logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Zawiedli się na państwie polskim

Środa, 6 maja 2015 (03:07)

Aktualizacja: Sobota, 23 maja 2015 (11:41)

Z Michałem Dworczykiem z Fundacji Wolność i Demokracja rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jaki jest los Polaków, którzy trafili do Polski z dotkniętego wojną Donbasu?

– Mamy tu do czynienia z dwiema grupami. Pierwsza to grupa, która przybyła do Polski w ramach rządowego transportu w styczniu tego roku i otrzymała pomoc oraz opiekę państwa polskiego. Większość z tych ludzi przebywa cały czas w Ośrodku Caritas Archidiecezji Warmińskiej w Rybakach. Program rządowy zakładał, żeby do końca czerwca tego roku przygotować tych ludzi do opuszczenia ośrodka i rozpocząć proces ich wdrażania w życie w miejscach, gdzie docelowo mają zamieszkać. Druga grupa to są tacy sami nasi rodacy, którzy również posiadają Kartę Polaka, którzy również musieli uciekać przed działaniami wojennymi z Doniecka i Ługańska. Od tych pierwszych różni ich wyłącznie to, że nie mogli dotrwać z ewakuacją do stycznia, tym bardziej że ewakuacja ta była odwlekana, a termin wyjazdu był przekładany. Ludzie ci nie mogli czekać, dlatego że część z nich straciła wcześniej – w ramach działań wojennych – swoje domy, część rodzin była zagrożona i ludzie ci musieli wyjechać wcześniej. Cynicznie można nawet powiedzieć, że przyjeżdżając sami do Polski, zaoszczędzili pieniędze polskiego podatnika. Niestety ta licząca 59 osób grupa nie otrzymała żadnego wsparcia ze strony państwa polskiego. Mało tego, część z nich, która ubiegała się o Kartę stałego pobytu, nawet nie została zwolniona z opłat. Nie ma zatem cienia przesady w stwierdzeniu, że państwo polskie nie udzieliło im żadnej pomocy.

Można zatem powiedzieć, że rząd stosuje różne miary wobec naszych rodaków?

– Taka ocena jest jak najbardziej uzasadniona. Dzielenie naszych rodaków z Ukrainy na dwie grupy, na tych, którzy w blasku fleszy zostali przywiezieni do Polski, którzy na lotnisku byli witani przez ministrów, oraz na tych, którzy przyjechali do Polski sami, jest z pewnością niezrozumiałe. Patrząc na to, trudno uciec od podejrzenia, że ważne były media, ważne były flesze, kamery, a kiedy ten cały szum medialny się skończył, na jaw wyszła bolesna rzeczywistość. Ci nasi rodacy, którzy do Polski przyjechali na własną rękę, zostali pozostawieni sami sobie. To jest bardzo przykra konstatacja, ale trudno mi inaczej wytłumaczyć tę sytuację.

Co dzieje się z Polakami, którzy w styczniu – jak Pan zaznaczył – w blasku fleszy trafili do Ojczyzny w ramach oficjalnej ewakuacji z Ukrainy?

– Moja wiedza na ten temat nie jest zbyt rozległa, ale z tego, co się orientuję, są zakwaterowani we wspomnianym Ośrodku Caritas Archidiecezji Warmińskiej w Rybakach oraz w Kompleksie Recepcyjno-Wypoczynkowym w Łańsku. Ludzie ci mają tam zapewnione wyżywienie, ubezpieczenie, intensywną naukę języka polskiego. Są przygotowywani do tego, aby się zaadoptować do samodzielnego życia w Polsce. Wiem, że resort spraw wewnętrznych przygotowuje dla nich miejsce, gdzie będą mogli zamieszkać i pracować. Jednak proces ten nie przebiega tak szybko i sprawnie, jak na początku zapowiadało to MSW. Rozważane jest nawet, żeby okres, w jakim ludzie ci mieli przebywać w tych ośrodkach – czyli do końca czerwca tego roku, wydłużyć do jesieni.

Natomiast ta druga grupa niedawno zwróciła się do prezydenta o nadanie im polskiego obywatelstwa...

– Z mojego punktu widzenia najważniejsze jest, żeby tym ludziom pomóc, żeby otrzymali polskie obywatelstwo. Trzeba sobie zdawać sprawę, że dla nich obywatelstwo polskie nie ma tylko symbolicznego wymiaru, to nie jest tylko naprawienie krzywd, których doznali ich pradziadkowie czy dziadkowie, którzy po II wojnie światowej przymusowo zostali pozbawieni polskiego obywatelstwa. Po za tym symbolicznym aspektem naprawienia krzywd jest też bardzo konkretny wymiar, a mianowicie możliwość ułożenia sobie normalnego życia w Ojczyźnie, w Polsce. Pracodawcy w Polsce inaczej patrzą na osoby, które posiadają polskie obywatelstwo, a inaczej na te, które mają kartę stałego pobytu. Zresztą trudno się tym ludziom dziwić. Tymczasem część osób wymaga leczenia. W tej grupie jest np. pani, która ma podejrzenie choroby nowotworowej i bez polskiego obywatelstwa będzie jej bardzo trudno się leczyć w Polsce. Podobnych przykładów, niekoniecznie dotyczących kłopotów zdrowotnych, można podać więcej. Tak czy inaczej najważniejsze jest, żeby ci ludzie otrzymali polskie obywatelstwo, żeby mogli rozpocząć układać sobie życie od nowa. Mam nadzieję, że ich krzywda nie będzie wykorzystywana politycznie. Byłoby niezwykle cyniczne, gdyby ktoś próbował zbić na tym kapitał polityczny czy na tym budował kampanię. Ci ludzie byli do tej pory ignorowani, i prezydent Komorowski również o tym wiedział, a przynajmniej jego kancelaria. W związku z tym mam pretensje do całej administracji państwa polskiego, że nikt tym ludziom nie pomógł, nikt nie wyciągną do nich pomocnej dłoni pomimo wielokrotnych apeli, które kierowaliśmy pod adresem zarówno premier Ewy Kopacz, jak i za pośrednictwem sejmowej i senackiej Komisji Łączności z Polakami za Granicą. Niestety nikt nie pochylił się nad losem tych ludzi. Ci ludzie, można powiedzieć, zawiedli się na państwie polskim i nie liczą już na jego pomoc. Chcą tylko jednego, a mianowicie, żeby stworzyć im równe szanse z innymi obywatelami państwa, żeby mogli legalnie pracować i utrzymywać swoje rodziny.

Skoro Kancelaria Prezydenta przyjmuje taki wniosek, to czy nie jest to też pewnego rodzaju zobowiązanie, aby tym ludziom pomóc?          

– Te podania 40 osób, które zwróciły się o polskie obywatelstwo, zostały przyjęte przez szefa Kancelarii Prezydenta RP. Miejmy nadzieję, że nie był to wyłącznie grzeczny gest, ale że prezydent Komorowski stanie na wysokości zadania i przyzna tym ludziom polskie obywatelstwo. Tym bardziej że prezydent średnio rocznie przyznaje ponad 2 tysiące obywatelstw. Otrzymują je przeróżne osoby zarówno z Azji, jak i z Afryki, krótko mówiąc z całego świata, dlatego nie sądzę, żeby był to jakiś problem, aby tej bądź co bądź nielicznej grupce naszych rodaków pomóc i ułatwić im start w nowe życie w Polsce.

Pozostawionym samym sobie naszym rodakom pomaga Fundacja Wolność i Demokracja w ramach akcji „Ratujmy Polaków z Donbasu”. Na czym ona polega?

– Na przełomie roku przeprowadziliśmy zbiórkę publiczną i udało się nam zebrać ponad 200 tysięcy złotych. Z tych pieniędzy wypłacamy regularne zapomogi zarówno osobom, które są już w Polsce, jak i posiadaczom Karty Polaka, którzy zostali w Donbasie. Oprócz zapomóg finansowych świadczyliśmy tym ludziom również pomoc prawną, pomagając przygotować dokumenty, legalizując ich pobyt w Polsce, pomagaliśmy też w znalezieniu dla nich mieszkań. W tym miejscu chciałbym powiedzieć o wielkiej roli Kościoła, poszczególnych parafii, a także widzów Telewizji Trwam. To właśnie na apel Telewizji Trwam zgłosiło się wiele osób, u których w pierwszym okresie pobytu w Polsce ci nasi rodacy zza wschodniej granicy znaleźli mieszkanie. To byli ludzie dobrej woli, otwartego serca, którzy udostępnili na ten cel swoje mieszkania czy domy, gdzie na początku przynajmniej część naszych rodaków znalazła schronienie. Instytucje państwa nie zdały egzaminu, natomiast poszczególni Polacy jak najbardziej wykazali się zrozumieniem. To dzięki nim grupa z Donbasu mogła przetrwać pierwsze najcięższe miesiące.

Ilu Polaków na terenach wschodniej Ukrainy wciąż jeszcze oczekuje na pomoc polskiego rządu?

– Jeżeli mówimy o osobach, które są na terenach kontrolowanych przez separatystów, to jest to grupa co najmniej kilkuset osób. Precyzyjnych danych dziś nie posiada nikt, łącznie z polskim MSZ, natomiast z informacji, jakie mamy, dzięki kontaktowi z osobami, które tam zostały, możemy mówić o grupie kilkuset osób wraz z rodzinami. Ludzie, którzy posiadają Kartę Polaka, wciąż czekają na pomoc ze strony polskiego rządu, cały czas liczą, że Polska będzie o nich pamiętać i ich wspomagać. Wśród nich jest np. grupa 30 rodzin z Kartą Polaka, które są na terenie przyfrontowym w Mariupolu, i już kilkakrotnie apelowały do polskiego rządu i otrzymały odpowiedź negatywną. Najwyraźniej te tereny muszą zostać zajęte przez separatystów, nie wiem, może ktoś musi zginąć, żeby polski rząd zainteresował się sytuacją naszych rodaków. To jest dla mnie całkowicie niepojęta sytuacja. Zamiast zadziałać prewencyjnie, a przypomnę, że chodzi o zaledwie kilkadziesiąt osób, to polski rząd czeka, aż nie daj Boże znów wydarzy się jakiś dramat. Nasi rodacy z Donbasu zabiegali od przełomu sierpnia i września 2014 r., aby ewakuować ich z terenów objętych walkami. I tak naprawdę akcja nabrała tempa dopiero po śmierci na początku grudnia ubiegłego roku Kazimierza Wróbla – polskiego obywatela, który został ciężko postrzelony i w wyniku odniesionych ran zmarł w Doniecku. Dopiero kiedy media zajęły się tym tematem, dopiero wówczas pod presją opinii publicznej rząd przeprowadził ewakuację. Do tego czasu wszyscy byli głusi na wołanie o pomoc. Czy w Mariupolu czekamy na powtórkę takiej dramatycznej sytuacji, trudno na to odpowiedzieć, tym trudniej zrozumieć postępowanie premier Kopacz w tej sprawie.

 Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl