logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Propaganda nie uleczy chorego systemu

Piątek, 12 września 2014 (19:14)

 

Ze Zdzisławem Szramikiem wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, byłym członkiem Naczelnej Rady Lekarskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki 

 

 

Kolejne szpitale na Podkarpaciu protestują. Co jest powodem niezadowolenia?

- Problemy są ciągle te same, bo żadnej z palących spraw w ochronie zdrowia ta ekipa z ewakuującym się do Brukseli premierem nie rozwiązała. To, co władza reklamuje jako reformę, są to jedynie działania pozorowane, dreptanie w miejscu, natomiast nasza sytuacja z każdym dniem się pogarsza.

Rząd chce jedynie zamaskować brak działań i niskie nakłady na ochronę zdrowia, dodając nam obowiązków, które powodują, że nasza praca staje się uciążliwa, natomiast wynagrodzenia, a przede wszystkim organizacja pracy są na ostatnim miejscu. Pracownicy służby zdrowia mają już dość pracy w ciągłym napięciu, w stresie, pod presją rozmaitych także niemedycznych wymagań, a finanse leżą. 7 lat temu podjęliśmy zdecydowane działania i wywalczyliśmy sobie podwyżki, gdyby nie ta determinacja, dzisiaj stalibyśmy w tym samym miejscu, co przed laty.

Po przejściowej euforii, spowodowanej nie tak dużą, jak liczyliśmy, ale jednak największą w powojennej Polsce poprawą płac, mogliśmy obserwować stopniowy, ale jednocześnie stały i konsekwentny powrót do starych, sprawdzonych jeszcze w poprzednim systemie praktyk. Pracodawcy, stosując naprzemiennie metodę kija i marchewki, zmusili sporą część lekarzy do przejścia na tzw. kontrakty, całościowe lub tylko dyżurowe. Niemało naszych kolegów dało się nabrać i dzisiaj w wielu regionach kraju kontraktowicze stanowią więcej niż połowę praktykujących lekarzy.

Złej oceny kontraktów nie zmieniają stosunkowo nieliczne dobre umowy, które zawierali lekarze najbardziej deficytowych specjalizacji, współpracując z dobrymi firmami prawniczymi. Tak czy inaczej lekarze kolejny raz dali się wciągnąć w pułapkę ekonomiczną, której odległe skutki trudno przewidzieć. Natomiast już dziś obserwujemy wyraźny podział na „etatowych” i „kontraktowych” i zaplanowany efekt skłócenia środowiska lekarskiego.

Napięcie rośnie. Czy zatem czeka nas kolejna fala strajków w służbie zdrowia?

- Trudno powiedzieć, jak sytuacja się rozwinie. W mojej ocenie, strajk nie byłby dzisiaj dobrym rozwiązaniem, choć rząd bardzo chciałby, aby lekarze przystąpili do tej formy protestu, bo wówczas osiągnąłby swój cel. Lekarze podczas strajku wykonywaliby tylko procedury niezbędne dla ratowania życia i zdrowia pacjentów, bo w innym wypadku postawiono by nas w stan oskarżenia.

W ten sposób rząd oszczędziłby na wydatkach. Z drugiej strony pracowalibyśmy bez wynagrodzenia, czyli de facto stalibyśmy się podwójnie tanią siłą roboczą. Ponadto ogłoszony teraz strajk tak naprawdę nigdy by się nie skończył, nikt nie chciałby z nami rozmawiać, bo rząd nie miałby w tym żadnego interesu. Tak niestety wygląda cynizm i arogancja naszych adwersarzy.

A gdzie w tym wszystkim są pacjenci?

- Niestety, pacjentami nikt się nie przejmuje. W 2006 r., kiedy można powiedzieć zaskoczyliśmy rząd naszym strajkiem, próbowano jeszcze z nami rozmawiać, jednocześnie przygotowując się do strajku w 2007 r. Przypomnę tylko, że do strajku przystąpiło wówczas prawie 300 szpitali, a więc połowa wszystkich tego typu placówek w Polsce.

Nie spowodowało to jednak żadnych, poważnych zmian systemowych w ochronie zdrowia w Polsce. Natomiast strajk 7 szpitali w 2006 r. na Podkarpaciu zaindukował podwyżkę o 30 procent. To pokazuje, że efekt zaskoczenia zadziałał, natomiast strajk rok później, do którego rząd zdołał się przygotować, nie przyniósł już takich efektów. Z podobną sytuacją mielibyśmy do czynienia dzisiaj, kiedy o pacjentach mówi się tylko przed kamerą i mikrofonem dziennikarza, a tak naprawdę nikt się o chorych nie martwi. Gdyby było inaczej, system ochrony zdrowia w Polsce już dawno zostałby poprawiony.  

Jak ocenia Pan pomysły ministra Arłukowicza na poprawę w polskiej służbie zdrowia. Weźmy chociażby tzw. pakiet onkologiczny i szkolenia z zakresu onkologii dla lekarzy rodzinnych i lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej w tym i przyszłym roku?

- Kiedy słyszę, że minster Arłukowicz chce kogoś szkolić, to przyznam, że z jednej strony jestem zdziwiony, a z drugiej czuję niesmak, bo wiem, co ten człowiek ma na myśli. Wcale nie mówię tego przez przekorę, ale nauczony doświadczeniem pamiętam, co Bartosz Arłukowicz mówił, kiedy na siłę wprowadzano ustawę refundacyjną. Kiedy wskazywaliśmy na ułomność tej ustawy, usłyszeliśmy: co wam się nie podoba, nie potraficie się nauczyć na pamięć dwustu kilkudziesięciu preparatów o zmiennej refundacji…

Patrząc na całokształt działań ministra zdrowia, muszę powiedzieć, że nie mam do niego żadnego zaufania, mało tego – w mojej ocenie jest to pajac, statysta, który przez jakiś czas był czy też jest jeszcze potrzebny na tym stanowisku, żeby firmować swoim nazwiskiem złe, szkodliwe społecznie przepisy. Chcę także podkreślić, że jeżeli wprowadza się nowe przepisy, kiedy dokonuje się zmian w tak ważnym obszarze jak ochrona zdrowia bez uzgodnień czy konsultacji z tymi, którzy na co dzień świadczą usługi zdrowotne, a nawet wbrew opinii środowiska medycznego, to nie może się to dobrze skończyć. Potwierdzają to doświadczenia i historia kilkunastu ostatnich lat.  

Premier Tusk podał swój gabinet do dymisji, zanim to jednak uczynił, na stronach rządowych pojawiły się informacje o sukcesach i dokonaniach tej ekipy w ciągu minionych lat także w obszarze ochrony zdrowia, począwszy od ustawy refundacyjnej, uruchomienia systemu eWUŚ czy już okrzykniętych jako sukces, choć mających obowiązywać dopiero od stycznia 2015 r., pakietów: onkologicznego i kolejkowego. Rzeczywiście jest się czym chwalić?

- Właściwie to nie potrafię wymienić żadnego sukcesu premiera i tego rządu. Być może osobistym sukcesem premiera Tuska jest awans na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, ale to nie konkurs popularności, żeby w takich kategoriach go w tym momencie oceniać. Natomiast mogę wymienić bardzo wiele porażek tej ekipy, a oszustw i kombinacji jeszcze więcej.

Do tych oszust należy tzw. biały szczyt w 2008 r., który miał być krokiem ku naprawie służby zdrowia, a który pokazał, że ta władza nie ma dobrych intencji i szuka tylko okazji do umocowania się na stołkach i znalezienia synekur dla swoich wpływowych działaczy natomiast nie ma nawet żadnych intencji, żeby zrobić coś dobrego dla kraju. Kolejnym oszustwem był tzw. pakiet ustaw zdrowotnych, a więc ustawa antyrefundacyjna, ustawa o działalności leczniczej, ustawa o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta, które bez cienia przesady można określić jako buble prawne niespotykane w cywilizowanym świecie.

To świadczy najlepiej o pazerności i braku skrupułów autorów tych projektów jak i tych, którzy złożyli takie zamówienie polityczne. Był to rzut na taśmę ekipy, która już widziała agonię systemu i dramatyczne spadki poparcia w sondażach. Uczciwą reformę zastąpiono zmasowaną propagandą, która do reszty pomieszała w głowach zwyczajnych obywateli, a każdy przejaw niezadowolenia pacjentów scedowano na lekarzy. Trzeba też dodać, że wiele usłużnych piór, jak i całych tytułów prasowych położyło niemałe usługi na tym polu.

Ale było warto! Już w pierwszym roku działania ustawy antyrefundacyjnej „zaoszczędzono” 1,5-2 miliardy złotych! Takich pieniędzy nie wykrojono by z żadnego innego resortu! Jeżeli ten rząd uznaje takie działania i sposoby, jakimi osiągano cele, za sukces, to tylko pogratulować. Faktem jest, że zaoszczędzono pieniądze, ale na skutek złego prawa rękami lekarzy zostały one wyciągnięte z kieszeni polskich pacjentów.

Tak czy inaczej ten manewr nazwany oszczędnością odbył się kosztem pacjentów i nie miał nic wspólnego z dobrem pacjentów. Kłamstwem okazały się zapowiedzi typu, że będzie ułatwiona dostępność do leków, a jak jest, widać po programach telewizyjnych, gdzie co jakiś czas organizowane są zbiórki, aby leczyć, ratować życie chorych ludzi, bo polskie państwo uchyla się od obowiązku, który na nim ciąży z mocy prawa. Tak wyglądają sukcesy tego rządu w dziedzinie ochrony zdrowia.

Wszystko wskazuje na to, że premierem rządu zostanie Ewa Kopacz – lekarz, była minister zdrowia, która jak mało kto powinna znać problemy w ochronie zdrowia. Czego lekarze spodziewają się po nowej pani premier?

- Pomni dotychczasowych dokonań pani Kopacz nie mamy wobec niej żadnych oczekiwań. Jej szefowanie w Ministerstwie Zdrowia skończyło się katastrofą, a jej urzędowanie na fotelu marszałka Sejmu było najogólniej mówiąc blade, bezbarwne, nijakie i bezpłciowe. Natomiast trzeba powiedzieć, że Ewa Kopacz doskonale sprawdziła się w roli marionetki premiera, którą Donald Tusk jak chciał pociągał za sznurki.

Jeżeli rzeczywiście zostanie premierem, to będzie to prawdziwa katastrofa dla Polski. Będziemy mieć do czynienia ze sterowaniem z Brukseli. Nic się zatem nie zmieni poza tym, że sznurki będą trochę dłuższe. Zresztą z tego, o czym już dawno było głośno, przyszła pani premier zasłynęła jeszcze przed rozpoczęciem kariery rządowo-parlamentarnej jako kiepski bodajże menedżer czy dyrektor jednej z placówek zdrowotnych, którą zostawiła z długami, decydując się wkroczyć na polityczne salony. Był to tzw. kopniak w górę, który widać, trwa nadal. Osobiście nie widzę żadnych powodów do radości z faktu, że w osobie Ewy Kopacz będziemy mieli nowego premiera.

Co może usprawnić obecny, niewydolny system ochrony zdrowia w Polsce?

- Żeby usprawnić ten system, muszą być przede wszystkim ludzie, których na razie nie mamy. Niestety, w Polsce nie mamy dziś mężów stanu, autorytetów, ludzi z charyzmą gotowych wziąć na siebie odpowiedzialność za naprawę państwa, w tym również naprawę systemu ochrony zdrowia.

Mamy natomiast urodzaj politykierów, partyjniaków, którzy mylą interes narodu i Polski z interesem partyjnym. Wynika to z jednej strony z patologii, jaką tworzy zła ordynacja wyborcza, a z drugiej z ugruntowywania się partii typu wodzowskiego typu leninowskiego, gdzie liczy się tylko zdanie szefa, którego wizje – choćby najbardziej chore – muszą być przez „żołnierzy” realizowane. Opłakane skutki takiego rządzenia mamy okazję obserwować. Jeżeli w drodze wyborów nie zostaną wyłonieni ludzie, którzy faktycznie mają coś do zaoferowania społeczeństwu, którzy mają jakąś mądrą wizję przyszłości, a jednocześnie nie będzie demokratycznych mechanizmów kontroli, to jeszcze długo nic się w Polsce nie zmieni.

Układ wodzowski, z jakim mamy do czynienia, jest korzystny dla ludzi, którzy sami określają się mianem klasy politycznej, a tak naprawdę ani z klasą, ani z prawdziwą rzetelną polityką nie mają nic wspólnego. Ci ludzie nie są zainteresowani zmianami, jest im w tym dobrze, dlatego chcą istniejący układ zacementować na wieki. Ten system z wybuchającymi co jakiś czas aferami, gdzie nie ściga się wysokich urzędników knujących przeciwko państwu a tych, którzy ujawniają te knowania, jest chory. Mówię to z pełną odpowiedzialnością.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 15 września 2014 (11:47)

NaszDziennik.pl