logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Skończyć z tolerancją radykalnego islamu

Poniedziałek, 26 września 2016 (12:24)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych toczą się rozmowy na temat zawieszenia wojny w Syrii. Tymczasem po kruchym rozejmie krwawa wojna rozgorzała na nowo. Jakie są szanse na trwały pokój w tym regionie?

– Syria jest szczególnym państwem w regionie z uwagi na jej strategiczne położenie. Z jednej strony mamy państwa Zachodu i Izrael, które obawiają się silnego syryjskiego państwa z bazami Rosji i Iranu. A z drugiej strony właśnie interesy Moskwy i Teheranu, które to państwa pilnują, aby przez ten kraj nie przeprowadzono linii energetycznych tłoczących gaz i ropę bezpośrednio z Zatoki Perskiej nad Morze Śródziemne. Kwestia ustroju panującego w Damaszku jest tak naprawdę wtórna. Tak więc będziemy mieli jeszcze do czynienia z długim konfliktem, który może przybierać różne fazy, począwszy od czasowego pokoju po intensyfikację walk.

Strony konfliktu są w ogóle zainteresowane wygaszeniem wojny domowej trwającej w Syrii od 2011 r.?

– Tak zwani mocodawcy wprowadzili w ruch wiele podmiotów w tym wieloetnicznym i wieloreligijnym kraju. Teraz wygaszenie tego konfliktu łatwe z pewnością nie będzie, gdyż widać wyraźnie, że z jednej strony mamy roszczenia terytorialne sąsiadów, np. Turcji, w stosunku do Syrii, a z drugiej obserwujemy napięcia na tle szyicko-sunnickim oraz dążenie Kurdów do budowy własnego państwa. W tej sytuacji wydaje się, że Syria już nie wróci do swoich granic sprzed 2011 roku.

Jak należy ocenić politykę Baracka Obamy wobec Syrii?

– Destabilizacja państw Afryki Północnej w imię wprowadzenia tam demokracji była z założenia błędem. Świeckość tych państw zapewniały tylko istniejące tam dyktatury. Było oczywiste, że w razie ich upadku nastąpi powrót do fundamentalizmu religijnego, a ten u swoich podstaw wyklucza demokrację jako formę ustrojową. Tak więc prezydent Barack Obama uruchomił procesy, które były przewidywalne i oczywiste przed ich wystąpieniem i po części on także odpowiada za kryzys emigracyjny w Europie.

Jak długo może jeszcze potrwać ten konflikt w Syrii?

– Zadałbym inne pytanie, a mianowicie jak długo potrwają konflikty na Bliskim Wschodzie. Jest to zasadnicza kwestia z uwagi na politykę Izraela i Zachodu w tym regionie. Dopóki nie dojdzie do nowej redefinicji wpływów mocarstw w Syrii i trwałego usankcjonowania międzynarodowego tego stanu, dopóty konflikt będzie trwał.

Skoro mowa o wpływach mocarstw, to jednym z nich, które bierze udział w działaniach w Syrii, jest Rosja. Jakie są cele Putina?

– Jak wspomniałem, tym zasadniczym celem Putina jest przede wszystkim niedopuszczenie do „przejęcia” zachodniego terytorium Syrii przez szeroko rozumiany Zachód. Tranzyt ropy czy gazu np. z Arabii Saudyjskiej drogą lądową do Europy to uderzenie w pozycję Rosji w Europie, na co Moskwa nie może sobie pozwolić. Poza tym Rosja nie chce się dać wyeliminować z wpływów na Bliskim Wschodzie i w Afryce.

Czy Baszar al-Asad – biorąc pod uwagę jego działania – jest w ogóle zainteresowany rozwiązaniem konfliktu i rozmowami z syryjską opozycją?

– Prezydent Asad jest do tego zmuszony sytuacją i okolicznościami. Jest oczywiste, że dąży do odzyskania całego terytorium państwa i eliminacji opozycji. Jednak nawet przy wsparciu Rosji wydaje się, że nie jest w stanie podporządkować sobie całego państwa.

Rzecznik prezydenta Turcji powiedział, że siły tureckie nie wezmą udziału w ataku na Ar-Rakkę. Na kim zatem będzie spoczywał ciężar ataku na ten bastion tzw. Państwa Islamskiego w Syrii?

– To będzie rozgrywka pomiędzy siłami Zachodu, które na miejscu tzw. Państwa Islamskiego będą chciały ulokować opozycję syryjską, a Rosją, Iranem i Asadem. Wielką niewiadomą jest tu ostateczne stanowisko Kurdów, których w zależności od koniunktury politycznej wspierają poszczególne strony rywalizujące ze sobą.

Istnieje zagrożenie, że jeśli tzw. Państwo Islamskie straci swoje stolice w Ar-Rakce w Syrii czy w Mosulu w Iraku, to może się przenieść na terytorium Europy czy Stanów Zjednoczonych?

– Świat islamu liczy ok. miliarda ludzi. Możliwych miejsc relokacji ośrodków koordynacyjnych fundamentalizmu islamskiego jest wiele. Jednak problem nie leży tylko w kwestii obszarów spełniających rolę stolic tego ruchu, ale także w kwestii zasięgu obszarów, które będą podlegały określonemu poziomowi destabilizacji. I tutaj możemy wskazać praktycznie całą Afrykę Północną, Azję Południową i coraz bardziej niektóre państwa Europy Południowej. W Stanach Zjednoczonych może dochodzić tylko do incydentów z uwagi na odległości od „baz” tego ruchu i niski potencjał demograficzny islamistów. Dodatkowo w niektórych stanach wskutek powszechnego uzbrojenia społeczeństwa i „częstego” sięgania po broń przez tamtejszą policję prowadzenie takich akcji jest z góry skazane na niepowodzenie.

Jak długo może potrwać jeszcze dobijanie terrorystycznego kalifatu?

– Pytanie brzmi, czy i jak wyeliminować sponsorów tego ruchu, czyli niektóre państwa islamskie. Jest jasne, że bez istotnego zasilania finansowego ten ruch terrorystyczny nie może utrzymać swojej dotychczasowej dynamiki. Na razie nikt nie porusza oficjalnie tych kwestii, aby nie zburzyć dotychczasowego układu sił w określonych regionach świata, ale prędzej czy później trzeba je będzie wyciągnąć na stół.

Czy spodziewany sukces koalicji antyterrorystycznej w Iraku i Syrii może doprowadzić do ostatecznego rozbicia tzw. Państwa Islamskiego?

– Pod względem struktury organizacyjnej na poziomie quasi-państwa oczywiście jest to możliwe. Jednak dopóki świat Zachodu nie zdobędzie się na postawę jednoznacznie eliminującą wszelkie postawy tolerancyjne wobec radykalnego islamu na swoim terytorium, dopóty nie dojdzie do rozbicia zaplecza tzw. Państwa Islamskiego.

Zakładając koniec tzw. Państwa Islamskiego na Bliskim Wschodzie, czy terroryzm islamski może się odrodzić w innej postaci, tak jak to było w przypadku Al-Kaidy, którą niejako zastąpili jeszcze bardziej radykalni dżihadyści?

– Islam ze swej natury jest religią „wojującą”, a więc jeżeli tylko znajdzie warunki umożliwiające swoją ekspansję, to nie ma się co łudzić, że tego nie zrobi. Oczywiście formy i struktury tych działań będą się ewaluować taktycznie. Jednak cel strategiczny zapisany w księgach islamu pozostanie, a mianowicie odbudowa światowego kalifatu. Wszystkie podmioty, które łudzą się, że tak nie będzie, i nadal kierują się poprawnością polityczną, mogą ponieść konsekwencje w postaci destabilizacji wielu państw. Oczywiście współżycie świata islamu i Zachodu jest możliwe, ale muszą być wyznaczone jednoznaczne granice wpływów. I to jest podstawa.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl