logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Eugenika poza statystyką

Środa, 23 października 2013 (02:10)

Ministerstwo Zdrowia przyznaje, że nie dysponuje żadnymi danymi na temat chorób, które są ustawową przesłanką do aborcji eugenicznej.

– W ramach statystyki publicznej gromadzone są dane o przerwanych ciążach, natomiast nie są zbierane dane o rozpoznanych chorobach płodu – przyznaje Krzysztof Bąk, rzecznik prasowy resortu zdrowia, odpowiadając na pytanie „Naszego Dziennika”.

Jak wynika z oficjalnego sprawozdania Rady Ministrów z wykonywania oraz o skutkach stosowania w 2011 r. ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego oraz warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, z racji tzw. przesłanki eugenicznej wykonano aż 620 takich „zabiegów” – tyle dzieci zabito legalnie.

W kontekście deklaracji ministerstwa, że nie wie, jakiego rodzaju schorzenia zdecydowały o zabiciu chorych dzieci, nasuwa się pytanie o rzetelność rządowych statystyk.

Zdaniem mec. Piotra Kwietnia, resort nie ma obowiązku normatywnego uzyskiwania szczegółowych analiz na temat poszczególnych wskazań do przeprowadzenia aborcji. Ministerstwo zdaje tylko sprawozdanie z realizacji trzech przesłanek do tzw. legalnej aborcji.

– Wskazanie jest objęte decyzją diagnostyczną lekarza prowadzącego. Przedmiotem analizy mogłaby być prawidłowość tych wskazań. Ale tym powinny zajmować się izby lekarskie – twierdzi prawnik.

Tyle że – co potwierdza Maciej Hamankiewicz, szef Naczelnej Rady Lekarskiej, samorząd lekarski danych na temat przyczyn tzw. legalnych aborcji nie ma. – Nie mamy takich statystyk, bo nie ma takiej sprawozdawczości – przyznaje Hamankiewicz.

W ocenie mec. Pawła Śliwy, zachodzi w tym przypadku pewna niekompatybilność. – Jeżeli w raporcie Rady Ministrów jest wskazana przyczyna, a resort zdrowia nie prowadzi statystyki na temat chorób będących wskazaniem do aborcji, to skąd ta wiedza? – pyta prawnik.

Zgodnie z obowiązującymi obecnie przepisami ustawy z 1993 r. aborcji można dokonać legalnie w sytuacji zaistnienia jednej z określonych przesłanek: gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety, gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego, i gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.

Zdaniem obrońców życia, stan faktyczny jest taki, że w polskich szpitalach zabija się więcej chorych dzieci, niż mówią o tym oficjalne statystyki.

– Informacja Ministerstwa Zdrowia potwierdza nasze obawy. Nikt nie kontroluje tzw. aborcji eugenicznych w Polsce. Jeśli w naszym kraju praktykuje ktoś w rodzaju Kermita Gosnella, amerykańskiego zabójcy dzieci, nie jest poddany żadnej kontroli. Ginekolog-aborter Romuald Dębski, w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”, oskarżył kolegów z branży o fałszowanie dokumentacji medycznej związanej z aborcjami. Nie słyszałem o żadnej reakcji ministra zdrowia na te słowa. Najwyraźniej prawda o aborcji zupełnie go nie interesuje. Pan Arłukowicz ponosi odpowiedzialność, nie tylko moralną, za każde dziecko zabite w polskich szpitalach. Dobrze byłoby, gdyby to sobie uświadomił – komentuje Mariusz Dzierżawski, członek Rady Fundacji PRO – Prawo do Życia.

Dzierżawski nawiązuje do wywiadu pt. „Nie mówię o aborcji. Mówię: Ma pani wybór”. Doktor Dębski ze Szpitala Bielańskiego w Warszawie wspólnie z żoną mówią tam o legalności zabijania chorych dzieci, bezzasadności ich reanimacji, którą nazywają „uporczywą terapią, która nie powinna być rozpoczynana”, ale nadmieniają przy tym także o procedurze fałszowania dokumentacji – zamiast „aborcja” w rubryki szpitalne wpisuje się często „poronienie samoistne”.

Powściągliwość resortu nie dziwi, wystarczy tylko przypomnieć postawę ministra podczas głosowania nad obywatelskim projektem wyłączającym z obowiązującego prawa tzw. przesłankę eugeniczną. Bartosz Arłukowicz nie tylko nie potrafił odpowiedzieć na pytanie o statystykę chorób, które są przesłanką do legalnej aborcji eugenicznej, ale uprawiał swoistą demagogię, oburzając się na słowa, jakie padły wtedy na temat metod zabijania dzieci w polskich szpitalach. O tym, że abortowane żywe dzieci odkłada się do metalowej miski lub na chustę chirurgiczną, gdzie powoli w męczarniach umierają, mówiła Kaja Godek, przedstawiciel wnioskodawców.

– Na jednym wydechu mówi się o godności kobiet i dzieci i zaraz potem mówi się o tym, że powinno być prawo do zabijania dzieci. Kiedy mówię o zabijaniu dzieci, próbuje mi się kneblować usta i narzuca mi się cenzurę. To jest ta wolność i tolerancja dla dzieci niepełnosprawnych, którą mają państwo po lewej stronie sali – mówiła wtedy Godek, na co jedyną reakcją Arłukowicza była sugestia, żeby takie sprawy zgłaszać do prokuratury.

Skierowanie dla położnej

A co z położnymi, które uczestniczą przy dokonywaniu aborcji? Dopytywany o to, jaką pomoc im ze swojej strony zapewnia resort zdrowia, tłumaczy, że uczestniczenie przy aborcji to przede wszystkim jej wybór.

– W sytuacji, kiedy dokonywane jest przerwanie ciąży, położna może samodzielnie podjąć decyzję, czy chce asystować przy zabiegu. Pielęgniarka i położna mogą odmówić wykonania zlecenia lekarskiego oraz wykonania innego świadczenia zdrowotnego niezgodnego z ich sumieniem lub z zakresem posiadanych kwalifikacji, podając przyczynę odmowy na piśmie przełożonemu lub osobie zlecającej – ocenia resort, powołując się na zapisy ustawy z 15 lipca 2011 r. o zawodach pielęgniarki i położnej.

Ponadto – zapewnia MZ – zagadnienia dotyczące radzenia sobie w sytuacjach trudnych w wykonywaniu zadań zawodowych zawarte są w programach kształcenia podyplomowego pielęgniarek i położnych. – Jest to obligatoryjny temat bloku ogólnozawodowego szkoleń specjalizacyjnych i kursów kwalifikacyjnych – informuje ministerstwo.

Zapewnia, że „planowane jest włączenie do nowo opracowywanych programów kształcenia podyplomowego, treści związanych z radzeniem sobie ze stresem wynikającym z pracy zawodowej w wybranych obszarach pielęgniarstwa”. Położne przeżywające traumę z racji asystowania przy zabijaniu dzieci resort odsyła do samorządu zawodowego pielęgniarek i położnych, który organizuje szkolenia w zakresie radzenia sobie w różnych sytuacjach stresowych, i do psychologa.

Gdy teoria styka się z praktyką

Ministerstwo Zdrowia dużo mówi o wyborach, których często położne po prostu nie mają. Wiele z nich godzi się na to z obawy przed utratą pracy, zastrasza się je wypowiedzeniem umowy, obniżeniem pensji. Tak naprawdę niewiele o tym wiemy, bo te osoby po prostu milczą. Najczęściej ze strachu.

– Rzeczywiście w świetle obowiązującego prawa teoretycznie położna może odmówić asystowania przy procedurach, których wykonywanie jest niezgodne z jej systemem wartości. Ale słyszałem o tym, że niektórzy z kierowników oddziałów, gdzie wykonuje się tego typu zabiegi, w sytuacji kiedy położna nie chce przy nich asystować, mówią jej: „To proszę iść sprzedawać marchewkę na targu” – przyznaje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prof. Bogdan Chazan, ginekolog-położnik, dyrektor Szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie.

– Z rozmów z byłymi pracownicami szpitali wiem, że położne boją się mówić innym osobom o traumie asysty przy aborcjach. Boją się również skarżyć na przełożonych, którzy wymuszają na nich konkretne zachowania. Te kobiety często są jedynymi żywicielami rodziny, boją się mówić o tym, co dzieje się przy aborcjach, żeby nie stracić pracy – dodaje Maria Bienkiewicz, obrońca życia.

– A propos pomocy psychologicznej, najczęściej jej nie ma. Żaden psycholog nie pomoże ukoić bólu kogoś, kto był świadkiem zabójstwa dziecka! Zresztą, można by zapytać o sens takiej rozmowy w sytuacji, gdy położna jest potem znowu zmuszana do uczestniczenia przy aborcjach – mówi Bienkiewicz.

Zawsze można byłoby zapytać, czy położna musi pracować na takim oddziale. – Oczywiście może tam nie pracować, ale jeśli już pracuje, to powinna mieć możliwość skorzystania z klauzuli sumienia czy też możliwość zmiany oddziału na inny – zaznacza prof. Chazan. I dodaje, że słyszał o historii kobiet, które rezygnowały z zawodu, bo nie mogły znieść koszmaru asysty przy aborcjach i późniejszego traktowania ciał dzieci; bywa, że są wyrzucane jako szpitalne odpady i kremowane w szpitalnych kotłowniach.

Anna Ambroziak

Nasz Dziennik