logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Jedno nazwisko, kilka ciał

Czwartek, 16 maja 2013 (02:00)

Prokuratura wojskowa dysponuje materiałami, z których wynika, że nazwiskiem „Tomasz Merta” podpisano więcej niż jedno ciało.

Magdalena Pietrzak-Merta zapowiada zaskarżenie decyzji prokuratury o umorzeniu postępowania w sprawie kradzieży po katastrofie smoleńskiej złotej obrączki i zegarka męża. Prokuratura Okręgowa w Warszawie, umarzając postępowanie, stwierdziła, że nie można uznać, iż przedmioty zostały skradzione.

Z kolei śledczy, badając okoliczności nadpalenia dowodu osobistego Tomasza Merty, uznali, że w działaniach tych nie doszukano się znamion czynu zabronionego. Odmienne zdanie na ten temat ma wdowa po Tomaszu Mercie, która już zapowiedziała złożenie zażalenia na decyzję prokuratury.

– Myślę, że nie można nie uznać, że te przedmioty zostały skradzione, choć oczywiście w śledztwie nie wskazano żadnego sprawcy. Te przedmioty mają dla mnie szczególny charakter, są niemal relikwiami, zatem fakt, że rezygnuje się z ich poszukiwania, jest dla mnie wielkim bólem. Jestem rozgoryczona taką decyzją prokuratury i będę się od niej odwoływać – mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Magdalena Pietrzak-Merta.

Wdowa ocenia, że gdyby była wola wyjaśnienia tego, co się stało z zaginionymi rzeczami, zapewne udałoby się też je odnaleźć.

– Umorzenie tego postępowania jest dla mnie kolejnym elementem pracy wymiaru sprawiedliwości polegającym np. na zatrudnianiu sędziów na telefon. Po prostu nie chce się szukać prawdy, sprawiedliwości. Mam takie poczucie, że gdyby zechciano znaleźć te przedmioty, to poszukiwania zakończyłyby się sukcesem. Odnoszę wrażenie, że one mogły nigdy nie opuścić Moskwy. Problem w tym, że nikt nie zadał sobie trudu, by to sprawdzić – dodaje.

Umorzenie postępowania dziwi również dlatego, że w sprawie mamy do czynienia ze składaniem fałszywych zeznań, ze złamaniem procedur czy też ze sfałszowaniem dokumentów służbowych MSZ.

– Mam takie poczucie, że całe to wydarzenie, przekazanie rzeczy Tomasza do Polski w sposób tajny, z pominięciem procedur, może mieć przyczynę w tym, że nie wszystkie te rzeczy należały do Tomka i chciano mi uniemożliwić podważenie ich tożsamości – podkreśla Magdalena Pietrzak-Merta.

Jak wyjaśniła, wojskowa prokuratura jest w posiadaniu materiałów, z których wynika, że nazwiskiem „Tomasz Merta” podpisano więcej niż jedno ciało.

– Możliwe zatem, że rzeczy, z którymi mamy do czynienia, bo część z nich odzyskałam w Mińsku Mazowieckim, pochodzą od dwóch różnych osób. Przy czym możliwe jest, że te przedmioty, które mogły pochodzić od tej drugiej osoby, zostały spalone i nie można zakwestionować ich przynależności do mojego męża – dodaje.

Jak oceniła, mogły być to działania, które miały przykryć swego rodzaju „nadobecność ciał” Tomasza Merty w Smoleńsku.

Śledczy umorzyli także postępowanie dotyczące zaginięcia sygnetu Wojciecha Seweryna. Zdecydowano tak, bo uznano, że nie ma żadnych dowodów na znalezienie sygnetu na miejscu katastrofy Tu-154M.

Sąd oceni

– Trudno jest mi komentować sprawę, bo nie znam jeszcze uzasadnienia decyzji prokuratury. Mam jednak nadzieję, że sąd, który oceni decyzję prokuratury, podejmie właściwą decyzję. Były czynności dowodowe, które zamierzaliśmy przeprowadzić. One były ważne z punktu widzenia jasności sytuacji. Z drugiej strony, w moim przekonaniu, doszło do popełnienia przestępstwa – mówi nam mec. Bartosz Kownacki, pełnomocnik wdowy po wiceministrze kultury.

W sprawie miał zostać też złożony kolejny wniosek dowodowy. – W postępowaniu oczywiście składane były wcześniej wnioski dowodowe, ale uważałem, że jest jeszcze pewna materia wymagająca wyjaśnienia. Chciałem doprowadzić np. do konfrontacji pewnych osób. Być może ona nic by nie wykazała, a może okazałoby się, że ktoś składał fałszywe zeznania – dodaje.

Sprawę kradzieży i zniszczenia rzeczy należących do Tomasza Merty ujawnił „Nasz Dziennik”. Śledztwo ruszyło w 2011 r., kiedy okazało się, że dowód osobisty Tomasza Merty wydany rodzinie nosi ślady nadpalenia, podczas gdy z dokumentacji rosyjskiej wynikało, że zachował się on w stanie idealnym. Początkowo sądzono, że to dokumentacja rosyjska zawierała błędy.

Faktycznie do zniszczenia dowodu doszło na terenie Polski, w placówce MSZ. Magdalena Merta nie wiedziała, że rzeczy jej męża były w posiadaniu polskiej dyplomacji.

Rzeczy po tragicznie zmarłym mężu poszukiwała w siedzibie Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim, gdzie trafiły przedmioty należące do ofiar katastrofy. Drogocennych przedmiotów Tomasza Merty – zegarka i obrączki – tam nie było. Ich śladu nie udało się też odnaleźć w trakcie śledztwa w toku poszukiwań na terenie placówki MSZ.

Marcin Austyn

Nasz Dziennik