Z Elżbietą Zubrycką, inicjatorką budowy pomnika polskich patriotów zamordowanych w lasach w pobliżu dawnego więzienia UB w Białymstoku, rozmawia Adam Białous
Rok 1946, Las Zwierzyniecki. Pani pierwsze skojarzenie?
– Miałam wówczas 9 lat. Było to niedługo po tym, gdy wróciłyśmy z mamą do rodzinnego Białegostoku z zesłania na Sybir. Tego lipcowego dnia 1946 roku szłyśmy przez Las Zwierzyniecki do wujka Felka, brata mojej mamy. Kiedy weszłyśmy na leśną polanę, dotarł do nas odgłos nadjeżdżających samochodów. Mama, po latach katorgi na Sybirze, miała syndrom lęku łagrowego. Dlatego od razu upadła wraz ze mną na ziemię, gdzie rosła wysoka trawa. Ciężarówki zatrzymały się około 100 metrów od nas, na biegnącej przez las drodze zwanej Letniska. Po jakimś czasie do naszych uszu dobiegły odgłosy strzałów z broni maszynowej. To były całe serie. Chciałam tam spojrzeć, ale mama zabroniła mi podnosić głowę z ziemi. W końcu ciężarówki ruszyły, i to w naszą stronę. Zawracały na polanie, bardzo blisko miejsca, gdzie nieruchomo leżałyśmy. Kątem oka spojrzałam i policzyłam: były to trzy ciężarowe samochody. Po zawróceniu na polanie te pojazdy pojechały w kierunku, z którego tu przybyły, tj. w stronę dzisiejszej ulicy 11 Listopada. Kiedy już znikły z pola widzenia, zerwałyśmy się z mamą z ziemi i ile sił w nogach pobiegłyśmy przez las do domu wujka Felka. Mama wyprawiła mnie na podwórko, abym się bawiła z dziećmi, a sama opowiedziała bratu wszystko, co widziałyśmy.
Po tylu latach pamiętała Pani to miejsce, w którym najpewniej doszło do egzekucji Żołnierzy Wyklętych?
– W roku 1981 mama zaprowadziła mnie na to miejsce. Rosną tam dziś duże drzewa. Do dziś na tych drzewach mój znajomy, który również zna historię rozstrzeliwań przez bezpiekę ludzi w tym miejscu, wiesza wizerunki Matki Bożej Ostrobramskiej. Jak się dowiedziałam w IPN, w Lesie Zwierzynieckim i w lasach do niego przyległych w latach 1946-1947 komuniści mogli zamordować i pochować bardzo wielu polskich patriotów, głównie żołnierzy podziemia przywożonych tu na egzekucje z pobliskiego więzienia przy dzisiejszej ulicy Kopernika. Mama i ja byłyśmy najpewniej świadkami jednej z takich zbrodniczych egzekucji. Tak, potrafię wskazać to miejsce. A w całym lesie podobnych miejsc jest na pewno bardzo wiele. Do tej pory patriotycznie nastawionym społecznikom udało się odnaleźć i ekshumować tylko jedną taką mogiłę, położoną w przyległym do Lasu Zwierzynieckiego lesie koło Olmont. Znaleziono w niej osiem szkieletów Żołnierzy Niezłomnych. Dziś spoczywają już na cmentarzu wojskowym w Białymstoku.
Jest Pani inicjatorką budowy w Lesie Zwierzynieckim pomnika pomordowanych tam patriotów.
– Już w połowie lat 90. podjęłam starania, aby władze Białegostoku w Lesie Zwierzynieckim wzniosły pomnik upamiętniający egzekucje, jakie miały tu miejsce. Długo musiałam o to zabiegać, ale w końcu się udało. Decyzja o budowie pomnika zapadła w październiku ubiegłego roku, po przyjęciu przez białostockich radnych uchwały w tej sprawie. Jak się obecnie dowiedziałam w urzędzie miasta, budowa pomnika jest w trakcie realizacji, na etapie projektowania. Władze miasta obiecują, że ten pomnik stanie za 3-4 miesiące. Po tylu latach starań chciałbym, aby to upamiętnienie ofiary życia polskich bohaterów dłużej już nie czekało. Pomnik usytuowany będzie nieopodal miejsca, w którym z mamą widziałyśmy, jak zatrzymują się tam ciężarówki, a potem słyszałyśmy strzały. Stanie przy ul. 11 Listopada i domów znajdujących się przy ul. Letniska. Będzie to głaz z pamiątkową tablicą oraz stalowy krzyż. Krzyż ma być wysoki na cztery metry. Na tablicy zostanie umieszczona inskrypcja: „Na tym terenie, od Lasu Zwierzynieckiego, przez Krywlany, aż po Las Solnicki w latach 1944-1947 funkcjonariusze NKWD i UB rozstrzeliwali polskich patriotów, przeciwników władzy komunistycznej. Tutaj spoczęły też szczątki pomordowanych w miejscowym więzieniu i aresztach. Cześć ich pamięci! Mieszkańcy Białegostoku”.
Zbrodnicze metody postępowania z „wrogami systemu” znane są Pani rodzinie z autopsji.
– Od komunistów nasza rodzina doznała bardzo wielu cierpień. Ponieważ mój ojciec został uznany przez Sowietów za wroga systemu komunistycznego, mamę i mnie wywieźli oni na Sybir. Mnie oddano do domu dziecka, tzw. polskiej ochronki w Pawłodarze, natomiast mama spędziła kilka lat w łagrze. Mój ojciec Jan Paszta przed wojną był sekretarzem Prokuratury Sądu Okręgowego w Białymstoku i prezesem Polskiej Organizacji Wojskowej Koła Białystok. Kiedy Sowieci po 17 września 1939 roku zajęli nasze miasto, ojciec postanowił ukryć sztandar POW. Było to 20 października 1939 roku. Tak aby nikt nie zobaczył, wniósł go do katedry pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Tam tak dobrze ukrył sztandar, że odnaleziono go dopiero po 65 latach. Niestety zaraz po wyjściu z kościoła ojca aresztowało NKWD. Wiem, że z więzienia na ul. Kopernika przewieziono go z wieloma innymi Polakami do Mińska na Białorusi. Kiedy Sowietów w czerwcu 1941 roku zaatakowali Niemcy, NKWD z psami prowadziło około trzech tysięcy Polaków z Mińska do Katynia. Na tej drodze śmierci maszerującą kolumnę zaatakowały niemieckie samoloty. Polscy jeńcy zaczęli uciekać do lasu. Przeżyć udało się tylko około 150 osobom. Tych, których nie zabiły bomby i kule z niemieckich samolotów, zastrzelili enkawudziści. Kilka ocalałych osób przekazało informację, że wśród zabitych na tej drodze śmierci był też mój ojciec. Po latach, w imieniu ojca, dane mi było odebrać przyznane mu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego odznaczenie – Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

