logo
logo

Zdjęcie: R. Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Napór faktów na Millera

Środa, 6 lutego 2013 (02:03)

Druzgocącą krytyką założeń, metodologii i wniosków raportu komisji Jerzego Millera zakończyła się „Debata smoleńska” zorganizowana wczoraj na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Tak jak przypuszczano, do auli UKSW nie miał odwagi przyjść żaden z członków komisji Millera, by zmierzyć się z wynikami analiz ekspertów smoleńskiego zespołu parlamentarnego. To nie pierwsza taka sytuacja. Wczoraj wybitni polscy specjaliści pracujący za granicą zaprezentowali kilka nowych faktów wskazujących na świadome manipulowanie informacjami przez MAK i KBWLLP.

Doktor Kazimierz Nowaczyk z Baltimore rozpoczął swoje wystąpienie od przypomnienia historycznej, politycznej i humanitarnej rangi wydarzenia, które jest przedmiotem badań. Wyraził pogląd, że niekiedy fakt ten umyka w natłoku technicznych szczegółów. Tymczasem pokazują one, jak dalece polskie państwo nie sprostało zadaniu, jakie postawiła przed nim katastrofa. Dylematem niezależnego badacza jest – opowiadał dalej dr Nowaczyk – przede wszystkim ocena wiarygodności informacji dostarczonych przez oficjalne dokumenty, z których korzystanie i nieustanne z nimi konfrontowanie pozostaje nieuniknione, jeżeli chce się posunąć do przodu w kierunku wyjaśnienia prawdy o 10 kwietnia 2010 roku.

Wczoraj fizyk oprócz przypomnienia części dotychczasowych swoich wyników, szczególnie dotyczących ukrycia znaczenia punktu TAWS nr 38, pokazał kilka nowych lub mniej znanych. Jeden z nich to historia położenia oderwanego dość wcześnie lewego statecznika. Znaleziono go w tym samym rejonie, w którym był słynny fragment lewego skrzydła. Zdjęcia satelitarne oraz zdjęcia z rosyjskiego oblotu miejsca katastrofy pokazują, że był on przesuwany. Prawdopodobnie Rosjanie gromadzili znajdowane fragmenty w większe sterty. Tymczasem komisja Millera z całą powagą analizuje znaczenie położenia owego statecznika, a za punkt jego upadku przyjmuje jeszcze inne trzecie miejsce, odległe i od pierwotnej lokalizacji, i miejsca składowania. Błąd ten trudno wytłumaczyć, zważywszy na to, że polska komisja na swoich mapach zaznaczyła o rząd wielkości mniej elementów samolotu niż MAK. Przypomnijmy, że jej przedstawiciele wielokrotnie deklarowali, iż cały teren osobiście przeszukali i wszystko zbadali polscy specjaliści.

Doktor Nowaczyk skrytykował sposób, w jaki komisja odtworzyła geometrię ostatnich sekund lotu. Posługiwała się pomiarami ścięć drzew, ale nie wykonanymi przez siebie, tylko odczytanymi z fotografii smoleńskiego fotoamatora Siergieja Amielina. Na podstawie tych zdjęć obliczano kąty przechylenia samolotu, nie znając w ogóle, skąd i w jaki sposób zostały wykonane. Przez to pojawiły się w analizie komisji tak osobliwe wyniki, jak zatrzymanie się na pewien czas rzekomej beczki autorotacyjnej, a następnie jej wznowienie.

Doktora Nowaczyka dziwi też sklejanie przez komisję materiałów różnych rejestratorów parametrów (polskiego ATM i z rosyjskiej czarnej skrzynki). W efekcie parametrów w rejonie tajemniczego TAWS nr 38 w ogóle nie ma na wykresach polskiej komisji. MAK odnotowuje w tym miejscu dwa silne wstrząsy.

Niepokojący jest również czas zaprzestania zapisów urządzeń. Z porównania czasów (po synchronizacji zegarów) wynika, że najpierw przerwał pracę zabezpieczony na wszelkie sposoby i umiejscowiony w ogonie rejestrator katastroficzny, a później znajdujący się w zniszczonym podobno od razu kokpicie w żaden sposób niechroniony komputer FMS. Wszystkie te kwestie mogłyby zostać przedstawione ekspertom komisji Millera, ale organizatorom pozostało jedynie odczytanie fragmentów raportu i protokołu tego gremium.

Model nr 143

Referat prof. Wiesława Biniendy był kolejną wersją jego symulacji uderzenia skrzydła samolotu w brzozę, tym razem znacznie rozszerzoną o inne elementy. Dziekan Wydziału Inżynierii Lądowej Uniwersytetu w Akron przywoływał wyniki badań prowadzonych w swoim laboratorium i w kilku innych amerykańskich ośrodkach, wspomniał też o grupie ekspertów z różnych dziedzin, z którymi współpracuje. W odróżnieniu od poprzedniej wersji symulacji zderzenia prof. Binienda wprowadził bardziej restrykcyjny opis parametrów brzozy, zgodny z przyjmowanymi w amerykańskiej inżynierii standardami normalizacyjnymi. Brzozę emuluje teraz tzw. model nr 143, którego naukowcy w USA używają do symulacji drzewa tego gatunku. Tak czy inaczej drzewo w symulacji prof. Biniendy jest, jak twierdzi, 3-4 razy twardsze niż w rzeczywistości. Tymczasem skrzydło jest w symulacji znacznie słabsze niż prawdziwe. Weryfikację zastosowanego modelu wzmacnia dodatkowo analiza eksperymentu z 1965 r., podczas którego samolot Lockheed Constellation zderzył się skrzydłami z dwoma drewnianymi słupami.

Profesor Binienda wykonał swoją symulację w wielu wariantach przy różnych grubościach części metalowych, kątach natarcia i prędkościach, sprawdził też oddziaływanie czynników aerodynamicznych na symulację. Wcześniej niektórzy krytycy podnosili to jako niedostatek symulacji. Za każdym razem wynik jest ten sam: skrzydło ścina brzozę, przy czym krawędź natarcia ulega uszkodzeniu na długości ok. 60 centymetrów. Tymczasem uszkodzenia fragmentu skrzydła są znacznie mniejsze, o dziwo identyczne jak na prawym skrzydle, które w żadną brzozę nie miało uderzyć. Natomiast odcięty pień brzozy powinien paść według obliczeń prof. Biniendy wzdłuż kierunku uderzenia (na wschód), podczas gdy w rzeczywistości spadł na prawo (na północ). Te dwa fakty to jedne z argumentów na rzecz hipotezy, że do uderzenia skrzydłem w brzozę nie doszło, chyba że miało ono jakiś zupełnie inny mechanizm niż proponowany przez oficjalne komisje.

Rozerwana konstrukcja

Profesor Binienda wykonał też symulacje uderzenia kadłuba samolotu w ziemię. Jednak w żadnym z wariantów zbliżonych do założeń przyjętych przez komisję Millera samolot nie rozpada się na wiele fragmentów. A nawet te największe nie rozkładają się tak, jak widać na zdjęciach wraku. Tak się dzieje tylko wówczas, gdy dopuści się, że już w trakcie lotu miało miejsce rozerwanie konstrukcji, na przykład w wyniku eksplozji lub zapłonu.

Doktor inż. Wacław Berczyński z Filadelfii, wieloletni pracownik koncernów lotniczych Bombardier i Boeing, wystąpił w dwóch rolach. Najpierw uzupełniał referat prof. Biniendy o informacje dotyczące konstrukcji różnych części samolotu, a szczególnie skrzydła Tu-154M oraz jego zachodniego odpowiednika: Boeinga 727. Doktor inż. Berczyński zwracał uwagę na bardzo mocną budowę skrzydła tupolewa, posiadającego wyjątkowo trzy, a nie dwa dźwigary. Gdyby ustalenia oficjalne były prawdziwe, wszystkie musiałyby się złamać na brzozie w Smoleńsku. We własnym referacie inżynier wskazał m.in. na niedawny eksperyment z udziałem właśnie Boeinga 727, który (sterowany zdalnie) został rozbity na pustyni w USA w sposób dość zbliżony do katastrofy smoleńskiej. Rozpadł się wyłącznie na bardzo duże fragmenty. Większość pasażerów (szczególnie siedzących z tyłu) miała szansę przeżyć.

Doktor inż. Berczyński przedstawił raport NTSB, amerykańskiego odpowiednika MAK, z badania katastrofy Boeinga 747, który po wystartowaniu z Nowego Jorku rozbił się w Atlantyku. Pojawiły się podejrzenia, że doszło do zamachu terrorystycznego. Ostatecznie hipotezę tę wykluczono, ale amerykańskie służby wydobyły wszystkie fragmenty z wody, tak że po złożeniu wraku największy brakujący fragment miał poniżej 7,5 centymetra. Stwierdzono, że zniszczenie po ataku rakietowym (a o taki miało chodzić) musiałoby być większe niż 7,5 centymetra. Takiej staranności poszukiwań i dociekliwości zabrakło badającym katastrofę smoleńską. Tymczasem ślady zniszczeń – dowodził dr inż. Berczyński – coraz bardziej wskazują, że na pokładzie mogło dojść do eksplozji. Bardziej szczegółowo ekspert zajął się widocznymi na zdjęciach rozerwanymi nitami. – Sposób ich zniszczenia wskazuje, że musiało działać „silne ciśnienie wewnętrzne” – dowodził dr inż. Berczyński.

Wątpliwa półbeczka

O możliwych wybuchach od dawna mówi dr inż. Grzegorz Szuladziński z Sydney. Niestety ostatecznie nie przyjechał do Warszawy i łączył się z UKSW za pomocą internetu. Po raz kolejny opisał rozbity i rozwinięty kadłub, skręcenie jego części, odłamki różnej wielkości rozrzucone na powierzchni kilometra kwadratowego oraz brak krateru pouderzeniowego.

– Tak drobne szczątki powstają tylko pod wpływem wybuchu – przekonywał dr inż. Szuladziński. Według niego, w wyniku dwóch eksplozji o nieznanych przyczynach przednia część kadłuba z kokpitem miałaby jeszcze w locie oderwać się od reszty i obrócić się względem niej. To tłumaczy, dlaczego część elementów wraku po katastrofie leżała na grzbiecie, a część nie. Według oficjalnych raportów maszyna wykonała półbeczkę w całości (jedynie z oderwanym fragmentem skrzydła) i w takim położeniu się rozbiła. Doktor inż. Szuladziński zapowiedział publikację nowych obliczeń na temat tego skręcenia, które pozwalają w prosty i przekonujący sposób wytłumaczyć rozerwanie samolotu i jego skręcenie. Sesję zamknęły dwa krótkie referaty. Profesor Marek Czachor przedstawił ciekawe równanie wielu wersji trajektorii lotu Tu-154M, zaś inż. Marek Dąbrowski udowodnił braki dokumentacji MAK w inwentaryzacji szczątków samolotu na miejscu katastrofy. Zarówno największe rozbieżności w odtworzeniu trajektorii, jak i braki w wymienieniu odnalezionych części występują w rejonie, na który dr Nowaczyk wskazuje jako punkt TAWS nr 38.

Całą część techniczną konferencji poprzedziło odczytanie (fragmentów) obszernej listy dokumentów, których strona polska nie otrzymała od strony rosyjskiej, zaczerpniętych z „Uwag strony polskiej do raportu MAK”. Polski raport powstał, chociaż Rosjanie nie uzupełnili brakujących informacji.

W części poświęconej aspektom organizacyjnym lotu do Smoleńska 10 kwietnia 2010 roku wystąpiło trzech byłych funkcjonariuszy BOR. – Ta instytucja ma swoją długą tradycję. Od dawna istniały tego rodzaju formacje złożone z wybranych najlepszych żołnierzy. Ich zadaniem nie było tylko chronienie osoby. Cel ochrony VIP nie jest jedynie humanitarny. Oni chronili majestat swojego państwa, jedynie reprezentowany przez osobę – mówił płk rez. Andrzej Pawlikowski. Były szef BOR przywołał najpoważniejsze zaniedbania tej instytucji w związku z przygotowaniem wizyty prezydenta w Katyniu. Przede wszystkim brak rozpoznania i obsadzenia funkcjonariuszami lotniska, brak środków łączności i broni. Zauważył, że za całość działań formacji osobiście odpowiada jej szef. – Wyszła na jaw jego skrajna niekompetencja. Te spostrzeżenia podziela więcej osób, w tym ostatnio również prokuratura – dodał Pawlikowski.

Pułkownik rez. Tomasz Grudziński, były wiceszef BOR, sam przygotowywał jako dowódca poprzednie wizyty prezydenta w Smoleńsku i Katyniu. – Nie wysyłaliśmy podwładnych na rozmowy z Rosjanami, tylko sami się w to zaangażowaliśmy, a wtedy udało się sprowadzić samochód pancerny do Rosji i dostarczyć broń – opowiadał. Wtedy też strona rosyjska robiła ogromne problemy, w ogóle wycofali się z działań ochronnych. Wszystko zrobiliśmy sami, ale wymusiliśmy, że pomogli to zorganizować. Z Rosjanami da się wiele załatwić, tylko trzeba ruszyć się zza biurka i coś zrobić – dodał Pawlikowski.

Piotr Falkowski

Nasz Dziennik