Publikacja ABW, analizująca wpływy agentów komunistycznych specłużb, podziałała na nich jak kij włożony w mrowisko. Na portalach społecznościowych kursanci KGB kpią z raportu Agencji i szydzą z Krzysztofa Bondaryka.
Agenci tajnej politycznej policji na usługach Moskwy wręcz szczycą się resortową przeszłością. Funkcja pretorianina komunistycznego reżimu stała się dla nich przepustką do biznesu i pieniędzy w III Rzeczypospolitej, a także gwarancją spokojnego i stabilnego życia w kapitalizmie, którego zwalczania uczyli się w sowieckich szkołach. Są pilnymi obserwatorami życia politycznego, wciąż pozostając w kontakcie z dobrze zorganizowaną grupą.
„Chorzy psychicznie” z ABW
Byli funkcjonariusze komunistycznego MSW nie mają dobrej opinii nie tylko o badającym ich przeszłość Instytucie Pamięci Narodowej, ale również ABW.
„Androny, bzdury, fanaberie”, które są wymysłem ludzi „psychicznie chorych” – taką opinią na temat ostatniej publikacji ABW dotyczącej milicjantów i esbeków szkolonych w Moskwie dzieli się na jednym z portali społecznościowych pułkownik Władysław Sz., którego nazwisko odnajdujemy na sporządzonej przez ABW liście moskiewskich kursantów KGB.
Chodzi o raport ABW zawierający listę zidentyfikowanych funkcjonariuszy dawnych specsłużb, który ukazał się w ramach projektu „Współpraca SB, MSW, PRL z KGB ZSRR w latach 1970-1990 – próba bilansu”.
W ocenie Agencji, dawne powiązania z sowieckimi służbami specjalnymi mogą być groźne dla bezpieczeństwa państwa. Na to zagrożenie wskazał w słowie wstępnym do publikacji były już szef ABW gen. Krzysztof Bondaryk.
Jego zdaniem, z uwagi na dzisiejsze bezpieczeństwo wewnętrzne Polski należy wyjaśnić wszystkie aspekty współpracy SB i KGB, mimo że od jej zakończenia upłynęło ponad 20 lat.
Jak napisał, „przedstawienie tej współpracy we wszystkich aspektach, jej zbilansowanie, opisanie jej skutków i pozostałych po niej układów oraz aktywów ma nadal istotne znaczenie ze względu na wciąż możliwy wpływ tej współpracy na aktualny stan bezpieczeństwa RP”.
Z szacunków ABW wynika, że w ciągu ostatnich 30 lat istnienia PRL w ośrodkach szkolenia KGB oraz uczelniach MSW ZSRS przeszkolono około 600 funkcjonariuszy i pracowników peerelowskiego MSW. Z tego udało się zidentyfikować 362 osoby. W tym m.in. Władysława Sz. W latach 80. Sz. pracował w I Wydziale Biura Ochrony Rządu, które podlegało Ministerstwu Spraw Wewnętrznych.
Do Moskwy na kilkumiesięczny kurs pojechał w 1983 roku. Dziś świetnie sobie radzi. Do niedawna prowadził dobrze prosperującą firmę. „Dla mnie pan Bondaryk nie jest żadnym autorytetem!!!” – pisze Sz. Na pytanie jednego z internautów, czy takim autorytetem jest np. płk Hipolit Starszak, w czasach PRL jedna z ważniejszych postaci w MSW, dyrektor Biura Śledczego MSW, absolwent kursu w KGB, a do 1990 r. zastępca prokuratora generalnego, oświadcza: „Szef każdej służby specjalnej chciałby mieć takich oficerów jak płk Hipolit Starszak”.
Władysław Sz. broni swojej przeszłości. W jego ocenie, mówienie o uczestnikach kursów w Moskwie jako o agenturze komunistycznej jest nietrafione. „Wywołuje pusty śmiech z głupoty i barku elementarnej wiedzy autorów takiego określenia” – pisze.
O jaką wiedzę mu chodzi, nie wiadomo. Natomiast stwierdzony przez ABW fakt groźnych dla bezpieczeństwa państwa ewentualnych powiązań agenturalnych byłych kursantów KGB to – w jego ocenie – po prostu norma.
„Co do przenikania agentury do innych krajów, to zawsze odbywało się to i odbywa na zasadzie wzajemności. Zapytaj mędrców z IPN, czy coś na ten temat rzetelnego wiedzą, podkreślam rzetelnego, a nie ich wydumane fanaberie” – próbuje tłumaczyć.
„Ciekawe, czy dysponujesz też listą szkolonych przez US State Departament w ośrodku w Tueson?” – odpowiada na pytanie o próbę werbunku przez Rosjan. Publikację ABW ocenia jako „rewelacje” zawierające „zwykłe androny i bzdury, którymi nie ma sensu się zajmować”. Ich autorów, funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego , określa mianem „chorych psychicznie ludzi”.
„Jak może być ’fajną publikacja’ w której oficerów służb specjalnych legalnego państwa – członka ONZ, za fakt odbycia przeszkolenia doskonalącego ich wiedzę i umiejętności zawodowe w uczelni, do której w tamtych czasach wielu chciało się dostać, nazywa się komunistyczną agenturą”? – mówi.
Zdaniem Sz., kursy i studia w szkołach KGB w Związku Sowieckim nie są sprawą marginalną. Tłumaczy, że aby wyjechać na kurs doskonalenia oficerskiego w Wyższej Szkole KGB, należało legitymować się m.in. „nienaganną służbą, znajdować się w tzw. rezerwie kadrowej, posiadać odpowiednie przeszkolenie i znajomość języka rosyjskiego i posiadać bardzo dobry stan zdrowia” – relacjonuje pułkownik.
Precyzuje, że na kursie o profilu antyterrorystycznym, w którym uczestniczył, zajęcia odbywały się w języku rosyjskim. „Przed wyjazdem grupa co najmniej dwudziestu kandydatów rozpoczynała czterotygodniowe zajęcia językowe, kończące się egzaminem wewnętrznym, którego wynik stanowił istotny element w procesie kwalifikacji do odbycia przeszkolenia. A więc nie każdy oficer mógł wyjechać na taki KDO, zresztą odbywały się one nie tylko w ZSRR” – zastrzega.

