logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Kluczowe słowo: „brak”

Piątek, 26 kwietnia 2013 (02:05)

Ze Zdzisławem Moniuszką, ojcem Justyny Moniuszko, stewardesy, która zginęła na Siewiernym, rozmawia Adam Białous

Pana zdaniem, Rosja przekaże Polsce wrak Tu-154?

– Jestem zdania, że do tego nie dojdzie. Gdyby Rosja przekazała wrak, a właściwie to, co z niego jeszcze zostało Polsce, to podczas jego rekonstrukcji w naszym kraju szybko okazałoby się, iż brakuje połowy części. W kontekście wcześniejszych zapewnień przedstawicieli rosyjskich władz, że wszystkie części zostały znalezione i zabezpieczone, taka informacja, która poszłaby w świat, byłaby dla Rosji kompromitacją. Dlatego uważam, że do przekazania nam wraku nie dojdzie, będzie natomiast prowadzona dalsza gra na zwłokę.

Jak Pan ocenia wniosek Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej, żeby polski prokurator w ramach pomocy prawnej odtwarzał rodzinom ofiar fragmenty nagrań głosów z czarnej skrzynki?

– Kolejne słuchanie tych nagrań to sprawienie rodzinom ofiar katastrofy kolejnych cierpień. To, moim zdaniem, nieludzkie. A dla prowadzonego przez Rosjan śledztwa zupełnie nieprzydatne. Przecież wiadomo już, że te nagrania są prawie nieczytelne. Nawet specjaliści, którzy je skrupulatnie przesłuchiwali, w wielu wypadkach nie mogli przypisać odpowiedniego głosu do osoby. Jakim więc sposobem członkowie rodzin, do tego jeszcze pod presją odnowionego cierpienia i bolesnych emocji, będą mogli zrobić to lepiej?

 

Prokuratura wojskowa zleciła badania próbek pobranych z ciał 21 ofiar katastrofy smoleńskiej na obecność alkoholu. Jest wśród nich Pana córka Justyna?

– Nasza córka jest na tej liście 21 osób. O zamiarze przeprowadzenia badań na zawartość nie tylko alkoholu, ale i narkotyków oraz ustalenie zawartości tlenku węgla we krwi zostaliśmy powiadomieni w specjalnym dokumencie przez prokuraturę wojskową. Jednak zupełnie nie rozumiem, jaki jest cel przeprowadzenia tych badań. A drugie pytanie jest takie: czy przy użyciu próbek pobranych i przesłanych przez Rosjan polskiej prokuraturze możliwe jest uzyskanie rzetelnych wyników tych badań? Mówię o tym, gdyż w dokumentach, które nam przysłano z polskiej prokuratury wojskowej, widnieją personalia 21 osób, których próbki chce się przebadać, a przy każdej osobie znajdują się opisy próbek. Z opisów tych wynika, że niektóre próbki zostały przez Rosjan przypisane do konkretnych osób na tzw. słowo honoru. Dla przykładu, jedna z próbek jest przypisana Justynie w następujący sposób „Kobieta w wieku od 23 do 28 lat”, bez podania żadnych danych personalnych. Wiele próbek w przysłanym nam przez prokuraturę wojskową zawiadomieniu opisanych zostało przez stronę rosyjską szczątkowo. Brakuje tam wielu istotnych informacji, o czym polska prokuratura wojskowa informuje nas, pisząc np. „opis na nakrętce – brak”, „data pobrania próbek –brak”, „brak nalepki”. Gdy przegląda się wykonane przez prokuraturę wojskową opisy próbek innych osób, widać, że najczęstszym słowem, jakie w nich występuje, jest słowo „brak”.

Rosyjski Komitet Śledczy, podobnie jak polska prokuratura, informuje Państwa o prowadzonych czynnościach?

– Tak. Otrzymujemy takie dokumenty od rosyjskiej prokuratury, z polskim tłumaczeniem tekstów. Jednak w tych zawiadomieniach nie ma zawartych żadnych wniosków czy wyników przeprowadzonych badań lub czynności, a jedynie podanie do naszej wiadomości, że takie się odbyły. Gorzej jest z informacjami ze strony rosyjskiej dotyczącymi przysługujących nam w tym śledztwie praw. Nie poinformowano nas, dla przykładu, o fakcie że po trzech latach trwania tego śledztwa powinniśmy złożyć wniosek o utrzymanie naszego statusu osób pokrzywdzonych. Dlatego mało brakowało, a stracilibyśmy ten status i wynikające z niego nasze prawo do brania udziału w tym śledztwie. Dowiedzieliśmy się o konieczności złożenia tego wniosku od osób trzecich i żona zrobiła to dosłownie w ostatniej chwili.

Ze smoleńskiej brzozy wydobyto niedawno około 40 kawałków metalu. Widział Pan tę brzozę ponad rok temu. Czy zauważył Pan, żeby tkwiły w niej jakieś fragmenty metalowych części samolotu?

– Kiedy w kwietniu 2011 r. byłem wraz z grupą innych osób z rodzin ofiar katastrofy na lotnisku w Smoleńsku, mieliśmy przewodnika, który zaprowadził nas m.in. pod tą słynną „pancerną brzozę”. Przewodnik mówił, że w brzozie znajdują się odłamki skrzydła, i wskazywał ręką miejsce na drzewie, gdzie niby miały się one znajdować. Ale ja nie widziałem tam żadnych odłamków. Myślałem, że może inni je widzą. Dlatego pytałem stojące obok mnie osoby, ale one też żadnych odłamków nie widziały. Teraz znów niektóre media podają, że dowodem na to, że Tu-154 uderzył skrzydłem w brzozę, jest pozbawiony kory pień i gałęzie. Iznów wrócę tu do wizyty rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej na lotnisku Siewiernyj w 2011 r., w której uczestniczyłem. Wówczas, co widziałem na własne oczy, brzoza nie miała żadnych ubytków kory. Kora była tak na pniu, jak i na gałęziach. Do tego gałęzie nie były połamane.

Co Pan sądzi o informacjach przekazanych niedawno publicznie przez posła Antoniego Macierewicza na temat istnienia relacji, które mają świadczyć o tym, że katastrofę przeżyły trzy osoby?

– Trudno mi powiedzieć, czy takie relacje istnieją, czy nie, ale faktem jest, iż niebawem po katastrofie były sygnały z Rosji, że jakieś osoby przeżyły. Dotarły one m.in. do naszej rodziny. Przekazał je nam nasz opiekun z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, tłumacząc, dlaczego wiadomość o śmierci Justyny przekazano nam z pewnym opóźnieniem. Mówił, że zaraz po katastrofie do pułku dotarła informacja, iż jedna stewardesa przeżyła. Dlatego o śmierci Justyny rano 10 kwietnia jeszcze nas nie informowali, a przyjechali do nas z tym zawiadomieniem dopiero późnym popołudniem.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Białous

Nasz Dziennik