logo
logo
 

Prof. Thomas Michaud

Fasadowy prezydent

Poniedziałek, 8 października 2012 (06:04)

Wszystkie wybory prezydenckie w każdym kraju mają historyczne znaczenie. Ale waga tych, które czekają USA 6 listopada 2012 r., przyćmiewa większość elekcji prezydenckich w historii Stanów Zjednoczonych.

Uczciwi badacze opinii publicznej i eksperci twierdzą, że wybory są zbyt blisko, by wskazać zwycięzcę. Stronnicze mainstreamowe media i ośrodki badania opinii publicznej trzymają stronę Obamy, tuszując jego liczne wpadki, a skupiając się na tym, jak przekonać do niego naiwnych Amerykanów.

Łatwowierni, obdarzeni kiepską pamięcią obywatele nie mogą zrozumieć, że nadchodzące wybory nie będą typową walką Demokratów z Republikanami, ale ich stawką będzie przetrwanie Stanów Zjednoczonych takimi, jakimi są i jakimi były od swojego powstania.

W ciekawym filmie pt. "2016: Ameryka Obamy" Dinesh D´Souza i John Sullivan ostrzegają przed tym, czym stanie się Ameryka i świat, jeśli Obama wygra drugą kadencję. Ideologia, w której obecny prezydent USA został wychowany i której nadal hołduje, to postkolonialny globalizm rozwijany z iście socjalistyczną gorliwością.

Jest to ideologia "marksistowskiego wyzwolenia" - antykapitalistyczna, wymierzona w wolność osobistą i w wielu aspektach w judeochrześcijańską moralność. Mentorami tej ideologii jest wielu wykładowców uniwersyteckich: Edward Said, Derrick Bell i Frank Marshall Davis.

Choć krytycy traktują film jako oszczerstwo rzucone w okresie kampanii wyborczej, nie ulega wątpliwości, że wiele działań Obamy jako prezydenta USA manifestuje właśnie taką motywację.

Dopuszczał się on nadużyć albo po prostu ignorował wynikający z konstytucji proces legislacyjny, forsując swoją reformę służby zdrowia nazywaną ObamaCare, a jednocześnie podważał kluczowe ustawy w sprawie obronności oraz instytucji małżeństwa.

Poparł Bractwo Muzułmańskie w Egipcie i inne ekstremistyczne muzułmańskie ugrupowania na Bliskim Wschodzie. Zabronił dokonywania nowych odwiertów w poszukiwaniu ropy naftowej w USA i budowy nowych rurociągów do jej transportu z powodów "ekologicznych", a jednocześnie przeznaczył pieniądze podatników na wiercenia w takich krajach jak Brazylia.

Odmówił wprowadzenia skutecznej polityki mającej na celu wstrzymanie napływu nielegalnych imigrantów do USA. W dodatku nasilił podziały klasowe i antagonizmy w Ameryce, nie zważając nawet, że jego redystrybucyjna polityka doprowadziła obecnie do eskalacji bezrobocia i obniżenia standardów życia.

Niestety, zbyt wielu Amerykanów zaślepionych przez media i fasadowy urok osobisty Obamy nie potrafi dostrzec skutków jego ideologii. Pośród tych, których umysły zostały w ten sposób zmanipulowane, jest niestety prawie połowa katolickich wyborców w USA.

Mimo odważnych wysiłków niektórych biskupów, kapłanów i katolików świeckich - przeciwnych antykulturze śmierci wprowadzanej m.in. poprzez ObamaCare i poparciu Obamy dla legalizacji układów homoseksualistów - według amerykańskiego Center for Applied Research in the Apostolate aż 47 procent katolików zagłosowałoby na Obamę, a 45 procent na Romneya.

Czynnikiem, który może przesądzić o poparciu katolickich wyborców, jest społeczność latynoskich katolików. Gdyby ich poparcie przełożyło się na dodatkowych 6 lub więcej procent poparcia dla Romneya, mogłoby to oznaczać przegraną Obamy.

Prof. Thomas Michaud

Aktualizacja: Poniedziałek, 8 października 2012 (10:02)

Nasz Dziennik