Z dr. Spasimirem Domaradzkim, politologiem, adiunktem na Uczelni Łazarskiego, specjalistą ds. amerykańskiej polityki zagranicznej, rozmawia Marta Milczarska
Prezydent USA Barack Obama przybył do Warszawy na obchody 25. rocznicy wyborów do Sejmu z 4 czerwca 1989 r. To wizyta kurtuazyjna czy realne potwierdzenie gwarancji bezpieczeństwa NATO dla Polski?
– Z symbolicznego punktu widzenia wizyta prezydenta Baracka Obamy w Polsce to wizyta kluczowa. W końcu świętujemy obchody 25-lecia wolności i nieobecność prezydenta USA byłaby jednoznacznym sygnałem rozkładu więzi transatlantyckich. W obliczu napiętej sytuacji między Ukrainą a Rosją i sankcji nakładanych przez Unię Europejską na Federację Rosyjską wizyta ta będzie miała na celu podkreślenie więzi, na których budujemy swoje bezpieczeństwo, lecz także solidarności i wolności, której – niezależnie od tego, jak ją oceniamy – mamy już ćwierćwiecze. Obawiam się jednak, że wizyta nie przyniesie większych wymiernych rezultatów niż te, o których wspomniałem. Powstaje pytanie o determinację strony amerykańskiej, by realnie wpływać na bezpieczeństwo w Europie, a odnoszę wrażenie, że takiej determinacji ze strony USA nie ma.
Czyli nie powinniśmy spodziewać się konkretnych deklaracji ze strony przywódcy USA o wzmocnieniu współpracy militarnej?
– Deklaracje już są. Możemy polemizować na temat ich skuteczności czy też o wpływie zwiększonej obecności NATO szczególnie na naszą część Europy, ale faktem jest, że u naszych zachodnich partnerów dochodzi do powolnego, ale niezbędnego otrzeźwienia w ich ocenach Rosji, gdyż ukraiński kryzys pokazał, że nasze obawy nie są rusofobiczną histerią, a realną oceną sytuacji.
Z Warszawy Obama uda się do Brukseli na szczyt krajów G-7, gdzie głównym tematem będzie kryzys ukraiński. Przeprowadzenie wyborów na Ukrainie spowoduje, że kraje G-7 ogłoszą sukces działań Zachodu wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę?
– Sytuacja na Ukrainie jest na tyle niepewna i złożona, że ogłaszanie jakiegokolwiek sukcesu czy zwycięstwa byłoby zbyt pochopne i nie na miejscu. Zauważmy, że w tym momencie sprawa ukraińska rozgrywa się już na kilku płaszczyznach, m.in. w sferze energetycznej, integralności Ukrainy czy też stabilności we wschodniej części kraju, a także czysto symbolicznej, związanej z rozgrywaniem sprawy legitymizacji ukraińskich władz przez Rosję. Trudno zatem mówić o sukcesie działań Zachodu. Czy natomiast za sukces uznać można przeprowadzenie wyborów prezydenckich na większości terytorium kraju? Raczej nie. To jedynie krok ku normalizacji.
Prezydent USA w przemówieniu w wojskowej akademii West Point na temat polityki międzynarodowej podkreślił, że kryzys ukraiński nie oznacza wcale „nowej zimnej wojny”. Jak więc widzimy, ani USA, ani Europa Zachodnia nie chcą zrywać współpracy z Moskwą...
– Rzeczywiście, w obliczu ukraińskiego dramatu nie trudno odnieść wrażenie, że podejmowane działania są zbyt łagodne i trochę spóźnione. Zwolennicy tej polityki wierzą, że presja międzynarodowa zawarta w deklaracjach, sankcjach celowych i innych formach nacisku wymusi na Putinie rozwagę i opamiętanie. Nie wydaje mi się jednak, aby tak się stało. W obliczu otwartej agresji unikanie zdecydowanej retoryki wydaje się nie na miejscu, tak jak agresywnego chojraka nie da się powstrzymać dobrymi manierami. Czy prezydentowi Obamie podoba się, czy nie, świat wkroczył w nową ideologiczną konfrontację, w której liberalne wartości zderzają się z autorytaryzmem XXI wieku wspartym przez zglobalizowaną gospodarkę, która dążenie do zysku stawia ponad wartościami, na których opiera się cywilizacja Zachodu.
Dziękuję za rozmowę.

