logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Kula u nogi Europy

Piątek, 19 sierpnia 2016 (12:39)

Z prof. Karolem Karskim, byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, posłem Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Rafał Stefaniuk

Niemcy oskarżają Turcję o wspieranie terroryzmu. To stwierdzenie jest bliskie prawdy?

– Turcja jest państwem sąsiadującym z Syrią. Jedyną drogą eksportu ropy naftowej z terenów zajętych przez tzw. Państwo Islamskie jest właśnie Turcja. Przypomnijmy sobie również, co robiła Ankara, gdy rok temu Kurdowie prowadzili ofensywę przeciwko IS. Gdy możliwe stało się odcięcie ich kraju od terenów zajętych przez islamistów, to akurat w tym momencie wojsko tureckie uderzyło na Kurdów. To był kluczowy ruch dla utrzymania IS na tym terytorium. Rola Turcji w konflikcie bliskowschodnim jest bardzo złożona. To, co możemy powiedzieć z całą pewnością, to to, że Turcja nie angażuje się w walkę przeciwko dżihadystom w takim zakresie, jak mogłaby to robić, gdyby w pełnym zakresie uważała się za sojusznika – a w przyszłości część – świata zachodniego.

Stosunki Berlin – Ankara ulegają ochłodzeniu. W Niemczech żyje ogromna mniejszość turecka. W razie narastania konfliktu osoby te mogą być piątą kolumną?

– Bez wątpienia Niemcy powinni przemyśleć swoją politykę migracyjną. Myślę tu bardziej o obecnych przybyszach niż Turkach, którzy przyjeżdżali do nich w jednym celu – by pracować. Obecna imigracja, z południowej części basenu Morza Śródziemnego, nie tylko nie chce pracować, ale też jedzie nad Łabę i Ren tylko po to, aby żyć tam, korzystając z niemieckiego zaplecza socjalnego. Co do Turków, wszystko rozbija się o to, na ile chcą być lojalnymi mieszkańcami Niemiec. Nie są przy tym, co do zasady, islamistami. Ale nie możemy zapominać o wytężonej pracy wspólnot muzułmańskich w Europie Zachodniej, które starają się budować więzi zlaicyzowanych muzułmanów z islamem. To jest problem dla Europy.

Turcja coraz śmielej domaga się liberalizacji prawa wizowego przez UE dla swoich obywateli. Straszy też Europę pogorszeniem relacji. Jak wobec tego stanowiska powinna zachować się Wspólnota?

– Od dłuższego czasu zastanawiam się, kto upadł na głowę, zgadzając się na rozpoczęcie rozmów z Turcją ws. zniesienia wiz dla obywateli tego państwa. Obiecano negocjacje na temat tego, czego nie można spełnić. Nie wyobrażam sobie, żeby – w dzisiejszej sytuacji – zgodzić się, by obywatele Turcji mogli bez żadnych ograniczeń przekraczać nasze granice, zwłaszcza w kontekście stanowiska prezydenta Recepa Erdogana, który jeszcze przed puczem stwierdził, że planuje nadać tureckie obywatelstwo milionom syryjskich imigrantów. Ponadto w Turcji permanentnie ma miejsce wiele zamachów terrorystycznych. Wśród sprawców są też liczni obywatele tego państwa. W tej sytuacji nie byłoby racjonalne ułatwianie przepływu tego typu osób między Turcją a Unią. Nie powinno się akceptować tych nieracjonalnych – przynajmniej na tym etapie – wniosków. O liberalizację ruchu wizowego się prosi, a następnie spełnia się ogólnie przyjęte racjonalne kryteria, a nie się tego żąda, stawiając ultimatum. Dobrze, że powoli w Europie pojawia się otrzeźwienie w tej sprawie.

Ale stanowisko Ankary jest jasne: zniesienie wiz albo nowa fala uchodźców, i to potężniejsza niż dotychczas.  

– Uważam, że największy problem w kwestii napływu migrantów i szczelności granic nie stanowi Turcja, a Grecja. To Ateny powinny wziąć na siebie obowiązek zatrzymania tych osób. A mogą to zrobić chociażby poprzez nieułatwianie im przemieszczania się. Łodzie, którymi migranci nielegalnie przekraczają granice, nie były niszczone, więc były wielokrotnie wykorzystywane. Następnie część migrantów korzysta z państwowego transportu, przemieszczając się między greckimi wyspami. Tak też dostają się na stały ląd, gdzie mogą liczyć na przejazd do zewnętrznych granic Grecji. Sygnały o tym zagrożeniu docierały do nas wcześniej. Sfrustrowani złą sytuacją gospodarczą Grecy grozili Niemcom, że otworzą bramę do Europy migrantom. Jeżeli z pomocą Europy Grecja uszczelniłaby swoje granice, problem znacznie by się zmniejszył.    

Grecką straż graniczną wzmacniają funkcjonariusze z całej Europy. Dlaczego ta pomoc jest nieskuteczna?

– Pomoc Europy jest symboliczna. Główny ciężar zapewnienia bezpieczeństwa granic spoczywa jednak na państwach członkowskich. Grecy do migracji nastawili się bardzo pragmatycznie – jak się do nich pchają, to ich przepuszczają i problem jest nie ich. To, co robi Grecja, jest brakiem solidarności względem całości. Faktem jest, że UE powinna być też solidarna z Grecją.

Obserwujemy zbliżenie na linii Turcja – Rosja. Obecne ocieplenie stosunków może przerodzić się w sojusz?

– Istniały takie obawy, ale patrząc na to, jak obecnie sprawy się toczą, muszę stwierdzić, że „góra urodziła mysz”. Faktem jest, że Erdogan chce teraz skonsolidować społeczeństwo i umocnić swoją pozycję w kraju. Turcja ma tak wiele problemów wewnętrznych, które generują przy tym pewien – notabene zupełnie niepotrzebny – spór z USA, że jakiekolwiek napięcia z kolejnymi państwami są jej zupełnie niepotrzebne. Dlatego też rozpoczęto proces poprawiania stosunków z Rosją. Ich relacje były szczególnie napięte po zestrzeleniu rosyjskiego Su-24 w listopadzie 2015 r. Moskwa w odwecie wprowadziła sankcje polityczne i gospodarcze. Teraz obserwujemy łagodzenie relacji rosyjsko-tureckich. Media straszyły nas wieloma czarnymi scenariuszami, a okazało się, że to wszystko, co się dzieje, mieści się w granicach przewidywalności i racjonalności geopolitycznej. Relacje miedzy tymi państwami wracają po prostu do poprzedniego poziomu.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl