logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Sytuacja bez precedensu

Piątek, 17 lipca 2015 (04:11)

Z Janem Marią Jackowskim, senatorem PiS, członkiem senackiej Komisji Spraw Zagranicznych, rozmawia Rafał Stefaniuk

Jedną z najczęstszych opinii komentatorów analizujących porozumienie było stwierdzenie: „upokorzenie Grecji”. Pan też tak ocenia efekty negocjacji?

– Niewątpliwie jest to upokorzenie. Grecja straciła zdolność do autonomicznego kreowania polityki gospodarczej i społecznej. Sytuacja jest bezprecedensowa. Widzimy, że w ramach waluty euro, która od początku była projektem ideologicznym, a nie ekonomicznym, dochodzi do ekonomicznej kolonizacji państwa. Przez te ostatnie dni obserwowaliśmy sytuację, w której racjonalna ekonomia ustępowała miejsca ambicjom politycznym. Grecja, która ma nieporównywalnie gorszą gospodarkę w stosunku do najbogatszych krajów eurolandu, nie wytrzymała wyścigu. Musiała więc przyjąć rozwiązania, które na dłuższą metę nie poprawią jej sytuacji, a jedynie zagwarantują trwanie mitu wspólnej europejskiej waluty.

Parlament Grecji uchwalił ustawę o reformach oszczędnościowych. Kończy się mit Ciprasa, który stawia opór Unii?

– Myślę, że nie. Z jednej strony kanclerz Angela Merkel upokorzyła Ciprasa, zmuszając go do zaakceptowania pakietu, ale z drugiej strony sprawa nie została zakończona. Kryzys w Grecji będzie trwał, jak długo, trudno powiedzieć. W moim głębokim przekonaniu Cipras zacznie grać kartą roszczeń za II wojnę światową. Przypomnę, że Ateny wyliczyły tę kwotę na sumę 290 mld euro. Ta kwota jest porównywalna z greckim długiem. Niewątpliwie, gdy tylko Grecy odrobinę odetchną, to zaczną tę kwestię podnosić na forum międzynarodowym. Prędzej czy później Niemcy będą musiały za to zapłacić. Jestem o tym przekonany. A ile to będzie trwało, to nie jestem w stanie przewidzieć.

Sprawa Grecji pokazuje, że nie da się być krajem suwerennym w Europie?

– Suwerenny może być tylko ten, kto dyktuje w Unii warunki. Jedynym takim krajem kontynentalnym są Niemcy. Nawet Francja nie ma już takich zdolności. Unia będzie trwała tak długo, jak długo będzie to wygodne dla polityki niemieckiej do osiągania jej celów ekonomicznych, politycznych i społecznych.

 Jak to, co Pan mówi, ma się do idei braterstwa, która leży u podstaw Unii?

– Jest to mit. Może on żył na przełomie lat 40 i 50 XX wieku, kiedy to idea wspólnej Europy kształtowała się w głowach ojców założycieli – Roberta Schumana, Konrada Adenauera, Alcide De Gasperiego. Wówczas może były to szczere intencje. Projekt wspólnoty, w wyniku odejścia od wartości, na których była zbudowana Europa, stał się zbiurokratyzowanym tworem, który realizuje cele najsilniejszych. Obserwujemy próby wykorzystywania krajów o mniejszym potencjale do lawirowania własnej pozycji w ramach układu globalnego. Dochodzi więc do powstania obszarów w ramach wspólnoty, które mają charakter kolonialny i ćwierćkolonialny. One są podporządkowane głównemu nurtowi i służą jako rezerwuar do rozwoju potencjału najsilniejszych.

Prowadząc negocjacje w taki, a nie inny sposób kanclerz Merkel chciała wysłać jasny sygnał w stronę Włoch, Hiszpanii i Portugali, krajów przeżywających kryzys, że nie warto brać przykładu z Grecji?

– Coś w tym jest. Jednak potencjał Włoch i Hiszpanii jest ogromny. Włosi, wbrew pozorom, mają bardzo sprawną gospodarkę. Hiszpania ma z kolei ogromne zaplecze w krajach latynoamerykańskich. Związki gospodarcze między nimi zapoczątkowano wieki temu i są mocne do dnia dzisiejszego. Sytuacja Włoch i Hiszpanii jest lepsza niż małej Grecji. Możliwe, że Angela Merkel miała intencję, aby ustawić wszystkich w szeregu. Jednakże gdyby te kraje zdecydowały się na realizację własnych scenariuszy, to Niemcom byłoby dużo ciężej przywołać je do porządku. 

Dziekuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl