Putin powrócił w poniedziałek do medialnego życia. Na ile ta jego nieobecność może być związana z decyzjami NATO o rozmieszczeniu sprzętu wojskowego na Łotwie czy też zapowiedzią wsparcia Ukrainy przez Stany Zjednoczone w broń defensywną?
– Aż tak daleko nie wiązałbym tych spraw. Dla mnie kompromitujące jest to, że wielkie mocarstwo nie potrafi sobie i światu wyjaśnić, co działo się przez ostatnie dni z jego przywódcą. Putin przez lata swych rządów kreował się na maczo, potrafił a to wytropić tygrysa, jako judoka powalić przeciwnika na matę, niczym ryba czuł się w wodzie, w czołgu też mu nie było straszno, a i w powietrzu niczym ptak torował drogę żurawiom. Nic wielkiego nie stałoby się, gdyby przyznał się do np. przeziębienia czy w ogóle chwili słabości, co jest przecież zwykłą normalną ludzką rzeczą. Natomiast takie dziwaczne zachowanie i ukrywanie się przez ponad 10 dni jest niezrozumiałe. Natomiast czy za tym spektaklem stoi jakaś gra polityczna… Niewykluczone, że ktoś uznał, że warto tę nieobecność wykorzystać do stworzenia zamieszania, sytuacji napięcia i oczekiwania, że Putin mimo iż zły, o zapędach imperialnych, to z całym bagażem wad jest jednak przewidywalny i może lepiej, żeby wrócił. Tak czy inaczej myślę, że jest to problem Rosji i Rosjan, którzy mają aspiracje, aby być wielkim mocarstwem, a nie potrafią sobie poradzić z taką błahostką jak chwilowa niedyspozycja swojego przywódcy.
Mija rok od aneksji Krymu, co może być kolejnym celem rosyjskiej agresji, Łotwa…?
– Może to być Łotwa, ale i Estonia, o której się dużo nie mówi. Tymczasem są tam cele jak Narwa, która jest niemal w całości rosyjskojęzyczna, której mieszkańcy chcą połączyć się z Rosją. Wciąż nierozstrzygnięta jest także sprawa Ukrainy, na której Putin nie uzyskał jednak swoich celów geopolitycznych. Jego celem była trwała destabilizacja Ukrainy, jeśli nie jej ubezwłasnowolnienie. Rosji Putina chodzi o to, aby zdestabilizować swojego sąsiada na tyle, aby ten wypadł z orbity zainteresowań ze strony państwa zachodnich i aby Zachód się odwrócił od Ukrainy. Tego celu nie udało się Putinowi osiągnąć. Moskwie nie udało się także uzyskać cząstkowych celów strategicznych, jak chociażby połączenie lądowe z Krymem. Przejęcie Krymu bez dostępu do półwyspu w postaci drogi lądowej jest pewną niedogodnością. W związku z tym w najbliższych miesiącach nie wykluczałbym próby połączenia Rosji z Krymem poprzez drogę lądową.
Ukraina jest jeszcze ważna dla państwa zachodnich? Może być jeszcze kluczem do porozumienia z Putinem?
– Oczywiście. Putin poprzez aneksję Krymu wszedł na drogę łamania prawa międzynarodowego i to poprzez użycie brutalnej siły. Zresztą przyznał się do tego, a Rosja bez ogródek przyznaje, że wspiera rebeliantów w Donbasie. Bez rozstrzygnięcia i odniesienia się świata do tych kwestii łamania prawa międzynarodowego trudno sobie wyobrazić normalizację relacji z Putinem. Dla świata zachodniego powinno to być bardzo ważne. Nie po to świat przez długie dziesięciolecia budował pokojowe relacje i dążył, aby wyeliminować wojnę, jako sposób rozstrzygania sporów, aby teraz nawet poprzez ciche przyzwolenie temu zaprzeczyć. Nie możemy przekreślić dorobku stulecia. Jeżeli to zrobimy, a Putinowi o to przecież chodzi, to zaprzeczymy prawu międzynarodowemu, ideałom i wartościom i wymierzymy cios cywilizacji, którą budowaliśmy.
Co tak naprawdę świat może zrobić Rosji?
– Wachlarz możliwości jest tu bardzo szeroki. Problem w tym, że Zachód nie chce podejmować takich działań. Wciąż można zaostrzać sankcje i rozszerzać je na kolejnych bogatych sympatyków polityki Putina, czyli oligarchów. Można i moim zdaniem należałoby rozszerzyć sankcje na cały świat kultury, nauki i sportu rosyjskiego. Rosjanie w dalszym ciągu biorą granty, występują na światowych scenach, trenują i uczestniczą w międzynarodowych imprezach sportowych. Innymi słowy, rosyjskie społeczeństwo nie odczuwa tej imperialnej polityki Putina. Warto położyć na to nacisk, aby Rosjanie zaczęli odczuwać skutki imperialnej polityki Putina, aby zaczęli partycypować w jej kosztach, a co za tym idzie - odwracać się od swego przywódcy i wywierać na niego nacisk. Chodzi o to, aby Rosjanie uświadomili sobie, że im bardziej będą popierać swojego wodza, w tym większe kłopoty będą się pakować. Możliwości oddziaływania Zachodu są ogromne, tyle tylko, że brakuje woli ze strony głównych graczy, m.in. Niemiec i Francji.
Chcąc nie chcąc, my również możemy to odczuć. Biorąc pod uwagę, ile nasi producenci rolni już stracili, czy to nie nazbyt wiele?
– Oczywiście to będzie kosztowało także i nas. Ale musimy rozstrzygnąć między wyborem sprzedażą cebuli i tanim zakupem gazu a poszanowaniem samych siebie, całego naszego dorobku cywilizacyjnego, tworzonego przez pokolenia, który jest poważnie zagrożony.
Są jednak głosy także z Polski, że nie trzeba zaostrzać sankcji. Minister Grzegorz Schetyna dzisiaj przed posiedzeniem ministrów spraw zagranicznych UE stwierdził, że konflikt na Ukrainie jest zamrożony i w zasadzie nie ma potrzeby rozszerzenia sankcji…
– Nie tędy droga. Owszem konflikt na Ukrainie jest zamrożony, ale ze wskazaniem na Putina jako zwycięzcę dotychczasowych działań. To Putin, nie robiąc sobie nic ze sprzeciwu opinii międzynarodowej, ukradł część Ukrainy: Krym i Donbas, to w jego ręku są wciąż instrumenty mieszania się w wewnętrzne sprawy Ukrainy, wreszcie to nie kto inny jak Putin odseparował Stany Zjednoczone od Europy Zachodniej w rozmowach w sprawie Ukrainy. Również to Putin podzielił Unię Europejską i NATO poprzez dobranie sobie rozmówców w postaci Francji i Niemiec. Biorąc to wszystko pod uwagę, jak również to, co tak szumnie nazywane jest zamrożeniem konfliktu, trzeba wyraźnie powiedzieć, że odbywa się to na warunkach skrajnie niekorzystnych dla nas i dla Ukrainy, za to bardzo korzystnych dla Putina. Jego pozycja wyjściowa do dalszych rund pojedynku zarówno z Ukrainą, jak i z nami jest komfortowa. Kreml może spokojnie czekać na pogorszenie się sytuacji na Ukrainie i na dalsze rozdźwięki, niesnaski pomiędzy państwami Zachodu. I w zależności od sytuacji rozgrywać poszczególne kraje.
Biorąc pod uwagę to, co Pan mówi, paradoksalnie nie jest tak, że to UE dopasowuje się do Putina, a nie odwrotnie?
– Trzeba powiedzieć wyraźnie, że UE skapitulowała przed Putinem. W rozmowach z Putinem Unii jako instytucji faktycznie nie ma. Nie ma tam ani przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, nie ma też szefowej unijnej dyplomacji Federiki Mogherini, nie ma też prezydencji łotewskiej ani żadnej innej instytucji europejskiej. Są natomiast Francja i Niemcy, które nie mają żadnego mandatu do prowadzenia takich negocjacji, bo nikt formalnie go im nie udzielił. Mamy za to sytuację, w której cicho akceptuje się prowadzenie rozmów przez te państwa. Można śmiało powiedzieć, że zamiast UE jest OBWE, a w rozmowach tych prym wiodą Rosjanie. Tak czy inaczej UE poniosła na tym polu sromotną klęskę. Przez lata budowano tę instytucję, która miała ze swoimi normami emanować również na zewnątrz, standardami, które jak się łudzono, będą respektować także państwa spoza wspólnoty. Tymczasem mamy dzisiaj sytuację, kiedy inni, np. Rosja, mają w nosie europejskie standardy i prowadzą rozgrywkę geopolityczną, bynajmniej nie przestrzegając zasad, jakie stworzyła UE i próbowała narzucić światu.
W tych rozmowach nie ma też Polski, o co niektórzy mają nawet pretensje. Czy nasza ewentualna obecność przy stole negocjacyjnym w Mińsku mogłaby wpłynąć na kształt tego porozumienia?
– Przede wszystkim nie powinniśmy się zgadzać na tego typu formaty. Format normandzki, gdzie występują dwa kraje zachodnie oraz Rosja i Ukraina. To jest format, który nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Rosja powinna być konfrontowana przez całą UE, albo nawet cały Zachód i NATO. Tym bardziej niesprawiedliwy jest format miński, do którego Rosja dodatkowo wprowadziła rebeliantów, jako stronę do rozmów, i do rozmów w takim gronie została zmuszona Ukraina. Efekt jest taki, że protokół został podpisany między Ukrainą a rebeliantami, a nie Francją, Niemcami i Rosją, które nie są formalnymi stronami tego porozumienia. Ten narzucony przez Rosję układ jest to skrajnie niekorzystny dla Ukrainy i dla Europy i przed tego typu formatem powinniśmy protestować. Polska powinna stać na stanowisku, że albo negocjuje UE i wtedy reprezentuje ją przewodniczący Rady Europejskiej bądź szefowa unijnej dyplomacji. Może być także, że UE daje mandat jakiejś grupie państw, np. trójce reprezentującej byłą, obecną i przyszłą prezydencję plus szef Rady Europejskiej, tak jak to już bywało wcześniej, i dopiero tak wyłonione ciało może mieć mandat UE do rozmów. Wtedy z jednej strony pośrednio uczestniczymy w takiej strukturze, dajemy jej mandat, a z drugiej rozliczamy ją z wyników negocjacji i podjętych decyzji. Niestety, Donald Tusk najpierw mówił, że fakt, iż nie bierzemy udziału w takich negocjacjach, jest dla nas korzystny i to niech inni biorą za nas odpowiedzialność za rozwiązanie kryzysu czy wojny rosyjsko-ukraińskiej, a później Grzegorz Schetyna, kiedy objął tekę szefa polskiej dyplomacji, zaczął się domagać, aby Polska wróciła do rozmów. Tyle tylko, że nie zyskało to akceptacji premier Ewy Kopacz, widoczny był też rozdźwięk między stanowiskiem Schetyny a jego zastępcy Rafała Trzaskowskiego, który wypowiadał się, że Polska nie zamierza uczestniczyć w takich rozmowach.
Czy Polska polityka zagraniczna jest zatem dziś jasno określona?
– Niestety obecnie w Polsce nie mamy jednolitej, ściśle określonej polityki zagranicznej. Trudno zatem, żeby reszta świata traktowała nas poważnie i widziała w nas partnera do rozmów.

