wyjaśnił?

– Nie odniósł się do tego w żaden sposób. Członkowie komisji Millera nie chcieli podać nazwiska, żadna z tych osób, które przyszły na debatę, nie miała na tyle odwagi, by powiedzieć: „tak, ja rozpoznałem głos generała Błasika”, bo go np. znałem. Oczywiście, byłoby to absurdalne rozpoznanie, bo na dzisiejszym poziomie rozwoju techniki używa się innych instrumentów. Fakt ten stawia komisję w niezręcznej sytuacji, bo ktoś boi się powiedzieć, dlaczego tak, a nie inaczej zdecydował. Boi się to uzasadnić i wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności. Tu rodzi się zasadnicze pytanie: skoro eksperci z komisji Millera nie byli w stanie uzasadnić tego bardzo prostego zapisu z czarnej skrzynki i de facto rozpoznali go w sposób niewłaściwy, to co z pozostałymi zapisami z czarnej skrzynki (sami powiedzieli, że było ich kilkadziesiąt tysięcy), czy również były odczytywane na podstawie kontekstu sytuacyjnego, czy może techniki badania były nieco inne?

O co zapytał Pan Kublik?

– „Gazeta Wyborcza” była tym medium, które szeroko informowało o roli generała Błasika i jego udziale w katastrofie. Kiedy pojawiło się postanowienie prokuratury, które jednoznacznie ucina wszelkiego rodzaju spekulacje, „GW” przez trzy dni nawet jednym zdaniem czy króciutkim komunikatem nie wspomniała o tej okoliczności. Wprost zapytałem panią Kublik, dlaczego tak się stało i czy uważa taki sposób podejścia za rzetelne dziennikarstwo. Przecież obowiązkiem każdego dziennikarza, który wcześniej budował różnego rodzaju tezy i informował o innych doniesieniach, jest podanie oficjalnych komunikatów czy dokumentów instytucji państwowych. Pani redaktor nie chciała udzielić odpowiedzi na to pytanie zarówno podczas spotkania, jak i po nim, obawiając się kamer. Żeby było jasne, to nie ja poprosiłem o kamery, nie było to moją intencją, po prostu sami dziennikarze, którzy usłyszeli tak dosadne pytanie i brak odpowiedzi, chcieli poznać, dlaczego „Gazeta Wyborcza” w sposób wybiórczy traktuje pewne informacje. Kublik uciekała, nie chciała udzielić odpowiedzi. Potem udało mi się jeszcze do niej podejść, ale nasza rozmowa nie rozwiała żadnych moich wątpliwości, co więcej, miałem wrażenie, że pani Kublik chce, żebym udowodnił, że generała Błasika nie było w kokpicie.

Traktuje Pan tę debatę jako element pewnego rodzaju kampanii propagandowej?

– Na pewno było to spotkanie zorganizowane jako kontruderzenie, które kompletnie nie wyszło w stosunku do działań tych wszystkich, którzy mają inne ustalenia niż oficjalne. To było jednak nieprzekonywające, gdyż nie podano żadnych precyzyjnych informacji. Próbowano za to trochę dezawuować ekspertów z zespołu parlamentarnego i dowodzić w stylu „my tak stwierdziliśmy i tak jest”. Nie było żadnego dowodu, żadnej opinii czy okoliczności, która by mnie przekonała do raportu komisji Jerzego Millera. Oczekiwałbym konkretnych faktów, opinii i konkretnego odniesienia się do ustaleń zespołu Macierewicza. Tego zabrakło. Podczas debaty padło pytanie, czy członkowie komisji Millera zechcą uczestniczyć w spotkaniu ekspertów 5 lutego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, które ma dotyczyć katastrofy smoleńskiej. Choć byłaby tam możliwość merytorycznej debaty, to jednak odparli, że nie czują się w obowiązku, są wolnymi ludźmi i nie muszą na takiej debacie się pojawić.

Maciej Lasek zarzekał się, że nie będzie brał udziału w debatach, w których nie uczestniczą eksperci.

– Nie potrafię tego zrozumieć, bo bądź co bądź zespół parlamentarny reprezentuje Sejm RP, natomiast „Gazeta Wyborcza” to jedno z wielu mediów w Polsce. Dlaczego spotkało ją takie wyróżnienie? Nie wiem. Uważam jednak, że skoro ci eksperci z komisji Millera zdecydowali się na uczestniczenie w debacie w jej siedzibie, co według mnie było spotkaniem prywatnym, to tym bardziej ich obowiązkiem jest uczestniczenie w debacie organizowanej przez zespół parlamentarny. Tam panowie Lasek czy Benedict mieliby możliwość dyskusji ze specjalistami, nie posłami czy dziennikarzami. Według mnie, spotkanie w siedzibie „GW” miało cel propagandowy – obśmiać pewne tezy i pokazać, że toczy się dyskusja, ale tylko i wyłącznie na ich zasadach.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik