logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Piątki nie są najważniejsze

Wtorek, 13 maja 2014 (02:01)

Z Agatą i Wojciechem Rybczykami, rodzicami Jana, Piotra i Maksymiliana, rozmawia Maciej Walaszczyk

Jest piątek, a więc dzień powszedni, szkoła. Czy u Państwa w domu rano dzwoni budzik, każe wstawać, bo o 8.00 zaczynają się lekcje? Jest w ogóle jakiś plan lekcji?

– Nie. Choć mamy swój plan, według którego działamy. Każdy nasz dzień wygląda jednak trochę inaczej od poprzedniego. Inaczej jest, gdy nie ma nas w domu.

A nie ma wtedy nieobecności w szkole?

– Nieobecności nie ma. Po prostu rano wstajemy, jemy śniadanie, później mamy taki zwyczaj, że dzieci wykonują jakąś pracę, odkurzanie, układanie ubrań itp. Po chwili przerwy przychodzi czas na naukę.

Jak ona wygląda?

– Piotr, który jest w klasie pierwszej, jest już właśnie po zaliczeniu egzaminu, po którym otrzymał promocję do klasy drugiej. Dlatego teraz jego zajęcia są bardziej luźne. Rozpoczął naukę jako sześciolatek i był to dla nas dylemat, ale dzięki temu jest między chłopcami rok różnicy, co mi ułatwia realizację programu. Najstarszy Janek będzie dopiero zdawał tegoroczny egzamin, więc teraz skupiony jest na rozwiązywaniu zadań bardziej podręcznikowych.

Jak wygląda taki egzamin? Dziecko zna osobę, która je będzie odpytywała?

– Bywaliśmy w tej szkole, a także z klasą, do której formalnie należał. Egzamin trwa niestety kilka godzin, ponieważ tego dnia w naszej szkole zdają go wszystkie dzieci z edukacji domowej. Jest część pisemna i ustna. Byliśmy jednak mocno zdziwieni, że oczekiwano od dzieci koncentracji przez tak długi czas.

Realizują Państwo oczywiście podstawę programową, a w każdym razie to, co będzie potrzebne podczas egzaminu?

– Robimy to jednak według własnego pomysłu. Oczywiście ważne jest zdanie egzaminu, ale tak naprawdę treści, jakie będą do niego potrzebne, ostatecznie przerabiamy dwa miesiące wcześniej. Wówczas dzieci ćwiczą zazwyczaj rozwiązywanie zadań i testów. Wcześniej po prostu idziemy własnym rytmem.

Widzę, że Janek jednak korzysta z książki, która jest używana w szkole. Bez niej nie można się obejść?

– Podręczniki nie są dla nas punktem wyjścia, raczej są one mi potrzebne jako inspiracja do prowadzenia lekcji i realizacji programu. Chłopcy mało z nich korzystają. Większość zadań i prac robimy w zeszytach, gdzie dzieci piszą, liczą, rysują, kolorują.

Chłopcy są na pierwszym etapie edukacji, podzielonej na polonistyczną, matematyczną i przyrodniczą. Jak przebiega, np. w przypadku języka polskiego, nauka pisania, czytania, ortografii?

– Z każdym z nich jest inaczej. Myślałam, że przy kolejnym dziecku będzie łatwiej, ale tak nie jest. W przypadku najstarszego Janka bardzo się zaangażowałam, podzieliłam program nauczania na części, chcąc skupić się na jego realizacji. Przez pierwszy miesiąc kładłam nacisk na naukę czytania, co jednak nie szło mu dobrze w porównaniu do np. liczenia i zajęć matematycznych. Czytając, męczył się i płakał, więc to odpuściłam. Po miesiącu wchodzę do jego pokoju, a on sobie czyta. Piotr też czytać nie lubi i znów muszę dla niego znaleźć ścieżkę, która ułatwi mi naukę.

Jednak efekt końcowy jest taki, że Janek zdał bez problemów egzamin końcowy.

– Korzyścią edukacji domowej jest umiejętność pracy samodzielnej. Jakiś czas oczywiście w ciągu dnia pracujemy razem, ale potem każdy ma do wykonania swoje zadania przy biurkach w swoim pokoju. Potem to sprawdzam.

Każdy z chłopców jest na innym etapie nauki. Jak Pani dzieli czas na naukę każdego z nich?

– Główne tematy prowadzę dla wszystkich. Dopiero ćwiczenia każdy z nich rozwiązuje na własnym poziomie i samodzielnie. Wówczas jest też czas, że z każdym z osobna mogę przez kilkadziesiąt minut popracować osobno. Przez dwadzieścia minut biorę jednego, a potem następnego, i to się sprawdza.

Po południu też macie zajęcia? Uczniowie szkół najczęściej odrabiają wtedy lekcje zadane przez nauczyciela.

– Z tym jest różnie. Moim zdaniem, dzieci w szkole spędzają bardzo dużo czasu. Ale tylko część z niego przeznaczana jest na naukę. Kiedyś to, w jaki sposób mamy zorganizowany czas, porównałam z planem dla nauczycieli. Po prostu to, co uczniowie przerabiają w ciągu 5 godzin, my przerabiamy w 1,5 godziny. I to jest ta różnica. Jednocześnie jestem w stanie ugotować im w międzyczasie obiad.

Nie ma uspokajania klasy, przerw, spraw klasowych…

– Tego nie ma, ale też mamy swoje napięcia, konflikty. To normalne. Czasem widzę, że oni nie chcą już pracować.

I co wtedy?

– Mają świadomość, że muszą swoje obowiązki wypełnić, bo potem mogą wyjść się pobawić, pojeździć na rowerze. Dla nich to jest jakaś mobilizacja. Mogą swoje zadania szkolne przerobić w dwie godziny i pozostanie im godzina roweru albo odwrotnie. To ich wybór. Uczą się dzięki temu gospodarować czasem.

O której kończycie naukę?

– Około godz. 16.00. Wtedy mamy czas na spacer, odwiedziny, załatwianie jakichś spraw, zabawę.

Prowadzi Pani też katechezę z przygotowaniem chłopców do I Komunii Świętej.

– Tak. Janek przystąpił do wcześniejszej I Komunii Świętej, a Piotrek przystąpi we wrześniu. Ten czas przygotowań jest oczywiście inny niż u dzieci chodzących do szkoły, bo teraz, po zaliczeniu egzaminu końcowego, Piotrek ma czas na katechezę. Nie mamy więc również takiego idealnego rozkładu polegającego na 10 miesiącach nauki i dwóch miesiącach wakacji. Ten podział u nas nie wypala, mamy w jakiś sposób trochę wakacje i rok szkolny. Ciągle coś się dzieje. Podczas wakacji przecież można zwiedzać, a to też jest dobry sposób na naukę historii czy geografii. Jeździmy na basen, lodowisko, spotykamy się na boisku z innymi ojcami i ich dziećmi. W Fundacji Maximilianum mamy zajęcia z gimnastyki, bo w edukacji domowej można zgubić ten wymiar sportowy, związany z wychowaniem fizycznym.

Kluczowe pytanie: czy są Państwo w stanie kontynuować edukację domową na poziomie gimnazjum? Tam jest już chemia, matematyka, fizyka. Chyba większość rodziców nie jest na to gotowa?

– To wszystko jest przed nami. Lęk oczywiście jest, ale chcemy spróbować. Trudno jednak będzie przeprowadzić to wszystko samemu, dlatego mamy wokół siebie również inne rodziny, w których są osoby znające dobrze matematykę czy fizykę na znacznie wyższym poziomie.

A języki obce? Dzieci uczą się ich od pierwszej klasy.

– Oczywiście chłopcy uczą się ich, bo potem zdają z nich egzaminy. Osobiście jesteśmy przeciwni nauce języków w tak wczesnym wieku. Sama mam zresztą takie doświadczenia, które przekonały mnie, że najpierw należy nauczyć się dobrze języka polskiego, a potem dopiero języków obcych.

Jeśli zrodzi się u nich większe zainteresowanie językiem, to oczywiście położymy na to większy nacisk, ale na razie wystarczy to, co jest w programie. Dzięki współpracy w ramach fundacji mamy wokół siebie również ludzi znających dobrze języki obce.

To jednak pokazuje, że choć uczą Państwo dzieci w domu, to bez wsparcia fundacji byłoby trudno.

– Tak jest w naszym przypadku. Ale znamy rodziny, które robiły wszystko same i doprowadzały dzieci do matury. Ewentualnie w pewnym momencie pojawiali się korepetytorzy.

Nauczanie domowe to również ciągła obecność jednego z rodziców w domu. To pomysł dla rodzin o mocnych podstawach materialnych?

– To nie jest tak. Należy trochę przewartościować własne życie. Nie mamy kredytu, ale też nie mamy własnego domu, ten, w którym mieszkamy, wynajmujemy. Postawiliśmy na dzieci i ich dobro, nie na zabijanie się o spłacanie kredytów. Dla nas jest radością, że chłopcy dobrze się rozwijają, choć mieliśmy obawy, jak to będzie wyglądało.

Dlaczego wybrali Państwo taki sposób nauki? Przyczyną jest rewolucja, jaka przetacza się przez szkoły, czy generalnie niechęć do szkoły jako instytucji?

– Patrząc na to, co się dzieje w szkołach, podjęliśmy taką decyzję. Było to trzy lata temu. Odnaleźliśmy ludzi, którzy już są w domowym nauczaniu. Pojechaliśmy na zjazd rodzin uczących w domu, by takich ludzi spotkać i z nimi porozmawiać.

A jak na prośbę o wpisanie dzieci do szkoły reagowali dyrektorzy, mając świadomość, że będą uczone poza jej murami?

– Od razu skierowaliśmy się do takiej placówki, która ma duże doświadczenie na tym polu, więc nie było żadnego problemu. Jednak nawet w szkołach katolickich reagowano dużym zdziwieniem.

Państwo nie przeszkadza?

– Czekamy na podpisanie przez prezydenta ustawy, dzięki której dzieci będą mogły być przenoszone do edukacji domowej w dowolnym momencie roku szkolnego. Dzisiaj decyzję należy podjąć do końca maja każdego roku. Szkoły otrzymują na każde dziecko, w tym też te zgłoszone do edukacji domowej, pieniądze w ramach subwencji oświatowej, których oczywiście my nie otrzymujemy. Najważniejsze jednak, by państwo nam nie przeszkadzało.

Będzie świadectwo na koniec roku?

– Będzie, ale już po egzaminie nie jest to istotne. Dziecko ma go zdać, ale nie musi zdać go na piątkę.

A ma Pani takie ambicje?

– Nie mamy takich ambicji. Wiemy, co wiedzą i na co stać synów, to jest dla nas najistotniejsze. Egzamin u dzieci, zwłaszcza małych, nie jest do końca uczciwą sytuacją. Patrząc na Piotrka, mam wrażenie, że gdyby miał go zdawać codziennie, to każdego dnia miałby inny wynik.

Dziękuję za rozmowę.


Krok po kroku do edukacji domowej:

1. Wybieramy dowolną szkołę i zapisujemy do niej dziecko.

2. Składamy u dyrektora podanie o edukację domową.
Obecnie należy to zrobić przed 31 maja.

3. Do podania dołączamy:
– oświadczenie rodziców o zapewnieniu dziecku warunków umożliwiających
realizację podstawy programowej na danym etapie kształcenia,
– zobowiązanie rodziców, że dziecko przystąpi do egzaminów
w każdym roku szkolnym,
– opinię poradni psychologiczno-pedagogicznej – publicznej lub niepublicznej.

4. Po otrzymaniu kompletu dokumentów dyrektor szkoły wydaje zezwolenie na edukację domową.

Maciej Walaszczyk

Aktualizacja 23 czerwca 2014 (18:01)

Nasz Dziennik