logo
logo
zdjęcie

Czysty machiawelizm

Środa, 12 września 2012 (06:05)

Odtajnione przez Archiwa Państwowe USA dokumenty katyńskie nie tyle tłumaczą nam fakty związane z zagładą polskich jeńców, ile ogromne zakłamanie, które towarzyszyło zbrodni, w tym hipokryzję naszych sojuszników.

Dotyczy to nie tylko sprawy samego Katynia, ale również wszelkich relacji, które były budowane w odniesieniu do tego problemu. Po pierwsze, wykorzystując sprawę Katynia, Sowieci zerwali stosunki dyplomatyczne z prawowitym rządem polskim, niejako później usprawiedliwiając w ten sposób zamontowanie wasalnego rządu lubelskiego. Posłużyli się w tym celu zarzutami wobec rządu emigracyjnego, oskarżając go o współpracę z Niemcami w "fałszywej" interpretacji zbrodni katyńskiej, co absolutnie było nieuprawnione.

Amerykanie przyjmowali wszystko za dobrą monetę, choć wiedzieli doskonale, jak się sprawy mają. Prezydent Franklin Delano Roosevelt cały czas miał możliwości nacisku na Sowietów, przecież dostawy sprzętu wojskowego z USA utrzymywały armię sowiecką w gotowości bojowej. Wprawdzie to już był 1943 rok, po klęsce Niemców pod Stalingradem, gdy losy wojny się rozstrzygały w sensie frontowym, ale działania wojenne trwały jeszcze dwa lata.

Nie da się usprawiedliwić postawy Roosevelta na konferencji w Teheranie i jego zgody na oddanie ZSRS prawie połowy terytorium Polski i włączenie naszego kraju w orbitę wpływów sowieckich, w sytuacji gdy prezydent USA znał prawdę o Katyniu i miał wiedzę, jak Sowieci traktują Polaków. Mamy tu do czynienia z bardzo cyniczną grą do końca, bo Roosevelt ostatecznie zostawił polski rząd w osamotnieniu w konfrontacji z Sowietami.

Niestety, w kręgach polskiej lewicy, często tej postkomunistycznej, jak pokazała wczorajsza wypowiedź prof. Tomasza Nałęcza, doradcy prezydenta RP ds. historii, Roosevelt jest postrzegany jako postać pozytywna. Dlaczego? Bo komuniści nigdy by nie doszli do władzy, gdyby nie bagnety Stalina, a Stalin nigdy nie byłby w stanie tak gładko przeprowadzić komunizacji w Europie Środkowej, gdyby nie postawa prezydenta USA. Fakt, że Stany Zjednoczone tak potraktowały swego najwierniejszego sojusznika, zdradzając nas bez wahania, to machiawelizm w czystej postaci, demonstracja poglądu, że w polityce moralność się nie liczy.

W długim planie historycznym taka polityka była w gruncie rzeczy polityką antyamerykańską, bo niedługo później pojawiła się żelazna kurtyna, rozgorzała wojna koreańska. Potem powstała komisja Izby Reprezentantów ds. zbadania zbrodni katyńskiej, i komunizm, i Stalin okazał się wielkim złem, ale wtedy już rozstrzygnęły się losy państw w naszej części Europy.

Ciekawe, gdyby Roosevelt oddał nas w podobny sposób w ręce Hitlera, drugiego totalitarnego systemu, czy dziś równie lekko mówilibyśmy: "No, taka jest polityka. Oddał nas w ręce Hitlera, bo taki był jego interes". Na pewno podniosłoby się larum. A jeśli chodzi o Sowietów i komunizm, można sobie pozwolić na relatywizm, jakąś dwuznaczność. Brak jednoznacznej oceny historii, postawy naszych sojuszników w czasie II wojny światowej, kładzie się w jakimś sensie cieniem na wiarygodność współczesnych sojuszy, w których uczestniczymy. Któż nam bowiem zagwarantuje dzisiaj, że w sytuacji zagrożenia naszej niepodległości nasi sprzymierzeńcy nie wybiorą drogi Roosevelta?

Dlatego prawdziwościowe podejście do historii ma również olbrzymie znaczenie dla współczesnej polityki, w tym polityki międzynarodowej. Przeprosiny za kłamstwo katyńskie ze strony władz amerykańskich byłyby więc zdecydowanie potrzebne.

Nasz Dziennik