logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Szczurek zamiast Rostowskiego

Czwartek, 21 listopada 2013 (02:00)

Premier dokonał zmian w siedmiu resortach. W Radzie Ministrów nie zobaczymy już wicepremiera, ministra finansów Jacka Rostowskiego.

 

Na swojego zastępcę Donald Tusk awansował minister rozwoju regionalnego Elżbietę Bieńkowską. Gorzej było ze znalezieniem kandydata, który zechciałby, po dymisjonowanym Rostowskim, przejąć odpowiedzialność za finanse państwa.

Po raz pierwszy w nowym składzie rząd Donalda Tuska ma się zebrać 4 grudnia. 27 listopada nowi ministrowie zostaną zaprzysiężeni, poza dwojgiem obecnych europosłów, których nominacja nastąpi 3 grudnia.

Z rządem żegnają się: wicepremier, minister finansów Jacek Rostowski, minister administracji i cyfryzacji Michał Boni, minister nauki i szkolnictwa wyższego Barbara Kudrycka, minister środowiska Marcin Korolec – dymisjonowany w trakcie trwającego w naszym kraju światowego szczytu klimatycznego, minister sportu Joanna Mucha, minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas oraz – co już nastąpiło w ubiegłym tygodniu – minister transportu Sławomir Nowak.

W miejsce dymisjonowanych w skład Rady Ministrów wejdą: poseł PO Andrzej Biernat, który pokieruje ministerstwem sportu, dotychczasowy wiceminister finansów i rzecznik dyscypliny finansów publicznych Maciej Grabowski, który zostanie ministrem środowiska, poseł Platformy Joanna Kluzik-Rostkowska, która pokieruje resortem edukacji, Mateusz Szczurek, który zasiądzie w fotelu ministra finansów. Rząd uzupełnią europosłowie Platformy: Rafał Trzaskowski – jako minister administracji i cyfryzacji – oraz Lena Kolarska-Bobińska – minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Ludzie z łapanki

Rozpoczynając kompletowanie, przed blisko dwoma laty, obecnego gabinetu, premier zdawał się co najmniej średnio kierować kompetencjami nominatów. Rekomendacją dla Jarosława Gowina na stanowisko ministra sprawiedliwości była „pozytywna szajba”, a np. za Joanną Muchą w resorcie sportu miały przemawiać jej zdolności organizacyjne. Przy rozdzielaniu stanowisk według takiego klucza równie dobrze jak Mucha mogłaby zostać ministrem transportu, tak Sławomir Nowak – spec Platformy od propagandy – mógł być ministrem od sportu, a nie transportu.

Nie inaczej wyglądał najnowszy nabór. Z tą wszak różnicą, że choć rekonstrukcję gabinetu premier zapowiadał od miesięcy, to trudno było mu znaleźć chętnych, gotowych wskoczyć na tonący okręt. Być może z wyjątkiem Andrzeja Biernata pozostającego w gotowości, by uwolnić partyjną koleżankę Joannę Muchę od przykrego dla niej w skutkach kierowania resortem sportu.

– Będziemy budowali zespół bardzo energetyczny, ponieważ potrzebujemy bardzo ostrego tempa. (…) Związane to jest z dwoma wielkimi potrzebami po okresie niepewności w Polsce i Europie –potrzebą mocnego przyspieszenia, jeśli chodzi o wzrost, i energetycznego działania, jeśli chodzi o zagospodarowanie środków europejskich – mówił wczoraj Tusk.

By uzupełnić rząd, sięgnął po dwoje europosłów Platformy, dając przy tym sygnał, że dla nowych ministrów: Rafała Trzaskowskiego i Leny Kolarskiej-Bobińskiej nie ma miejsca na listach Platformy w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Ministrem środowiska zrobił dotychczasowego rzecznika dyscypliny finansów publicznych, a ministrem edukacji Joannę Kluzik-Rostkowską, której kompetencji do kierowania pracą MEN jej byli koledzy z PiS próbowali się doszukać w fakcie posiadania przez nią dzieci w wieku szkolnym.

Bez „najlepszego” ministra

Jeśli Tusk nie chciał w ramach rekonstrukcji zrestrukturyzować zatrudnienia samego siebie na stanowisku premiera, to – by spróbować przekonać Polaków, podchodzących z coraz mniejszym zaufaniem do obecnej ekipy rządzącej – nie mógł poprzestać na zdymisjonowaniu anonimowych dla większości obywateli ministrów i nominowaniu równie anonimowych następców.

Z rządu musiał się pozbyć drugiej najważniejszej twarzy swojej ekipy – wicepremiera Jacka Rostowskiego. Choć Rostowski był za granicą wybierany na „najlepszego ministra finansów w Unii Europejskiej”, to razem z Donaldem Tuskiem przez 6 lat doprowadzili do niemającego precedensu wzrostu zadłużenia. Jakby tego było mało, każdego kolejnego roku rząd, by znaleźć pokrycie wydatków, przeprowadzał, czasami spektakularne – jak np. podwyżka stawek podatku VAT – podwyżki podatków bądź składek, a w tym roku postanowił sięgnąć po środki odkładane przez Polaków na emeryturę.

Nic dziwnego, że w tej sytuacji żaden doświadczony ekonomista nie miał ochoty przejąć pałeczki od Rostowskiego i rządzić zbankrutowanymi finansami publicznymi. Stanowisko w resorcie finansów nie mogło jednak pozostać nieobsadzone.

W tej sytuacji wybór padł na 38-letniego Mateusza Szczurka pracującego dotychczas na rynku finansowym, w komercyjnych instytucjach, ostatnio głównego ekonomisty ING Group na Europę Środkową i Wschodnią, dla którego z racji stosunkowo młodego wieku stanowisko ministra finansów może być niezwykłym wyróżnieniem i cennym doświadczeniem przed powrotem do pracy w komercyjnych instytucjach. Sam – jako osoba do tej pory nieuwikłana w spory ekonomistów dotyczące polityki – niewiele ryzykuje. Trudno bowiem byłoby winić nowego ministra finansów za dokonania ekipy PO – PSL, która doprowadziła Polskę na skraj bankructwa.

Dla przeciętnego obserwatora wydarzeń w naszym kraju Mateusz Szczurek mógł być co najwyżej znany jako często występujący w mediach komentator wydarzeń na rynku finansowym. Przy okazji tegorocznej nowelizacji ustawy bud- żetowej Szczurek przekonywał m.in., iż rząd nie powinien szukać pieniędzy w kieszeniach podatników, a raczej pożyczać je na rynku, gdyż podnoszenie podatku – dochodowego bądź podatku VAT –skutkowałoby jeszcze większym ograniczeniem wydatków obywateli, hamując gospodarkę.

We wrześniu oświadczył z kolei, odnosząc się do planowanej przez rząd reformy systemu emerytalnego, iż – przynajmniej na początku – pozostałby członkiem OFE. Stwierdził także, że „emerytury w stosunku do dochodów przeciętnych będą w systemie emerytalnym mniejsze niż to, do czego emeryci są przyzwyczajeni dziś”. – Z punktu widzenia finansów publicznych to jest rozsądne i stabilizujące, z punktu widzenia nas, będzie to bolesne –mówił Szczurek. Tusk ogłosił jednak wczoraj, że nowy minister „co do strategii makroekonomicznej” ma taki sam pogląd jak minister ustępujący i jak sam premier.

Kandydat na nowego ministra finansów stwierdził wczoraj, że jego celem będzie „zapewnienie skoku rozwojowego polskiej gospodarce”. Zaznaczył również, że polscy przedsiębiorcy powinni móc swój potencjał i energię kierować na prawdziwe innowacje, a nie np. na omijanie podatków.

Premier nie znalazł natomiast kandydata na następcę ministra transportu Sławomira Nowaka, zdymisjonowanego po decyzji prokuratury o wystąpieniu o uchylenie Nowakowi immunitetu poselskiego. Jego kompetencje przejmie w ramach nowego resortu rozwoju regionalnego, transportu, budownictwa i gospodarki morskiej dotychczasowa minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska. Tusk przekonywał jednak, że myśl o połączeniu rozwoju regionalnego z transportem „dojrzewała od kilku miesięcy”.

Dodatkowo Bieńkowska została awansowana na stanowisko wicepremiera. Połączenie resortu rozwoju regionalnego oraz ministerstwa transportu premier starał się uzasadniać faktem, iż „w jedne ręce” chciał złożyć kwestie związane z wydatkowaniem unijnych pieniędzy, których gros przeznaczane jest na infrastrukturę. Nie wspomniał jednak, czy z analogicznego powodu Bieńkowska zostanie wkrótce również ministrem rolnictwa.

Artur Kowalski

Nasz Dziennik