Z Agatą Rejman, położną ze Specjalistycznego Szpitala Pro-Familia w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Dlaczego postanowiła Pani poinformować opinię publiczną o przypadkach zabijania dzieci poczętych dokonywanych w szpitalu „Pro Familia” w Rzeszowie?
– Przede wszystkim skłonił mnie do tego mój stan psychiczny po trzech takich procedurach, w których uczestniczyłam. Skłoniło mnie do tego również moje załamanie nerwowe, świadomość, że aborcja to nie jest zwykły zabieg, ale zabijanie dzieci. To bulwersujące, że w cywilizowanym kraju, gdzie tyle mówi się o krzywdzie ludzkiej, rozczulając się nad losem człowieka, bagatelizuje się problem życia, że jest takie okrutne prawo, które pozwala na zabijanie dzieci w łonach matek.
Chciałabym, żeby polskie społeczeństwo wreszcie zrozumiało, że zabijanie nienarodzonych dzieci to nie jest wyciśnięcie pryszcza. Naprawdę nie! Zabijanie to zabijanie. Tak robił Hitler, ale wówczas świat sprzeciwiał się i walczył z tym złem. Nie wiem, dlaczego dzisiaj mamy przechodzić obojętnie nad mordem nienarodzonych dzieci. Chciałabym, żeby polskie państwo zadbało o matki, które urodzą chore dzieci, żeby nie zostawiało ich samych. Potrzebne są ośrodki pomocy i wsparcie finansowe. Chciałabym, żeby państwo polskie nie zapominało o tych wszystkich matkach, które borykają się z codziennością, żeby było dla nich wsparciem, a nie katem. Najłatwiej usunąć to, co jest niewygodne, nic nie dając z siebie. Niech państwo stanie na wysokości zadania i pomoże. Niech posłowie nie debatują nad bzdurnymi tematami, stanowiąc nieżyciowe przepisy, niech wreszcie przestaną się kłócić i zabiorą się do sensownej pracy. Niech coś wreszcie zrobią dla rodziny, dla dzieci. Niech nasze dzieci, nieważne zdrowe czy chore, nie wychowują się w państwie, gdzie w majestacie prawa można zabijać. Jeżeli nie zastopujemy tej panoszącej się cywilizacji śmierci i liberalizmu, to za chwilę będziemy mieć eutanazję, genderyzm… Pytanie, co w tej sytuacji zrobić z tymi dziećmi, żeby je ratować. Chyba najlepiej gdzieś wyjechać, bo w takim państwie nie można normalnie żyć.
Co czuje człowiek uczestniczący w procederze aborcji?
– Mogę mówić tylko za siebie, choć wiem, że również moje koleżanki, które podpisały się pod oświadczeniem do dyrekcji szpitala, że nie będą uczestniczyły w tego typu zabiegach, mają podobne odczucia. Czułam się z tym bardzo źle, czułam się jak ktoś, kto odbiera bądź uczestniczy w odbieraniu życia drugiemu, bezbronnemu człowiekowi. Zadawałam sobie pytanie, jakim prawem ja to robię, dlaczego, skoro nikt mnie do tego nie upoważnił. Przecież to nie ja dałam temu dziecku życie, dlaczego więc to robię. Temu natłokowi myśli, bezsennym nocom towarzyszyła złość, nienawiść wobec systemu, który sankcjonuje takie prawo, ale także złość wobec tych, którzy takie złe prawo uchwalili i nie podejmują wystarczająco skutecznych działań, żeby je zmienić.
Jak teraz Pani sobie z tymi wszystkimi emocjami radzi?
– Jestem wewnętrznie i emocjonalnie rozbita. Obecnie przebywam na zwolnieniu lekarskim. Dobrze, że mam wsparcie rodziny: męża, dzieci, rodziców i rodzeństwa. Wszyscy są ze mną. Mam sygnały wsparcia także ze strony moich znajomych, również koleżanek pielęgniarek, które są ze mną i które mi dziękują za postawę, bo czują podobnie jak ja. Takie odczucia mogą towarzyszyć tylko kobiecie, która sama urodziła dziecko i która za chwilę ma wziąć udział w aborcji.
Sumienia nie da się zagłuszyć, owszem można je próbować stłumić, ale ono prędzej czy później i tak się odezwie z jeszcze większą siłą. Byłam po poradę u księdza, a także u innych osób. Takie rozmowy są człowiekowi bardzo potrzebne. Jestem pewna, że nigdy więcej, choćby nawet groziły mi konsekwencje zawodowe, nie wezmę udziału w aborcji. Mam nadzieję, że moja decyzja nie będzie miała żadnych konsekwencji w pracy.
A zatem nie obawia się Pani utraty pracy…?
– Nie, nie obawiam się. Przecież nie zrobiłam nic złego. Mam nadzieję, że nasza dyrekcja okaże się wyrozumiała, zresztą wczoraj dyrektor medyczny szpitala Pro-Familia Janusz Kidacki stwierdził, że będzie respektował klauzulę sumienia, która nas broni. Jestem mu wdzięczna za takie podejście. Przypomnę tylko, że zgodnie z ustawą o zawodach pielęgniarki i położnej z 5 lipca 1996 r., w myśl art. 23 tejże ustawy pielęgniarka/położna może powstrzymać się od wykonania świadczenia zdrowotnego niezgodnego z jej sumieniem. Takie jest nasze prawo i nie zamierzamy z niego rezygnować.
Czy zna Pani matkę, która mimo wskazań medycznych zdecydowała się urodzić dziecko?
– Tak, znam. Jedna z moich koleżanek w trakcie ciąży dowiedziała się, że jej dziecko ma poważną, nieuleczalną wadę serca. Zaproponowano jej aborcję, ale się nie zgodziła. Urodziła, ale nie zabiła. Osobiście odwiedzałam to dzieciątko, które wkrótce zmarło. Zresztą wszystkie bardzo to przeżyłyśmy. Choć matka tego dziecka wiedziała, jak się to może skończyć, stanęła na wysokości zadania, urodziła, czuła swoje dziecko, tuliła je do siebie i pożegnała je, gdy odeszło. Znam również matkę, która była w ciąży z drugim dzieckiem i badania prenatalne wykazały, że dziecko ma zespół Downa. Proponowano jej zabieg aborcji, ale się nie zgodziła. W efekcie urodziła piękną, zdrową dziewczynkę. Okazuje się, że badania prenatalne też nie mogą być wyroczną.
Zwolennicy aborcji bagatelizują problem zabijania dzieci w łonie matki, nikt jednak nie myśli o traumie położnych…
– To prawda. Życia nie można traktować instrumentalnie. Jeszcze raz powtórzę, że gdyby nie wsparcie męża, który wskazał mi drogę, mówiąc mi, żeby coś z tym zrobić, bo na dłuższą metę tak nie da się żyć, byłoby mi bardzo trudno nieść ten ciężar. Mąż był głównym motorem wszystkich moich działań, za co jestem mu bardzo wdzięczna.
Trauma z pewnością towarzyszy również kobietom, matkom, które dokonały zabiegu aborcji. Myślę, że również starszym dzieciom, które rozumieją ten problem, trudno mieć pełne zaufanie do matki, która dopuściła się aborcji. Nie wiem również, czy z takim bagażem w związku małżeńskim da się normalnie żyć.
Wspomniała Pani, że nie jest jedyną położną w szpitalu Pro-Familia, która sprzeciwiła się asystowaniu podczas wykonywania zabiegów aborcji…
– Z tego, co wiem, większość pielęgniarek jest temu przeciwna. Nie wystarczy jednak odmówić na słowo, ale wszystko musi się odbywać zgodnie z pewnymi procedurami. Dlatego podpisałyśmy oświadczenie skierowane do dyrekcji, w którym informujemy o naszej decyzji. Mam nadzieję, że dyrekcja przyjmie naszą argumentację i odniesie się pozytywnie do naszego wniosku.
Dziękuję za rozmowę.

