logo
logo

Zdjęcie: www.ipn.gov,pl/ Internet

Zginęli, bo nie zrezygnowali z Polski

Sobota, 13 kwietnia 2013 (08:20)

Z Jarosławem Wróblewskim, koordynatorem VI Katyńskiego Marszu Cieni z Grupy Historycznej Zgrupowania „Radosław”, rozmawia Marta Milczarska

 

W Warszawie odbędzie się jutro już po raz szósty Katyński Marsz Cieni...

– Tak. Celem Marszu Cieni, jak co roku, jest oddanie hołdu niezłomnym żołnierzom Wojska Polskiego, policjantom Policji Państwowej, oficerom Korpusu Ochrony Pogranicza oraz kapelanom, którzy zostali zamordowani w Katyniu, ale i w innych miejscach na Wschodzie.

Ten marsz jest milczącym hołdem, ponieważ idziemy w ciszy i milczeniu. To symboliczny marsz, który upamiętnia moment, kiedy polska elita szła w ciszy na pewną śmierć prowadzona przez żołnierzy NKWD. Poprzedza go kolumna polskich jeńców, którzy są eskortowani przez żołnierzy NKWD w mundurach. To jest ich ostatnia droga. Zapraszamy na ten marsz nie tylko warszawiaków, ale także mieszkańców innych miast, by właśnie w ten milczący sposób towarzyszyli, a co za tym idzie – upamiętnili zamordowanych w Katyniu Polaków. Katyński Marsz Cieni to jedyna taka inscenizacja, która cyklicznie w Polsce pokazuje ten trudny temat. Ten specyficzny język marszu bardzo dobrze się przyjął, ponieważ z  roku na rok coraz więcej osób w nim uczestniczy.

Jakim zainteresowaniem cieszył się marsz w poprzednich latach?

– Mimo że z roku na rok powiększa się grupa osób, które wspierają marsz swoją obecnością, zauważamy, że pamięć o zbrodni katyńskiej nie przekłada się na wychodzenie na ulicę. Nie jest ona tak widoczna. Są obchody rocznicy zbrodni katyńskiej różnych środowisk, ale nie ma takiego wspólnego wyjścia na ulice. Nie ma wspólnego przeżycia tych wydarzeń. Dlatego postanowiliśmy 6 lat temu, że ten marsz wyruszy ulicami Warszawy w ciszy i milczeniu.

Czy był taki marsz, który szczególnie zapisał się w pańskiej pamięci, który przeżył Pan szczególnie?

– Tak. Szczególnym marszem był trzeci marsz katyński 11 kwietnia 2010 r. czyli dzień po katastrofie smoleńskiej.

Zrezygnowaliśmy wtedy z eskorty NKWD, która zwykle prowadzi jeńców. Na początku pochodu nieśliśmy duży wieniec z dwoma biało-czerwonymi szarfami i z napisem: „W hołdzie ofiarom katastrofy smoleńskiej”. I wtedy stała się rzecz wspaniała. Polegało to na tym, że wyruszaliśmy o godz. 15.00 i mniej więcej w tym czasie do Polski powróciła trumna z ciałem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Policja, nie ze względów bezpieczeństwa, a także przez ogromny tłum, który był na Krakowskim Przedmieściu, nie pozwoliła nam przejść przed Pałacem Prezydenckim. I  kiedy szliśmy przy placu Teatralnym, droga naszego Marszu Cieni skrzyżowała się z konduktem żałobnym wiozącym trumnę z ciałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Szliśmy po tulipanach, które były rzucane przez ludzi w hołdzie dla niego.

Ale jeszcze bardziej znaczące jest dla nas to, że wiele osób, które miały z nami iść w tym marszu, zginęło w tej katastrofie.

Czekaliśmy i myśleliśmy, że będą z nami tego dnia m.in. pan Stefan Melak, pani Bożena Mamontowicz-Łojek, pan Czesław Cywiński, ale nie wrócili oni ze Smoleńska. Ich niestety już zabrakło. Kiedy idziemy w Marszu Cieni, pamiętamy także o nich. Mamy dla nich ogromną wdzięczność, że pojechali do Katynia, aby uczcić pamięć poległych, pomordowanych w Katyniu żołnierzy.


Katyński Marsz Cieni nawiązuje do obchodów 3. rocznicy katastrofy smoleńskiej?

– Katyń i nasz marsz jest tak jakby prologiem tragicznej historii Narodu Polskiego, zaś Smoleńsk jest jej  epilogiem.

Żeby zrozumieć Katyń i Smoleńsk, należy także zadać sobie pytanie, dlaczego polscy żołnierze zginęli bestialsko zamordowani przez NKWD. Zgięli, ponieważ, okazali się nie do złamania dla Sowietów, nie było mowy, by poszli na współpracę, nie wyparli się Polski, byli wierni przysiędze oficerskiej, byli wierni nauczania Kościoła.

Dlatego właśnie zginęli, że przyznawali się do polskości. Tak jak w Smoleńsku zginęła elita Polski, tak i w Katyniu zamordowana została elita. Ci żołnierze, w wielu przypadkach oficerowie rezerwy, byli w swoich małych miejscowościach lekarzami, aptekarzami, profesorami czy nauczycielami – to była lokalna elita. Myślę, że w tych miasteczkach szczególnie ich zabrakło, może nawet do dziś. Na nasz marsz bardzo często przyjeżdżają potomkowie tych osób.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Milczarska

NaszDziennik.pl