logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Najwyższy stopień zaniedbania

Środa, 23 października 2013 (02:00)

Opinia, która pozwoli określić mechanizm powstania uszkodzeń brzozy, jest w fazie opracowywania przez Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji – twierdzi prokuratura.

Materiał, który poddawany jest teraz badaniu, ma odpowiedzieć na pytanie, w wyniku jakiego działania mechanicznego powstały ślady znajdujące się na zabezpieczonych kawałkach drewna. I z jakiego materiału wykonane są odłamki w nim tkwiące.

Na przełomie września i października 2012 r. biegli pobrali i zabezpieczyli do badań dwa duże fragmenty, po ok. 160 cm, drzewa – brzozy, w którą miał uderzyć samolot, tracąc fragment lewego skrzydła.

– Z powyższych względów odpowiedź na pytanie, czy na podstawie badań biegłych prokuratura może wykluczyć wariant, że brzoza, o którą miał uderzyć tupolew, została ścięta przed 10 kwietnia 2010 r., może zostać udzielona dopiero po uzyskaniu opinii – tłumaczy prokurator Janusz Wójcik, rzecznik Naczelnego Prokuratora Wojskowego.

Śledczy przypominają jednak, że prokuratura dysponuje zeznaniami naocznych świadków, z których wynika, że brzoza rosła w całości do dnia katastrofy, i dwiema opiniami z analizy teledetekcyjnej zdjęć satelitarnych lotniska oraz terenów przyległych. Żadna z nich nie wskazuje, żeby drzewo zostało ułamane przed wypadkiem.

Niestandardowy standard

Jak mówiła wczoraj na II Konferencji Smoleńskiej mec. Małgorzata Wassermann, standard postępowania w przypadku badania katastrofy komunikacyjnej jest znany i stosowany od wielu lat. Po pierwsze, zabezpiecza się miejsce zdarzenia i dopóki odpowiednie służby go nie udokumentują, nic nie może zostać poruszone.

– Zezwolenie na takie działania są, jeśli ma to służyć prowadzeniu akcji ratunkowej lub stan miejsca wypadku stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia innych osób – dodała.

W pewnym kanonie mieści się postępowanie w przypadku każdej katastrofy, także lotniczej. – Pierwszą kwestią jest zabezpieczenie miejsca katastrofy, kolejną wejście osób wyposażonych w tzw. walizki kryminalistyczne, i tak zaczynamy zbierać ślady – podkreśliła.

Pierwsze są ślady zapachowe, najbardziej ulotne. Potem teren podzielony na sektory jest dokumentowany, mierzony, fotografowany, przy czym dokumentacja ta jest wykonywana w konkretny sposób. Kolejną czynnością jest pobranie próbek z przedmiotów, ciał i dopiero tak zabezpieczony teren pozwala na przejście do kolejnych badań.

Istotną kwestią jest – co podkreślają medycy sądowi – by nie ruszać ciał do czasu udokumentowania ich położenia. Tego rodzaju szczegóły są istotne. Podobnie duże znaczenie ma stan odzieży ofiar. Następnie przyjmuje się wersje kryminalistyczne, które w miarę analiz są eliminowane. Tak wygląda teoria, tymczasem praktyka w przypadku katastrofy smoleńskiej wyglądała inaczej. Odstąpiono od wszystkiego.

– Nie znamy powodów, dla których tak się stało. Odpowiedzi są różne, w zależności od tego, kogo i kiedy zapytamy – począwszy od tłumaczeń, że się nie dało, przez tłumaczenie terenem rosyjskim – oceniła.

Wassermann dokonała też analizy porównawczej dokumentacji medycznej sekcji zwłok swojego ojca ministra Zbigniewa Wassermanna wykonanych przez stronę rosyjską oraz polską. Na upublicznienie szczegółów dotyczących tych materiałów zgodę wyraziła Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie.

Okazało się, że Rosjanie w dokumentacji sekcyjnej jej ojca pominęli kilkadziesiąt charakterystycznych elementów – znaków szczególnych przebytych chorób. Opisali za to pęcherzyk żółciowy, który został wycięty Wassermannowi na długo przed katastrofą. Nie zgadzał się też kolor oczu zmarłego i jego wzrost. Małgorzata Wassermann wskazała też, że zwłoki jej ojca nie zostały umyte ani przed badaniami sekcyjnymi, ani po nich, nie dokonano też zaszyć.

W jej ocenie, zaniechania Rosjan pozwalają sądzić, że sekcja, która miała być przeprowadzona 11 kwietnia 2010 roku na terenie Federacji Rosyjskiej, jeśli w ogóle była zrealizowana, to została wykonana skrajnie niechlujnie. – Materiał przekazany przez Rosjan nie spełnia elementarnych wymogów dokumentacji sekcyjnej w rozumieniu prawa. Należałoby przyjąć, że sekcji nie było – skwitowała Wassermann. Jej zdaniem, w tym kontekście niezbędne było podjęcie decyzji o natychmiastowym wykonaniu sekcji, po przywiezieniu ciał do kraju.

Wassermann uznała też, że działania Rosjan można kwalifikować jako poświadczenie nieprawdy i zaznaczyła, że prokuratura wojskowa pracuje na większej ilości podobnej jakości danych.

W dyskusję włączył się Andrzej Melak, który oświadczył, że podobne nieprawidłowości znalazły się w dokumentacji jego brata. Wynikało z niej, że mężczyzna miał 195 cm wzrostu, gdy w rzeczywistości mierzył 172 centymetry.

Spore emocje wzbudziło wystąpienie Stanisława Zagrodzkiego, który dokonał analizy rozmieszczenia ciał ofiar katastrofy, wskazując, że niektóre z nich – ze śladami nadpalenia – znajdowały się w obszarze wykraczającym poza rejony oficjalnie skatalogowane jako rejon pożaru. W swojej prezentacji Zagrodzki posłużył się zdjęciami miejsca katastrofy, w tym ofiar, opublikowanymi w internecie. Prezentacja wzbudziła protest części uczestników dyskusji, w tym Zuzanny Kurtyki.

Po opadnięciu emocji krytycy wystąpienia Zagrodzkiego uznali, że dla celów naukowych, potrzeby zobrazowania problemu, mógł wykorzystać wrażliwe zdjęcia. Ale powinien swoje wystąpienie poprzedzić ostrzeżeniem o jego szczególnym charakterze.

Jak zauważyła Wassermann, znamienne jest, że w przypadku katastrofy smoleńskiej np. udział osób trzecich został wykluczony tuż po katastrofie.

Takie postępowanie musiało skutkować błędnymi ustaleniami i błędami w oficjalnych raportach z badania katastrofy.

Marcin Austyn

Nasz Dziennik