logo
logo
 

Marcin Austyn

Sekretne wzburzenie „przyjaciela” gen. Błasika

Poniedziałek, 7 kwietnia 2014 (02:03)

Pułkownik Mirosław Grochowski, szef Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów, a w polskiej komisji badającej katastrofę smoleńską zastępca przewodniczącego Jerzego Millera, stwierdził w wywiadzie opublikowanym wczoraj przez Polską Agencję Prasową, że nie wie, kto z komisji na nagraniach z czarnej skrzynki Tu-154M „rozpoznał” głos gen. Andrzeja Błasika.

Pułkownik nie wie, bo jak wytłumaczył, nie był przy tym obecny. Trzeba przyznać, że to dość kompromitujące wyznanie jak na osobę numer dwa w komisji Millera. Pół biedy, gdyby głos zidentyfikował jakiś tam cywil, którego pułkownik może by nawet nie znał. Ale nie, tu główne role odegrali wojskowi. Przypomnę, że w październiku 2012 roku „Nasz Dziennik” ujawnił tropy, jakie w tej sprawie podjęła wojskowa prokuratura. Wynikało z nich, że istotną rolę w procesie identyfikacji głosu gen. Błasika odegrał płk rez. Wiesław Kędzierski, który przyleciał do Moskwy 27 kwietnia 2010 roku. Nad nagraniami pracował zaś zespół złożony z dwóch członków komisji Millera: ppłk. rez. Waldemara Targalskiego, ppłk. Sławomira Michalaka, a także prokuratora wojskowego płk. Zbigniewa Rzepy.

I wszelkie ślady wskazywały na Kędzierskiego, który miał porównywać brzmienie głosu gen. Błasika na nagraniu dostarczonym przez Dowództwo Sił Powietrznych z nagraniem czarnej skrzynki. Tymczasem okazuje się, że pan pułkownik o tym nic nie wie. A może wiedzieć nie chce? Albo wykręca się od ujawnienia faktów? Odpowiedź nasuwa się sama, bo członkowie komisji niejednokrotnie pytani o tę kwestię zarzekali się, że kolegów nie wydadzą. „Ja osobiście nie rozpoznałem głosu gen. Błasika. Natomiast on został rozpoznany” – mówił „Naszemu Dziennikowi” Targalski w styczniu 2012 roku. Zapytany, kto miał tego dokonać, zastrzegł, że tego ujawnić nie może.

Pułkownik Grochowski obecnie wpisał się właśnie w ten ton narracji, ale obrał znacznie bezpieczniejszą linię obrony – okopy niewiedzy. Bo mało prawdopodobne jest, by „numer dwa” nie miał pojęcia, po co płk Kędzierski jeździł do Rosji aż 11 razy i co przywoził z wizyt w Moskwie. Grochowski postanowił brnąć na całego. Uznał, że komisja w żaden sposób nie nadszarpnęła dobrego imienia gen. Błasika, a na to, że MAK nie uwzględnił polskich uwag do rosyjskiego raportu, choćby tych dotyczących braku dowodów na obecność alkoholu we krwi generała, komisja wpływu już nie miała. „Oczywiście tak samo jak w każdym obywatelu Polski, tym bardziej w żołnierzu, wzburzyła się we mnie krew, gdy usłyszałem, w jaki sposób MAK potraktował polskiego generała.

Znałem gen. Błasika dość dobrze” – rozwodził się płk Grochowski. Co zrodziło się z tego wzburzenia, tak pieczołowicie ukrywanego przez 4 lata? Ano wielkie nic. „W polskiej komisji nie myśleliśmy, że musimy dać kontrę, po prostu na podstawie materiałów i stenogramu, które mieliśmy, odtwarzaliśmy przebieg katastrofy” – dodał pułkownik. To o czym panowie myśleli? Bo stenogram wam jakoś nie wyszedł.

Biedny pułkownik Grochowski… Gdyby nie prokuratura wojskowa, musiałby ukrywać swoje wzburzenie do końca życia. Doprawdy, ma wielki dług wdzięczności u ppłk. Karola Kopczyka. Teraz może ze spokojem wrócić do heblowania desek w szopie. Taką czynnością wykręcił się w sobotę od rozmowy z „Naszym Dziennikiem”.

Marcin Austyn

Aktualizacja: Poniedziałek, 7 kwietnia 2014 (14:03)

Nasz Dziennik