Kiedyś nowy ład ideologiczny pomagali wprowadzać polskim komunistom spadochroniarze z Moskwy. Czasy się zmieniły, ale struktury ideologiczne nowej lewicy mają się nie najgorzej.
Kiedy polskim aktywistkom feministycznym nie dopisało na froncie rewolucyjnym, skończyły się pomysły, one same zaczęły wybierać się na Kubę, kolejne inicjatywy zostały skompromitowane z powodu samych zainteresowanych feminoekspertek, które publicznie wypowiadały takie nonsensy, że aż robiło się niewesoło. Znajdujące się naraz w głębokiej defensywie kongresmenki kobiece poprosiły o posiłki z zagranicy.
Najpierw w sukurs przybyła aktywistka feministyczna Barbara Limanowska. Na łamach „Gazety Wyborczej” zdemaskowała główne założenia nadchodzącej rewolucji i zamilkła. (Między innymi tu komentowałem jej niedorzeczności http://naszdziennik.pl/mysl/65741.html). Limanowska przy całym swoim wysiłku intelektualnym nie pomogła zanadto lewicowym propagandzistkom w zwalczaniu przeciwników ideologii gender. Przybyła aż z Wilna, wypowiedziała się i zniknęła. „Gazeta Wyborcza” musiała zatem sięgnąć po kolejną obrończynię patologii w prowadzeniu potyczek na froncie feministycznych nonsensów.
Trzeba przyznać, że redakcja z Czerskiej zdaje się popadać w fanatyczny obłęd, gorączkowo poszukując coraz to lepszych kandydatek do walki z polskim katolicyzmem. Wyszukiwała, wyszukiwała, aż wyszukała.
Tym razem sięgnęła za ocean. W obrończynię genderyzmu wcieliła się popularna aktorka amerykańska Meryl Streep. Dziennikarka prowadząca wywiad nazwała aktorkę „ikoną ruchu gender”, na co Meryl Streep odpowiedziała, że jest z tego powodu bardzo dumna. Dziennikarka stwierdziła zatem, że „w Polsce trwa obecnie krucjata przeciw gender – prowadzona przez Kościół katolicki i środowiska prawicowe. Powstał nawet zespół parlamentarny Stop ideologii gender’’.
Zdziwiona Streep mówi: – Nie gadaj? Myślałam, że po latach komunizmu dogoniliście już Zachód w sensie społeczno-kulturowym.
Odpowiedź: – Chyba nie bardzo.
Streep powiedziała też, że krucjata przeciwko gender skazana jest na porażkę i snuła utopijne rozważania o czekającej nas rewolucji, nazywając wrogów gender talibami. Oczywiście mężczyzn, bo to oni są głównymi sprawcami tych barbarzyńskich aktów agresji.
„Przeszłość umiera w bólach, a stary porządek nie chce się poddać bez walki. Rozumiem to, ale z radością zawiadamiam was, że reprezentujecie przegraną sprawę. Równość jest wielkim marzeniem i przyszłością tego świata. Jesteśmy różni – kobiety i mężczyźni, heterycy i geje, czarni i biali – ale wszyscy powinniśmy mieć równe szanse wyrażania siebie i bycia sobą. Równe szanse w pracy, miłości i swojej własnej drodze do szczęścia. Panowie, tracicie władzę, a wasze stare zasady odchodzą w niebyt. Goodbye!”. Rozbawiło mnie to. Z pani Streep wyszła cała szowinistyczna arogancja Amerykanów, jak gdyby wszystko, co oni wymyślą lub eksportują, miało dosłownie ciężar jakościowy odkrycia Ameryki, i kto nie przyjmie ich nihilistycznych i dekadenckich nowinek, jest zacofanym troglodytą.
Ponadto, nie chcąc zanadto wnikać w poglądy aktorki, nie uważam, aby osoba wyrosła w cieniu złotego cielca, jakim jest zdeprawowany Hollywood, miała prawo pouczać nas, co jest moralne, co dla nas dobre, co wartościowe, a co zacofane. Zdecydowanie wolę wsłuchiwać się w nauczanie Kościoła niż w pseudomądrości hollywoodzkich ekspertów.
Natomiast zabawniejsze jest to, że „Gazeta Wyborcza” nie wiem, czy świadomie, czy nieświadomie, pogubiła się gdzieś w galaktyce absurdu. Wydawało się jej, że polskim masom, od dekad miażdżonych jej ideologicznym zacięciem, lewackie i ateistyczne bajdurzenia się spodobają, zostaną przyjęte i zaakceptowane. Na szczęście Polacy dobrze wiedzą, że znany, popularny, nawet wybitny aktor niekoniecznie jest autorytetem na polu naukowym, intelektualnym czy moralnym. Stąd między innymi tyle klap wydawniczych niespełnionych literacko artystów i celebrytek chwytających za pióro.
I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Determinacja w obronie ideologii gender przez postmodernistyczną lewicę wyraża niebywałą niekonsekwencję.
Niby to lewaccy ideolodzy krytykują Kościół, biskupów, księży, polityków, aktywistów, rodziców, którzy dostrzegają zagrożenie w genderyzmie, zaś popularni lewicowi publicyści i ich portale szczują na Kościół anonimowych i sfrustrowanych internautów, udostępniając im swoje fora i blogi, gdy w nagłówkach swoich artykułów wskazują, że owego zjawiska (ideologii gender) w ogóle przecież nie ma, że Kościół tego wroga sobie sam wymyślił, a potem z zaciśniętymi, rozpalonymi policzkami bronią zaciekle gender, wskazując jako wzór amerykańską aktorkę, ikonę ruchu gender, i ogłaszają, jaki ten ruch jest wspaniały, jaki nowoczesny, niegroźny, tolerancyjny, ożywczy, oświecony.
Zaraz, zaraz, czy ten genderyzm właściwie istnieje, czy nie? Bo można się pogubić w tym postmodernistycznym dyskursie.
I w tym właśnie rzecz, bo o to chodzi, żebyśmy się pogubili. Ta postawa jest promocją intelektualnego relatywizmu, służącego do dezinformowania opinii publicznej, manipulowania nią, kierowania na bezdroża wiedzy i moralności.
Jestem ciekaw, kto następny zostanie zwerbowany do obrony ideologii gender jako ekspert „Gazety Wyborczej”.

