logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: www.ukladzamkniety.com/ -

Ta historia jest prawdziwa

Sobota, 6 kwietnia 2013 (02:02)

Ten film trzeba po prostu zobaczyć. „Układ zamknięty” to jedna z najlepszych polskich produkcji.

„Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” – mówił błogosławiony Jan Paweł II. „Układ zamknięty” Ryszarda Bugajskiego opowiada o takiej właśnie historii.

Młodzi ludzie z Gdańska otwierają firmę z branży elektronicznej. Spółka ma być przykładem innowacyjności i sukcesu na całą Europę Środkową. Nowoczesną linię technologiczną ściągnięto ze Skandynawii. Pracownicy dostają dużą część akcji, ich wartość błyskawicznie idzie w górę.

Na bankiecie inaugurującym działalność firmy główny bohater, prokurator Kostrzewa (rewelacyjny Janusz Gajos) spotyka naczelnika urzędu skarbowego Mirosława Kamińskiego (Kazimierz Kaczor), kumpla ze studiów, który robił wcześniej karierę w komunistycznych organizacjach partyjnych. Kostrzewa jest w zmowie z ministrem skarbu, przy pomocy aparatu państwowego chcą przejąć firmę.

Uruchamia oparte na sfabrykowanych dowodach śledztwo, dochodzi do aresztowań. Ciężarna żona jednego z zatrzymanych traci dziecko, jednej z córek strach odbiera mowę. Areszt wydobywczy zmusza zszokowanych założycieli firmy do zrzeczenia się udziałów w spółce. Piotr Maj (Robert Olech) jest w więzieniu bity i gwałcony. Na Marka Stawskiego (świetna rola Przemysława Sadowskiego) prokurator ma już zebrany materiał w postaci informacji o jego licznych kochankach i zdradach małżeńskich.

Zblatowane z „układem” zaprzyjaźnione media karmią opinię publiczną materiałami, które mają ją utwierdzić w przekonaniu, że biznesmeni to „zorganizowana grupa przestępcza”. Ale w tytułowym „układzie zamkniętym” pojawia się szczelina – badający sprawę dziennikarz dochodzi do wniosku, że prokurator szantażował niewinnych ludzi, którzy nie złamali prawa i są uczciwi.

Szybko zdobywa kompromitujące wszystkich nagrania wskazujące, że grupę tę tworzą prokuratorzy, politycy, urzędnicy skarbowi i prawnicy. Scenarzyści filmu Mirosław Piepka i Michał S. Pruski świadomie włączyli wątek mediów, który w prawdziwej historii nie występował.

Przedsiębiorca Roman Kluska, ofiara urzędów skarbowych i bezdusznej machiny państwowej, powiedział po przeczytaniu scenariusza filmu, że nikt nie pozwoli, by wszedł na ekrany. Ale udało się. „Układ” to jedno z najbardziej wyszydzanych słów kluczy, opisujących realia współczesnej Polski. Pierwotnie obraz miał być opatrzony tytułem „Deal”, ale określenie to zupełnie nie pasuje do tego, o czym opowiada „Układ zamknięty”.

Akcja trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Po seansie premierowym dziennikarze rozmawiali tylko o jednym: Jak to możliwe, że ta historia wydarzyła się naprawdę? A jednak, w Polsce setki przedsiębiorców zmaga się z często wręcz przestępczymi działaniami prokuratury, skarbówki lub powiązanych ze sobą „układem” instytucji państwowych. A te, naginając prawo, potrafią zrujnować nie tylko biznes, ale i sprowokować prawdziwe rodzinne tragedie.

O takim dramacie opowiada właśnie „Układ zamknięty”. Niemiecki korespondent po obejrzeniu filmu pytał, dlaczego po aresztowaniu właściciele spółki nie domagali się rozmowy z adwokatem. Dlaczego nie skarżyli się do Strasburga? Od scenarzystów usłyszał, że przez 9 miesięcy żadnej z zatrzymanych osób ani razu nie przesłuchał prokurator, nie mieli możliwości kontaktu z adwokatem, a odium sprawy, niewyjaśnionej dotąd przed sądem, ciągnie się za nimi do dzisiaj.

Garb komuny

Film wstrząsa i w swej wymowie jest bardzo czytelny. Mówi wprost, że Polska 20 lat po tzw. upadku komunizmu jest państwem, w którym rządzą mafijne kliki; ich rodowód sięga czasów PRL i uwikłań w system reżimu.

Główny bohater filmu – prokurator Andrzej Kostrzewa to majętny człowiek sukcesu, z silnie rozwiniętym poczuciem dominacji i wyższości. Niczym nie różni się od brutalnego i bezwzględnego majora Grossa, byłego funkcjonariusza SB, a w nowej Polsce mafiosa, w którego postać Gajos wcielił się 20 lat temu w „Psach”.

Przypadek Kostrzewy pokazuje wyraźnie, jak po 1989 r. zbudowano państwo skażone złem, opanowane przez zdemoralizowanych ludzi, których przepustką do państwowych synekur były czasy komuny. Kostrzewa to były członek ZMS, a potem PZPR, którego donos rujnuje życie Maja, dziekana wydziału prawa.

Dla niego była to przepustka do kariery, wpływów i dużych pieniędzy. Po latach prawie doprowadza do śmierci jego syna – Piotra, udziałowca spółki. Nierozliczone i napiętnowane zło rodzi kolejne tragedie, niszczy i demoralizuje. Patologie z czasów komunizmu trawią rzeczywistość nowej Polski. Przykładem tej transfuzji jest postać prokuratora Kamila Słodowskiego (wspaniały debiut Wojciecha Żołądkiewicza), który godzi się prowadzić ustawione śledztwo przeciwko biznesmenom Nawaru. Ambicje zawodowe czynią z niego bezwzględnego i cynicznego cyngla.

Trzydzieści lat temu Ryszard Bugajski nakręcił słynne „Przesłuchanie”. Oglądając „Układ zamknięty”, nietrudno oprzeć się wrażeniu, że totalitarne państwo stalinowskie niewiele różni się od demokratycznego państwa prawa, które na sztandarach wypisały sobie współczesne demoliberalne elity polityczne. Czy ktoś tego chce, czy nie, twórcy filmu pokazali, że wyzute z moralnych zasad państwo naprawdę, jak mówił Jan Paweł II, przeradza się w „jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.

Zjawiska, które twórcy pokazali w filmie, mają swoje partyjne szyldy, rodowód polityczny i przyczynę tkwiącą w decyzjach podejmowanych przez wpływowych polityków w ostatnich latach. Na srebrnym ekranie widzimy kawałek współczesnej Polski. Końcowe napisy puentują losy prawdziwych ludzi. Żadnej z osób, które zniszczyły ich życie, nie spadł włos z głowy. Prokurator prowadzący śledztwo awansował do prokuratury apelacyjnej, resztę odsunięto na bezpieczne pozycje. W tym kontekście hasło tytułowe „Jutro mogą przyjść po ciebie!” nie jest tylko marketingowym sloganem. Ten film trzeba po prostu zobaczyć.

Maciej Walaszczyk

Nasz Dziennik