logo
logo

Zdjęcie: A.Kulesza/ Nasz Dziennik

Śmigłowce, rakiety czy gaz

Środa, 12 marca 2014 (02:00)

Prezydent zaapelował „do wszystkich sił politycznych” o zgodę na kontynuowanie „niezbędnego programu” modernizacji polskich Sił Zbrojnych. Kto stoi na przeszkodzie? Rząd i on sam.

Biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich miesięcy, związane choćby z rządową nowelizacją ubiegłorocznego budżetu, prezydent zdawał się apelować do rządu Donalda Tuska, który zdecydował o znacznym ograniczeniu wydatków na obronność. I do samego siebie jako osoby, która tę nowelę podpisała.

W kontekście wydarzeń na Krymie i zbrojnej agresji Rosji na Ukrainę rządzący politycy powtarzają, że powinniśmy unowocześniać armię. W przeddzień rocznicy wstąpienia Polski do NATO prezydent Bronisław Komorowski, występując w Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku, gdzie stacjonują nasze F-16, podkreślał, że modernizacja armii, przy współpracy z Amerykanami, ciągle nie jest zakończona.

Zapowiedział przy tym konieczność podjęcia kolejnych programów modernizacyjnych: programu śmigłowcowego, programu modernizacji Marynarki Wojennej, programu samolotów bezzałogowych, czy realizację koncepcji budowy polskiej tarczy antyrakietowej i przeciwlotniczej.

– Jestem przekonany, że podsumowanie dorobku Polski w ramach 15-lecia w Sojuszu Północnoatlantyckim będzie zachętą do podtrzymania dotychczasowego kursu na nowoczesność polskich Sił Zbrojnych i będzie podtrzymaniem woli państwa polskiego utrzymania najważniejszego, najsilniejszego fundamentu modernizacji, jakim jest ustawa z 2001 roku łącząca poziom finansowania obronności na poziomie 1,95 proc. PKB ze wzrostem gospodarczym – mówił prezydent.

I zwrócił się do innych polityków z apelem o zgodę w obszarze modernizacji armii. O modernizacji dosyć często mówi w ostatnich dniach również premier. Donald Tusk razem z szefem MON epatują liczbami, wskazującymi, że jesteśmy liderami w Europie, jeśli chodzi o wzrost wydatków na wojsko. Kto w takim razie może stać na przeszkodzie kontynuacji tej modernizacji?

Kto obciął budżet MON?

Zmusza do tego przede wszystkim próba zepchnięcia podejrzeń o działanie na rzecz obniżenia bezpieczeństwa kraju na innych. Apel Bronisław Komorowski powinien w pierwszym rzędzie skierować do swoich niedawnych kolegów z Platformy. Ale i do samego siebie.

Nie tak dawno, bo zaledwie 7miesięcy temu, rząd, zatwierdzając projekt noweli budżetu na poprzedni rok, zdecydował, że w największym stopniu – o ok. 3,3 mld zł do 28mld zł – obcięte zostaną właśnie wydatki ministra obrony narodowej. Choć starano się przekonywać, że wydatki na modernizację armii nie powinny ucierpieć, to nie jest jednak tajemnicą, że w oczekiwaniu na nowelizację budżetu tak przedłużano procedury przetargowe, by w 2013r. nie wydać „za dużo” pieniędzy.

Warto teraz przypomnieć, że gdy pod koniec sierpnia nad nowelizacją budżetu MON pracowała sejmowa Komisja Obrony Narodowej, rządzącej koalicji PO – PSL nie udało się uzyskać pozytywnej opinii w sprawie nowelizacji budżetu w części dotyczącej wydatków obronnych. W głosowaniu był remis. Sprawa zawieszenia na 2013 r. zapisu o limicie wydatków na obronność odpowiadających kwocie co najmniej 1,95 proc. PKB była nawet jednym z głównych powodów wniesienia przez opozycję wniosku o odrzucenie rządowej nowelizacji ustawy budżetowej.

I choć ze strony Pałacu Prezydenckiego można było usłyszeć w mediach niezadowolenie z ograniczenia wydatków MON, to jednak sprawa skończyła się podpisaniem przez prezydenta noweli budżetu skwitowanym komunikatem: „Jako zwierzchnik Sił Zbrojnych, Prezydent RP ze zrozumieniem przyjął konieczność tegorocznych oszczędności, również w strategicznym obszarze, jakim jest modernizacja armii. Prezydent jest przekonany, że tegoroczne cięcia w budżecie wojska będą decyzją jednorazową, ograniczoną wyłącznie do tego roku”.

Na nie gorszego od Bronisława Komorowskiego stara się pozować teraz premier Donald Tusk, pokazując się jako twardy gracz na arenie międzynarodowej, dbający o interesy kraju. To ten sam Tusk, który jeszcze niedawno wskazywał prezydenta Rosji Władimira Putina jako „naszego człowieka w Moskwie”, dziś nawet gani kanclerz Niemiec Angelę Merkel za niekorzystne, zarówno dla bezpieczeństwa Polski, jak i Europy, uzależnienie Niemiec od rosyjskiego gazu, chociaż sam niewiele, jeśli cokolwiek, zrobił, by zabezpieczyć nasze interesy, gdy Rosja do spółki z Niemcami przegradzała Bałtyk Gazociągiem Północnym.

Dziś, gdy propaganda każe wejść premierowi w buty męża stanu, możemy usłyszeć od Donalda Tuska, jak wielkie znaczenie ma nie tylko stan armii, ale i niezależność od dostaw gazu z jednego źródła. W tym kontekście jak najgorzej o działaniach rządu świadczy to, co dzieje się w sprawie budowy gazoportu w Świnoujściu. W trakcie budowy terminalu, dzięki któremu będziemy w stanie odbierać gaz skroplony, i to z innego kierunku niż rosyjski, a więc inwestycji strategicznej z punktu widzenia bezpieczeństwa kraju, mieliśmy do czynienia m.in. z bankructwem jednego z wykonawców, a nawet strajkiem pracowników budujących terminal, którym nie wypłacano wynagrodzenia za pracę.

W efekcie różnych perturbacji przy budowie strategicznej dla kraju inwestycji oddanie gazoportu do użytku może się przeciągnąć, a my dodatkowo możemy zapłacić za to, że nie będziemy w stanie odebrać zakontraktowanego już z Kataru gazu. O „jak najszybsze” zakończenie budowy gazoportu apelował wczoraj prezes PiS Jarosław Kaczyński. Premier Tusk jak najbardziej realne opóźnienia przy budowie terminalu LNG zdawał się wczoraj bagatelizować. Wyjaśniał, że najważniejsze, iż ten terminal będzie istniał, a na razie dostawy gazu do Polski przebiegają bez zakłóceń, więc gazu z Kataru nie potrzebujemy. Poinformował przy tym, że od ministra Skarbu Państwa uzyskał zapewnienia, iż ten użyje dostępnych środków, aby uruchomienie terminalu LNG do końca roku „było realne”.

Artur Kowalski

Nasz Dziennik