Z por. rez. Arturem Wosztylem, pilotem rozformowanego 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, rozmawia Marcin Austyn
Według tygodnika „Wprost” gen. Andrzej Błasik, meldując na Okęciu prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu gotowość do lotu, mianował się członkiem załogi. Słyszał Pan o takiej procedurze?
– To niedorzeczność. Przede wszystkim skład załogi wyznaczany jest rozkazem. Ponadto generał był jednym z pasażerów lotu do Smoleńska i towarzyszył prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu, zwierzchnikowi Sił Zbrojnych. To, że generał zameldował gotowość samolotu, może jedynie oznaczać to, że uzgodnił z dowódcą załogi, że jako dowódca Sił Powietrznych przywita prezydenta. I tyle. Takich przypadków nie brakowało w wojsku. Kiedy leciał ze mną jako drugi pilot np. dowódca pułku, to bywało, że prosił mnie jako dowódcę, że to on chce zameldować premierowi gotowość. Dla mnie nie było to żadną przeszkodą. Pamiętajmy, że lot z 10 kwietnia 2010 r. był szczególny i dla gen. Błasika, i dla prezydenta Kaczyńskiego. Dowódca Sił Powietrznych po zasięgnięciu wiedzy u załogi zameldował gotowość do lotu, ale to nie ma nic wspólnego z byciem członkiem załogi.
Generał podobno chciał wpisać sobie lot do Smoleńska jako lot inspektorski, ale dotąd nie znaleziono na to dowodów. Poszukiwania trwają.
– To są loty dodatkowe dla ludzi, którzy pracując w DSP czy jakimś inspektoracie nie mają na co dzień możliwości wykonywania lotów. A dowodów na to, że był to lot inspektorski, nie ma, bo 10 kwietnia 2010 r. taki lot nie mógł być wykonany. To był lot z VIP-em, a zgodnie z obowiązującymi wówczas zasadami, w tego rodzaju lotach nie wykonywało się lotów treningowych, inspektorskich, na podtrzymanie warunków itd., choć oczywiście same warunki się podtrzymywały, bo dawało to już samo lądowanie w konkretnych warunkach atmosferycznych. Mówienie w tym przypadku o locie inspektorskim to bzdura.
To w jakich warunkach odbywały się takie loty inspektorskie?
– Często bywało tak, że osoba wykonująca lot inspektorski była też dysponentem lotu. Taka osoba została odpowiednio wcześniej dopisana do rozkazu. Lot wykonywano zgodnie z przyjętym planem, a ów inspektor nadzorował całą pracę załogi. Wtedy cały nalot znajdujący się w rozkazie automatycznie dopisywany był też inspektorowi. Ale jeszcze raz podkreślę, tego rodzaju lot, kiedy na pokładzie był VIP, był niemożliwy.
Zmienia się nieco narracja, bo teraz tygodnik zakłada, że gen. Błasik mógł powiedzieć „sto metrów” i „nic nie widać”, a zatem sugerował odejście na drugi krąg – oczywiście jako inspektor. Jak Pan to ocenia?
– Z tego, co wiem, to żadna dotychczas wykonana ekspertyza fonoskopijna nie potwierdziła obecności pana generała w kokpicie. Teza komisji ministra Jerzego Millera o obecności gen. Błasika w kokpicie wynikała jedynie z tzw. kontekstu sytuacyjnego. Później badania krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych wskazały, że przypisywane generałowi wypowiedzi należały do załogi. W mojej ocenie, to wskazuje, że przyjęte tezy są obarczone błędem i opierają się na wyimaginowanych dowodach.
Ciekawe jest to, że od presji pośredniej tygodnik gładko przechodzi do sugestii generała o odejściu na drugi krąg.
– To mydlenie oczu i zaciemnianie przekazu na temat katastrofy smoleńskiej. Myślę, że jest świadomość, iż raport Millera zawiera rzeczy, których nie da się obronić. Stąd nowa narracja wskazująca, że komisja tak do końca się nie pomyliła, choć trochę wycofuje się z postawionych tez. To niedopuszczalne, bo pamiętajmy, że pod tym dokumentem, jako zgodnym z prawdą, swoje podpisy złożyli członkowie komisji.
W publikacji przyjęto, że skoro rozpoznano głosy członków załogi, to te niezidentyfikowane należą do osób spoza tego grona.
– Głosy rejestrowane były za pośrednictwem mikrofonów, o działaniu których niewiele wiemy. Można jednak śmiało założyć, że pewne wypowiedzi były mocniej akcentowane, niektóre mniej, że miały różny poziom głośności. Ponadto te mikrofony mogły zbierać wszystkie głosy, a równie dobrze ich działanie mogło być ograniczone. Z pewnością jednak eksperci identyfikujący głosy załogi nie byli w stanie przypisać wszystkich kwestii wypowiedzianych przez pilotów do konkretnego członka załogi. Ktoś mógł coś powiedzieć na wdechu, inaczej zaintonować. Kiedy nie było pewności, kto jest autorem danych słów, pojawiał się zapis „niezidentyfikowany”. Powiem więcej, kiedy lata się w załodze wieloosobowej, niektóre komunikaty nie są artykułowane, ale pokazywane gestem, ruchem ręki (wyrównaj, odchodzimy). Tymczasem wydźwięk raportu Millera i zespołu pana Macieja Laska jest taki, jakby w kokpicie był rejestrator wideo i wszystko, co robiła załoga, było widoczne czarno na białym. A przecież nie mamy tej pewności i tezy znajdujące się w raporcie to w dużej mierze tylko przypuszczenia. Nie wiemy, co dokładnie działo się w kokpicie. Nie mamy pewności, jakie i kiedy decyzje i działania załoga podjęła i czy wszystkie znalazły ślad na rejestratorze głosu. Komisja podała tylko prawdopodobną wersję zdarzeń, która, nie wiedzieć czemu, traktowana jest jako pewnik.
W publikacji pada stwierdzenie anonimowego członka komisji Millera, że ekspertyza fonoskopijna Komitetu Śledczego może być najdokładniejsza, bo Rosjanie najdłużej nad nią pracują. To chyba dość śmiała teza, biorąc pod uwagę dotychczasową skrupulatność Rosjan?
– Zwróćmy tylko uwagę na to, od kiedy Rosjanie są w posiadaniu próbek głosów i kiedy o konsultacje proszone były rodziny. Ponadto mówimy o ekspertyzie, której jeszcze nikt nie widział. Jak można zaocznie oceniać jej wiarygodność? Zarówno MAK, jak i komisja Millera ogłosiły swoje ustalenia. Stwierdzono, że gen. Błasik był w kokpicie, i na potwierdzenie tej tezy wskazano konkretne wypowiedzi przypisane generałowi. Okazuje się, że nie wiadomo, na jakiej podstawie to uczyniono. Przez to jednak zaburzono obraz pracy załogi i zarzucono jej błędy. Za pewnik wzięto również to, że jeżeli czegoś nie ma na nagraniu, to tego nie było. Jak się okazało, tak zgubiono „odchodzimy”. Takie działania są nadużyciem. Teraz padają oceny prac Rosjan, o których nic nie wiemy. Miałem okazję przez chwilę być w MAK podczas prac nad zapisami rozmów z kokpitu Tu-154M i widziałem, jak dokonywano tych odsłuchów. To nie było wyciszone pomieszczenie. Były komputery, słuchawki i okna wychodzące na ulicę. A jeśli KŚFR działa podobnie? Koniec końców wyjdzie na to, że ponownie będziemy mieli do czynienia ze stuprocentową wersją zdarzeń, która okaże się fikcją.

