logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Ryzykanci z kancelarii premiera

Czwartek, 4 września 2014 (02:00)

Do lotów do Smoleńska nie powinno w ogóle dojść ze względu na skalę zaniedbań przy ich organizacji – ocenia Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście w pisemnym uzasadnieniu decyzji o ponownym wszczęciu śledztwa.

 

Sędzia Wojciech Łączewski podkreśla, że w świetle poczynionych ustaleń „wyloty w dniach 7 i 10 kwietnia 2010 r. nie powinny dojść do skutku”. Jak wskazuje, nie „dopełniono wszystkich przepisanych prawem czynności lub zaniechano ich wdrożenia”, co uniemożliwiało prawidłowe przeprowadzenie zadania organizacji wylotów.

Według sądu w kilku przypadkach doszło do „niedopełnienia obowiązków” przez urzędników, zwłaszcza z kancelarii premiera, „co skutkowało działaniem na szkodę interesu publicznego, a mianowicie niezapewnieniem Prezydentowi RP oraz Premierowi RP należytego bezpieczeństwa”.

Tym samym, zdaniem sędziego, „powinno zostać rozważone postawienie zarzutów poszczególnym urzędnikom kancelarii premiera”. Chodzi zwłaszcza o trzy nazwiska powszechnie znane w tym kontekście. „Wskazane osoby nie są wyłącznie tymi, które mogłyby zostać rozważone w kontekście realizacji znamion przestępstwa z art. 231 par. 1 kk” – zaznacza sędzia. Ponadto według sądu śledczy powinni również zbadać, czy „niektórym świadkom nie należy postawić” zarzutu przestępstwa urzędniczego „w przypadku ustalenia odmiennej od przedstawianych przez nich wersji zdarzeń”.

Sąd odrzuca zdecydowanie argumentację prokuratury, że stwierdzone przez nią nieprawidłowości przy organizacji obu lotów popełnione przez urzędników nie mogą mieć charakteru przestępstwa. Bo nie można podzielić twierdzeń, że osoby z administracji publicznej nie mają wiedzy na temat przepisów prawa będących przedmiotem ich codziennej pracy.

Łączewski pisze w uzasadnieniu, że nie można również przyznać racji twierdzeniom śledczych, „jakoby stwierdzone naruszenia nie spowodowały skutku w postaci niebezpieczeństwa powstania szkody w interesie prywatnym lub publicznym”. A taki właśnie wymiar przestępstwa urzędniczego badała prokuratura.

Sędzia wylicza sześć naruszeń, które miały wpływ na bezpieczeństwo lotów i tym samym powinny podlegać ocenie odpowiedzialności karnej. Chodzi przede wszystkim o „niepoczynienie ustaleń co do statusu lotniska Smoleńsk Północny i niedochowanie chociażby minimalnej staranności w tym zakresie”.

„Status tego terenu miał kapitalne znaczenie dla bezpieczeństwa lotu jako takiego i obowiązków odpowiednich służb” – konstatuje sędzia Łączewski. I jednoznacznie wskazuje winnego: „takich ustaleń nie poczynił koordynator (…), czyli szef KPRM”. Jak zaznaczył, samo wykonanie lotu należało do 36. specpułku, ale to urzędnicy z kancelarii premiera odpowiadali za zlecenie wykonania transportu lotniczego i „powinni się upewnić, czy możliwa jest jego bezpieczna realizacja”.

Kolejna poważna nieprawidłowość to „niedoprowadzenie do stanu, w którym jasny byłby status wizyty Prezydenta RP na terenie Federacji Rosyjskiej w dniu 10 kwietnia 2010 roku, co ewentualnie powinno się przełożyć na nadanie lotowi statusu HEAD”.

W ocenie sądu, nie jest łatwe dokonanie oceny statusu lotu prezydenta, który „jak się wydaje, nie miał charakteru misji oficjalnej”. Sprzeczne są też oceny polskich urzędników. Ale jeśli część z nich uznawała, że jest to misja oficjalna, to „powinni wystąpić o nadanie statusu HEAD”.

Winą urzędników jest również „wystosowanie zawiadomienia o potrzebie wykorzystania wojskowego specjalnego transportu lotniczego bez wszystkich niezbędnych informacji oraz zaakceptowanie takiego zawiadomienia przez koordynatora”, a także „zbyt późne i niestaranne przekazywanie informacji lub wręcz nieprzekazywanie informacji przez funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Moskwie”.

Gra w karty

Sąd podkreśla, że „informacje wytworzone” zgodnie z przepisami dotyczącymi organizacji lotów specjalnych „trafiały do adresata często w nieodpowiedniej formie, z opóźnieniem, za pośrednictwem niewłaściwych podmiotów, bądź w ogóle”, co miało wpływ na bezpieczeństwo. Sędzia dodaje, że wnioski prokuratorów w tym aspekcie były pobieżne. Zaznacza, że to sami prokuratorzy stwierdzają, iż działania MSW i ambasady mogły spowodować wrażenie opieszałości służb dyplomatycznych czy wręcz ignorowania najwyższych przedstawicieli władz polskich.

Innym poważnym zaniedbaniem było „niezweryfikowanie, czy karty podejścia do lotniska Smoleńsk Północny są aktualne”. W aktach sprawy znajdują się zeznania jednej z urzędniczek, która zapewnia, że strona rosyjska poinformowała, iż karty te są aktualne. Natomiast w zeznaniach rosyjskiego urzędnika jest mowa, że „sprawa kart pokładowych nie była omawiana”. Sędzia Łączewski zauważa, że „prokurator nie zdecydował się skonfrontować świadków, do czego miał prawo”, i ostatecznie nie wiadomo, komu dał wiarę. Jeżeli rosyjskiemu urzędnikowi, to oznacza po stronie polskich urzędników brak dochowania „elementarnej staranności przy przekazywaniu kart podejścia”.

Sąd punktuje również sposób „dysponowania przez urzędników Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wojskowym specjalnym transportem lotniczym”. Nie przekładało się to co prawda na „bezpieczeństwo lotów”, ale może być oceniane jako działanie na szkodę interesu publicznego ze względu na to, „iż prowadziło do destabilizacji prawidłowego funkcjonowania instytucji publicznych”.

Poza przeanalizowaniem możliwości postawienia zarzutów karnych urzędnikom w zakresie tych zaniedbań, sąd zwraca uwagę prokuraturze na konieczność zbadania faktu, że ostateczną listę członków delegacji na uroczystości 10 kwietnia zatwierdzono dopiero 7 kwietnia. Niezbędne było również dokonanie „kompleksowej analizy raportu NIK”. Sąd zaznacza, że „niesłusznie” prokuratura uznała, że raport NIK stwierdza, iż w przypadku lotów kwietniowych nie doszło do naruszenia bezpieczeństwa pasażerów. W tym kontekście sąd wytknął śledczym twierdzenie, że Najwyższa Izba Kontroli nie składała zawiadomienia w tej sprawie do prokuratury, wskazując, że prokuratura jest właśnie organem, który prowadzi postępowania z urzędu.

Sąd widzi także konieczność rozważenia, czy części świadków nie przesłuchać uzupełniająco, względnie „skonfrontować ich w celu wyjaśnienia sprzeczności”.

Zenon Baranowski

Aktualizacja 4 września 2014 (08:36)

Nasz Dziennik